Ostatnio w pracy rozmawialiśmy o tym, że pewna marka przyciąga bardzo nieostrożnych i niebezpiecznych kierowców. Frog, ten typ, co spalił rodzinę i 90% typów nieużywających kierunkowskazów – wszyscy mają beemki.
Na to odezwała się taka nowa laska, że wcale tak nie jest i że na tę markę jest nagonka w internecie.
Po robocie wychodziliśmy razem. Nowa wsiadła do swojego bmw... i bez kierunkowskazów wyjechała na główną.
Doskonale zdaję sobie sprawę z sytuacji materialnej własnej rodziny. Żadnych problemów finansowych, dobrze prosperująca firma. Od kiedy pamiętam rodzice dawali mi możliwość edukacji w każdym kierunku, za co jestem im bardzo wdzięczna. Wszystko zawsze z najlepszych firm żeby „w byle czym” nie chodzić czy „byle czego” nie mieć. Ale mam szacunek do pieniądza, sezonowo chodzę do pracy, od rodziców na własne pierdoły biorę tylko w wyjątkowych sytuacjach.
I wiecie co jest najgorsze? Przekonanie wszystkich, że skoro moi rodzice mają spory dostęp do pieniędzy, to ja też to mam. Teksty w stylu „dla ciebie to nic, rodzice i tak na wszystko ci dają” to norma. Jak byłam dzieckiem, to niektórzy rówieśnicy mnie unikali, bo pewnie jestem rozpuszczoną egoistką (ktoś im musiał tak mówić, bo nie wierzę, że 8-letnie dzieci by na to patrzyły). Niedawno na spotkaniu ze znajomymi koleżanka rozwaliła szafkę w kuchni i bez żadnych przeprosin powiedziała: „A, to nic, stać was na kilkanaście takich”. No szlag trafia... Również prośby o pożyczki to tradycja. „Rodzice ci dadzą”, „Oni ci kupią”, „I tak wszystko dostajesz”.
Nie. Posiadanie pieniędzy to jedno, a rozrzutność na pierdołach i zerowy poziom kontroli wydatków to drugie.
Ostatnio trochę przykozaczyłem do matki, bo nie chciałem sprzątać pokoju. Mój bałagan, mój porządek.
W odpowiedzi matka wezwała ekipę sprzątającą i za miesiąc mam zacząć płacić czynsz. Załatwiła mi też praktyki na wysypisku śmieci, żebym czuł się jak w domu...
No tego to się nie spodziewałem :/
Kiedy zerwał ze mną chłopak, miałam trochę ciężki okres. Pewnego dnia przyjaciółka stwierdziła, że tak nie może dalej być i wyciągnęła mnie na damską wódkę. Nareszcie się trochę pośmiałam, miałam bardzo dobry humor, ale też potężną fazę. Naturalnie po powrocie zdałam sobie sprawę, że kawa nie wystarczy, więc należy się udać pod prysznic.
Rano niby coś tam pamiętałam, ale zupełnie jak przez mgłę. W mojej głowie przewijały się urywki nocy poprzedniej, jakaś muzyka i zapewnienia przyjaciółki, że na pewno teraz znajdę sobie lepszego. Podczas mycia zębów spojrzałam w lustro i okazało się, że nie mam brwi... Uchyliłam lekko drzwi od prysznica i zdałam sobie sprawę, jak doszło do tej fatalnej pomyłki – krem do depilacji zamiast żelu pod prysznic sprawdził się w stu procentach. Ponieważ jeszcze nie do końca byłam trzeźwa, postanowiłam jednak te brwi dorysować, iść do sklepu i wykupić wszystkie możliwe soki. Moje brwi musiały robić wrażenie, bo na mój widok rozpłakał się dwuletni chłopczyk. W drodze powrotnej otoczyło mnie kilku rycerzy ortalionu, pytając, czy jestem nową loszką z bloku...
Przyjaciółka miała rację, moje notowania wzrosły w tempie błyskawicznym. Jutro kolejne wyzwanie – pierwsza grzywka w życiu.
Rok temu umarł mój tata. Choć to dziwne, on, nie mama, był najbliższą osobą w mym życiu. Niedawno, w rocznicę jego śmierci, mama wyznała mi (pod wpływem alkoholu), że nie był on moim biologicznym ojcem. Mój świat legł w gruzach. Tata ponoć nie wiedział. Wszystkie moje wspomnienia zostały zniszczone. Nie wiem, jak by wyglądało nasze życie, czy nadal by mnie kochał, gdyby wiedział. Mama milczy i obraża się, gdy tylko poruszam ten temat.
Nie potrafię przejść do porządku dziennego w pewnym temacie.
Jestem z partnerem 6 lat, mieszkamy razem 5 lat. Nie poznałam jego rodziny, bo sobie tego nie życzą. Nie znają mnie i nie chcą poznać. Zapraszali tylko jego na wyjazdy zagraniczne, obiadki niedzielne czy święta. Zrezygnował z takich spotkań, żeby spędzać czas ze mną. Gdyby to chodziło tylko o mnie, ale odbija się na moim partnerze. Docinki na mój temat, złość z ich strony, że mam na niego zły wpływ (bo on rezygnuje z zaproszeń na spotkania, na których czasem źle o mnie powiedzą). Mówią, że marnuje sobie ze mną życie. Patrzę na to z boku i mi go po prostu szkoda. Z roku na rok maleje moja nadzieja na poprawę relacji. Tak jak kiedyś zależało mi, żeby ich poznać, tak ta chęć słabnie. To wykształceni ludzie, wiem, że kochają syna/wnuka. On przekonuje mnie, że to nic. Że mamy siebie i to mu wystarcza. Myślę, że w środku go to boli. Jest dorosłym mężczyzną, ja dorosłą kobietą, a czuję się jak nastolatka, która oceniana jest przez obce mi osoby. To co na mój temat wymyślają trafia do osób trzecich, do moich znajomych, świat jest mały. Za każdym razem staram się być silna dla niego, dla nas, dla siebie. Wstyd mi, że wpływa to na mnie bardziej niż bym chciała. Odbiera radość dnia, gdy temat jak bardzo mnie nie lubią wraca na tapet. I ta natrętna przykra myśl, że jestem jak kolec w pięcie, drzazga pod paznokciem czy nieproszony gość.
Dlaczego tak się zachowują? Bo jestem 7 lat po rozwodzie i mam pełnoletnie dziecko. Czyli jestem z tzw. recyklingu i jestem blisko o dekadę starsza od partnera. Niczego innego nie można mi zarzucić. Czy chcę czuć, że rozbijam więzi rodzinne? Nie chcę. Kocham go, a on mnie, ale bardzo boli mnie jego ból i konsekwencje naszego związku.
Nie jestem matką, a czuję się, jakbym miała dziecko w domu...
W moim przypadku tym „dzieckiem” jest mąż.
Ja piorę, gotuje, sprzątam... On leży, bo jest wiecznie zmęczony.
Każda próba proszenia go o cokolwiek kończy się obrazą z jego strony, obraża się jak 5-latek, no bo jak mogłam mu zwrócić uwagę, że nic nie robi.
Wiecznie zmęczony i bez obowiązków w domu, bo on przecież pracuje.
Jakby nie widział, że oboje pracujemy.
Kiedy byłam pierwszy raz u chłopaka na noc, odkrył, że gadam przez sen. Usłyszał całą moją przemowę na temat równoległych światów, korpuskularno-falowej natury światła i Linionkach, żyjących w przestrzeniach między elektronami walencyjnymi atomów krzemu. Nagrał to wszystko komórką i za nic w świecie nie chce usunąć tego filmu z chmury.
Nie ruszają mnie ludzie, którzy żebrzą na Piotrkowskiej albo pod Katedrą.
Nie ruszają mnie apele o przelewy dla fundacji na leczenie chorych dzieci.
Nie ruszają mnie zdjęcia zwierzaków na łańcuchach i w klatkach, które wzrokiem błagają o adopcję.
Są w moim mieście starsi ludzie, którzy przeżyli już niejedno. Samotni, biedni, z kilkoma złotymi emerytury albo renty. Nic mnie tak nie dotyka, jak widok starszej pani, która sprzedaje swoje drobiazgi, biżuterię, ubrania. Albo pana, który struga w drewnie zwierzątka i sprzedaje za parę groszy. To takie przykre, że zamiast spokojnie żyć, relaksować się przed telewizorem, w sanatorium albo sadząc kwiatki na działce pod miastem, wiekowe panie muszą ciułać każdy grosz, żeby było je stać na rachunki i wykupienie leków.
Mieszkam w akademiku, pod pobliskim sklepem z owadem w logo czasem siedzi starsza pani i namawia studentów do kupowania różnych produktów. Tej jesieni miała orzechy, zaczepiła mnie, kiedy wchodziłam do sklepu. Spieszyłam się, był koniec miesiąca, jeszcze przed wypłatą i chciałam ją spławić mówiąc, że nie mam gotówki, bo zawsze płacę kartą. Ona na to: "nie szkodzi, to kup mi dziecko dwa kilo cukru, przecież co za różnica, czy sama pójdę do sklepu, czy ty mi kupisz". Weszłam do sklepu ze łzami w oczach, kupiłam jej te dwa kilo cukru i kilka innych rzeczy, spłukałam się doszczętnie do końca tamtego miesiąca, ale wzięłam orzechy, które całą zimę leżały na blacie, bo nie potrzebowałam ich i tak naprawdę wcale nie lubię orzechów.
Kilka dni temu znowu ją spotkałam. Miała konwalie, powiedziała, że nazrywała w lesie, bo darmowo, a one tak pięknie pachną i że na pewno studentkom będzie w pokojach też pięknie pachniało, że Dzień Matki niedługo, że można mamie dać, bo na pewno wytrzymają. Zapytałam ją o cenę, powiedziała ''3 złote za bukiecik''. Więc poprosiłam ją o 10 bukiecików, zrobiła wielkie oczy, odliczyła, zapłaciłam, przewiązała mi je ładnie wstążką. Po wyjściu ze sklepu wręczyłam jej jeszcze dwa kilo cukru i poszłam z tymi konwaliami do siebie.
Wypłata w przyszły czwartek, konwalie pachną, niczego nie żałuję.
Może oprócz tego, że ona musi sprzedawać te kwiatki i orzechy.
I że tak mało jest osób, które od niej głupi bukiecik kupią za kilo cukru.
Rycerze ortalionu kryją się wszędzie. Spotkasz ich na ulicy, w szkole, pod monopolowym, na meczu drużyny Atom Grądy Goświnowice. Ja natknęłam się na dwóch takich szeleszczących dresów w kinie. I to nie na jakimś tam filmie akcji dla szympansów po lobotomii, ale prawdziwym, dramatycznym dziele z wątkami psychologicznymi. To doprawdy miłe zobaczyć na takim pokazie szczerbatą „przyszłość narodu” odzianą w trzy paski i białe skiery kontrastujące z czarnymi, wypucowanymi adidasami, zazwyczaj służącymi przecież do spuszczania bolesnego wpierdolu.
Niestety, Sebastianowie najwyraźniej albo wygrali wstęp do kina w konkursie urządzanym przez producenta napojów energetycznych z Biedronki, albo zajumali bilety jakiemuś studentowi. Biedni, potwornie się wręcz nudzili. Stękali, wiercili się na swoich siedzeniach, pisali SMS-y, a kiedy baterie w ich smartfonach padły, zaczęli ze sobą gadać. Na tyle głośno, że trochę mi to przeszkadzało w odbiorze widowiska. Nachyliłam się więc do siedzących przede mną gawędziarzy i zagajam:
- Przepraszam waszmościów, ale nic nie słyszę.
Jeden z Sebastianów odwrócił się, zmierzył mnie od stóp po czubek głowy i bardzo kulturalnie odparł:
- I bardzo dobrze, jaśniepani. Toż to, kurwa, prywatna rozmowa!
Spasowałam i przesiadłam się dwa rzędy dalej.
Dodaj anonimowe wyznanie