#Zd6Tu

Zapewne każdy zna parę w wieku licealnym lub studenckim, gdzie pomiędzy osobami są 2-3 lata różnicy. Ja także jestem w takim związku, z tym że w tym przypadku to ja jestem starsza i tu pojawia się problem.

Mojego chłopaka Przemka poznałam w klubie sportowym. On miał wtedy 17 lat, ja 20. Po krótkim czasie okazało się, że mamy wspólną pasję - chemię (którą studiuję). On także wybierał się na ten kierunek po liceum. Dość często rozmawialiśmy na temat tego jak wyglądają studia, dzieliliśmy się różnymi nowinkami i ciekawostkami itp. Szybko zorientowałam się, że Przemek jest niezwykle inteligentny i sympatyczny. Po pół roku zostaliśmy parą.

Moi rodzice nie byli do końca zadowalani, ale nie robili większych problemów. Tata mojego chłopaka nawet się cieszył, że syn znalazł sobie porządną dziewczynę, a nie jakąś tapeciarę spod bloku, jak jego koledzy. Za to jego matka nie była w stanie mnie zaakceptować, co dość mocno dała mi do zrozumienia. Posunęła się nawet do jawnej krytyki naszego związku przy cioci i wujku Przemka (oczywiści ja byłam obecna przy tej rozmowie). Nie reagowała na prośby syna, który nie chciał kolejnej awantury przy rodzinie. W końcu przerwała jej ciotka mówiąc: "Chcę ci tylko przypomnieć, Marzenko, że twój pierwszy narzeczony był od ciebie 5 lat młodszy i gdyś wtedy nie wyjechała do Stanów, pewnie bylibyście małżeństwem".

Od tamtej pory matka Przemka dała mi spokój, a tematu różnicy wieku w związku unika jak ognia :D

#pv4DD

W tej historii ważne jest, że mam dosyć spory dystans do siebie.

Pewnego razu będąc na spacerze z psem, spostrzegłem zbliżającą się Karynę z dzieckiem. Już zacząłem odchodzić na bok, jednak dziewczynka była szybsza i już biegła do mojego psa. Mój pies jest stary i raczej spokojny, dlatego nie zareagował agresywnie, jednak było widać, że tulenie mu się nie podoba. Kulturalnie zwracam uwagę babce, na co ona z rykiem, że przecież psy są do głaskania i krzywdy nie zrobi, bo inaczej zostanie uśpiony. W tym momencie zadzwonił telefon babsztyla.

Co robię ja? Odwracam się i ignoruję je?
Nie!
Podchodzę do stojącego tyłem babska i zaczynam gładzić jej kurtkę. Ona się odwraca i wrzeszczy "CO JEST?! CO PAN ROBISZ?!". A ja na to, że przecież ona taka miła - idealna do głaskania, a mi nic nie zrobi, bo trafi do więzienia. Ta zaczęła krzyczeć i wymachiwać rękami, jednak wkrótce dała za wygraną i sobie poszła.
Ja już lekko zirytowany jej zachowaniem odwracam się i idę w kierunku domu.

Jednak tak byłoby za prosto.
Kolejna matka na horyzoncie - tym razem dwójka bachorów, już pędzących w moją stronę. Jako że miałem ogromną potrzebę skorzystania z toalety i kompletny brak chęci do odganiania dzieci, postanowiłem zaryzykować coś innego. Kiedy dzieci były blisko, po prostu zacząłem… szczekać.

Dziwnym trafem zadziałało. A ja w końcu wróciłem do domu. Mój pies poszedł spać. A dzieci się porządnie przestraszyły i może to je nauczy, żeby NIE DOTYKAĆ CUDZYCH PSÓW.

#lZTYU

Mam 34 lata. Ostatnie 7 lat byłam w związku ze starszym o 20 at mężczyzną. Nigdy nie miałam ciągotów żeby być matką, a jemu to odpowiadało, bo sam jest rozwodnikiem z nastoletnim synem. Jednak czasami łapał mnie taki instynkt macierzyński. Przechodziło zazwyczaj po spotkaniu z bratem i jego małymi dziećmi ;)

I tak sobie żyłam bez większych zobowiązań ze "Starym". Każdy miał swoje mieszkanie, zainteresowania, a nasz związek mimo braku ślubu czy większych deklaracji fajnie funkcjonował. Ostatnio jednak stwierdziliśmy, że może dobrze byłoby zamieszkać razem, może pomyśleć o dziecku. Nie ukrywam, trochę się nakręciłam i pootwierałam szufladki które dawno zamknęłam, a które próbowały się otworzyć za każdym razem jak widziałam koleżanki z dziećmi czy mężami. Byłam szczęśliwa. Oglądaliśmy mieszkania, meble, zastawę stołową.

A potem mnie zostawił. O 20.00 na messengerze pisaliśmy o pierdołach, wspólnym wypadzie na grzyby, a o 22.00 napisał mi, że nie chce ze mną być, bo mi nie ufa.

A wiecie czemu mi nie ufa? Bo jestem atrakcyjna i miła. Mężczyźni do mnie lgną, ale zawsze traktuje ich z dystansem. Ostatnie 7 lat nie dałam mu żadnego powodu żeby myślał, że nie jest dla mnie najważniejszy. Zapatrzona byłam w niego jak w obrazek. Robiłam wszystko by wiedział, że jest wartościowym, ciekawym, przystojnym mężczyzną i nie powinien nigdy czuć się zagrożony.

I kocham go nad życie. A on mnie zostawił przez taką głupotę. Narobił nadziei na piękne życie i mi to odebrał.

Mam 34 lata, złamane serce jak nastolatka, i brak perspektyw na szczęśliwe życie.

#RJCMJ

Kilka lat przyjaźni, spotkań, wyjazdów, rozmów „od serca”, zakupów, pomocy w realizacji różnych pomysłów i projektów, wsparcia mentalnego, czasem finansowego, bo przyjaciółka ma wolny zawód. Podwożenie na zajęcia, warsztaty, podwożenie do domu. Ona artystka, „zbyt wrażliwa na etat”. Ja miałam stałą, etatową pracę. Reklamowałam moim znajomym usługi przyjaciółki, żeby miała na życie.
Niestety ostatnimi czasy zauważyłam, że stosuje gaslighting i pewne formy manipulacji. Zmieniła się, zaczęła wywierać na bliskie osoby presję, zaczęła układać im życie i używać trybu nakazowego. Kiedy ktoś nie postąpił, jak mu wymyśliła, był foch i obgadywanie tej osoby z innymi znajomymi. W końcu wpadła na kolejny super pomysł, którego nie popierałam i powiedziałam jej o tym podczas swobodnej rozmowy przy herbatce. Wtedy usłyszałam o sobie takie rzeczy, że brwi mi podjechały ze zdumienia do linii włosów. Byłam w szoku, słysząc o tym, jak bardzo samolubna i ograniczona jestem, jak niewrażliwa, bez polotu, nudna i do tego złośliwa. Dodatkowo dostało się mojej inteligencji. A fakt, że nie zgadzam się z jej hiper pomysłem świadczy o tym, że jej nie wspieram i jestem zazdrosna o jej sukcesy. Ogólnie – obniżam jej poziom, źle wpływam na jej wibracje i mam natychmiast opuścić jej mieszkanie. 
Wyszłam, zamierzałam poczekać, aż jej przejdzie, zadzwonić może za dzień czy dwa...
Tymczasem zanim dojechałam do domu, ona usunęła z FB mnie i wszystkich z mojej rodziny, których poznała za moim pośrednictwem. Super.

Żadnych złudzeń na powrót do tej relacji. Za to od tego czasu poznałam tak wielu cudownych, życzliwych ludzi, że jednak dziękuję za tamten wieczór.

#sEcSZ

Moja matka oskarża mnie o anoreksję.
Przeszukuje mój pokój na okoliczność tabletek odchudzających i próbuje wmuszać jedzenie na siłę, zwłaszcza słodycze. Mam już dość, nic do niej nie dociera, żadne argumenty, bo przecież ona wie lepiej.

Sama jest otyła. Do tego stopnia, że wysiadają jej stawy i nie ma siły wejść po schodach, a tłuszcz ją oblewa. Jej wymówką jest przybranie na wadze po ciąży. Okej, ja wszystko rozumiem, ale mój najmłodszy brat ma już 15 lat. Od tego czasu miała mnóstwo czasu na schudnięcie, proponowałam jej diety, sport. Ale nie, ona upiera się, że jest dobrze, że prawdziwe kobiety mają krągłości, że i tak niedługo umrze (ma niecałe 50 lat). A potem narzeka, że nie ma w co się ubrać, że mąż ogląda się za innymi, że poci się w lato.

Do niedawna byłam podobna. Może nie otyła, ale zawsze ze sporą nadwagą. Najpierw pulchne dziecko, bo to takie słodkie. Potem pulchna nastolatka i moja matka szczycąca się, że jej córka ma największe cycki w klasie. Przy tej wadze nawet jako chłopak bym miała spore cycki. W wieku 14 lat nosiłam rozmiar 44-46 w sklepach z zawyżoną rozmiarówką. Ona cieszyła się, że może mnie ubierać w "dorosłe" ciuchy. Żarłam za trzy dorosłe osoby ku zadowoleniu jej i babci.

Około dwa lata później nastąpiły zmiany. Zaczęłam mieć problemy z oddychaniem, z ruchem, z cerą. Moje własne ciało mnie obrzydzało. Zorientowałam się, że jeśli dalej będę prowadzić siedzący tryb życia i tyle pochłaniać, niedługo utonę we własnym tłuszczu. Na tle rówieśniczek wyglądałam okropnie. Nie ćwiczyłam na wuefie, bo nie potrafiłam przebiec nawet pół boiska. Jednak nadal uparcie powtarzałam sobie, że jest dobrze, że przecież mamie się podobam. Tak jakby. Bo jej ulubionym wyzwiskiem w moją stronę było "ty głupia, gruba krowo". Ze względów zdrowotnych postanowiłam zmienić dietę i więcej się ruszać. Lato było doskonałą okazją, jeździłam na rowerze, pływałam, wychodziłam na spacery z psem. Trzy obfite posiłki zamieniłam na 5 mniejszych, składających się z chudego mięsa i warzyw, zamiast smażonych kotletów i makaronu. Przestałam reagować radością na podsuwane mi tłuste i kaloryczne przekąski. Udało mi się schudnąć, mimo że nie było to moją główną intencją. Ale nadal nosiłam rozmiar 42-44, przy zaledwie 160 cm wzrostu.
Ale matce się to nie spodobało. Zaczęła mnie sprawdzać, czy jem tyle, ile powinnam. Nadal jadłam dużo, ale zdrowo.

Teraz też nie jestem najszczuplejsza. Mam kilka kilo nadwagi, zwłaszcza w okolicach brzucha i ud, które chciałabym zrzucić. Wreszcie nie mam zadyszki po przejściu 50 m. Nie brzydzę się spojrzeć w lustro. A moja matka jest wiecznie niezadowolona, bo to nie do pomyślenia, żeby nie jeść ziemniaków ze smalcem, których swoją drogą po prostu nie lubię. Ale nadal wyzywa mnie od tłustych ku*ew, kiedy zrobię coś, co jej się nie podoba.

#debll

Historia sięga czasów, kiedy w większości domów był telefon stacjonarny. Był wtedy taki bajer, nowość, że można było na stacjonarny wysłać SMS-a (w sumie nie wiem, czy dalej jest coś takiego, czy już umarło śmiercią naturalną).
W domu czekała na mnie współlokatorka, bo się umówiłyśmy, że pójdziemy razem do kina. Ponieważ spóźnił się autobus, zaczęłam wydzwaniać na nasz stacjonarny, ale nie odbierała (koleżanka nie miała komórki, więc stacjonarny był moim jedynym kontaktem). Postanowiłam więc spróbować nowinki i wysłać jej SMS, że jestem blisko.

Gdy dotarłam do domu, zastałam współlokatorkę bladą jak ściana. Okazało się, że SMS w stacjonarnym działa w ten sposób, że telefon dzwoni i maszyna odczytuje treść SMS-a. Tak więc koleżanka, która była sama w domu, wyszła spod prysznica, odebrała telefon i... usłyszała w słuchawce metaliczny głos jak z horroru, mówiący: „Jestem blisko”...
Powiedziała mi później, że nigdy wcześniej tak się nie bała ;)

#AKuay

Historia o mówieniu do nauczycieli licealnych per "panie/pani profesorze/profesor" zainspirowała mnie do opisania nauczyciela, który na to miano zasługuje w 131,4%. Całość podśmierduje stylistycznie rozprawką, wybaczcie :P

Profesor W. uczył nas, klasę biol-chem, matematyki. Dostał nas w zasadzie przypadkiem, prawie zawsze uczył wcześniej rozszerzenia. I od pierwszej lekcji pokazał nam co umie. Tłumaczył idealnie, wymagał sporo, trzymał porządek i dbał o chwilę śmiechu. Co więcej, profesor W. naprawdę umiał matematykę (ukończył wydział matematyki stosowanej, nie nauczycielskiej). Do lekcji był zawsze przygotowany, czekał na nas w sali, żeby nie tracić czasu, a przerwa zawsze była przeznaczone na tłumaczenie "opóźnionym".

To jakim jest człowiekiem profesor pokazał dopiero po I klasie. Był już wówczas w wieku emerytalno-rentowym i odnowiła mu się zadawniona choroba. Ale doprowadził moją klasę i jeszcze jedną po niej do matury. Nie opłacało mu się to - dając korepetycje zarobiłby o wiele więcej w łatwiejszy sposób. Ale nas nie zostawił. Żeby lepiej przygotować swoich uczniów, umówił się z nami na jedną dodatkową godzinę w tygodniu. Nam pasowała w dniu, kiedy profesor nie miał zajęć. I zaakceptował to! Przez cały rok tłukł się autobusem na tę jedną lekcje, w czasie kiedy mógł jeszcze leżeć w łóżku. Ostatecznie średnia klasy z podstawy wynosiła coś koło 90% :D

Profesor W. lubił się rozgadać, miał swoje czasem irytujące zwyczaje, jak dyktowanie zadań na sprawdzianie i ciągle powtarzał te same przysłowia, które po miesiącu wszyscy znali na pamięć. Ale był to najlepszy nauczyciel jakiego miałem, godny miana profesora i każdemu takiego życzę :)

#4TBNB

W ostatnim czasie dość mocno przytyłem, równo rok temu ważyłem jakieś 80 kilo, a teraz zbliżam się do 120. 


Nie czuję z tego powodu żadnych kompleksów, bo zawsze byłem "tym dużym", jednak mnie to nieco zaniepokoiło. Moja dziewczyna od kiedy razem mieszkamy dużo gotuje i co chwilę piecze jakieś ciasto lub coś podobnego i najczęściej to ja zjadam większość, bo "ona nie da rady" i "się zmarnuje". 


Odnoszę wrażenie, że ona celowo mnie tuczy i podoba jej się moje ciało w obecnym kształcie.

#0TgWo

Mam 14 lat i nie potrafię kochać swoich rodziców. Od 10 roku życia mam ten problem, że nie potrafię zrozumieć, jak to jest kochać swoich rodziców. Nie pamiętam, aby moja mama czy mój tata zrobili mi coś złego, po prostu nie potrafię ich kochać, tylko ich lubię. Nie wiem, czy to przychodzi z wiekiem, bo każdy by powiedział, że jestem nastolatką i to moje głupie wybryki, ale ja wcale nie chcę „nie kochać” swoich rodziców.

Mam również problem z czułością i dotykiem. Od 9 roku życia zaczęłam odczuwać niechęć do przytulania moich rodziców. Po prostu nie potrafię zrozumieć, jak to może być komfortowe.

Jeżeli macie podobny problem lub byliście u psychologa i wiecie jak na to zaradzić, proszę o odpowiedź.
Dodaj anonimowe wyznanie