Nienawidzę swojej córki coraz mocniej. Całe dzieciństwo wiele wsparcia, wspólne wyjazdy, rozmowy, książki, malowanie, W wieku od 13 r.ż. psychiatrzy, psycholodzy, godziny w pociągach, żeby codziennie dotrzeć do szpitala psychiatrycznego bo niby depresja i cięcie się.
A dziś 18 lat trawka piwsko, wyszydza innych na FB, czuje się lepsza, mądrzejsza, gardzi emocjonalnością i słabszymi.,. Zawsze uważałam, że każdy ma prawo ubierać się jak chce. Styl metalowy ok, ale nie tak syfiasty, że wygląda jak żul. Kilka miesięcy temu uznała, że jednak jest facetem i włóczy się z kolesiami i petem w pysku, Wybitnie inteligentna, mimo marnej frekwencji jakoś szkołę zalicza.
Nie cierpię jej, z jej poczuciem lepszości, wyższości, z tym głosem, który obniża do męskiego i bandażowaniem cycków. Brzydzi mnie i odrzuca. Mam już w nosie jej przyszłość, dążę do jak najszybszego tylko odseparowania się od patola, Zaczynam być okrutna w słowach, ale już jej nie chcę. Nie chcę ordynarnego chłopa, miałam córkę, ale ona umarła.
Natchniona kilkoma opowiadaniami o rodzicach i ślubach poczułam, że czas i na mnie.
Po trzech latach narzeczeństwa uznaliśmy z przyszłym mężem, że czas ustalić jakąś datę. Kiedy doszliśmy do porozumienia, zaczęliśmy wszystko sami organizować. Wszystko szło gładko aż do momentu, kiedy o dacie dowiedziała się moja mama. Nie wiem o co chodzi z tymi ślubami, ale mojej kompletnie odbiło. Do tej pory była zawsze miła, miałyśmy dobry kontakt, ale w ten feralny dzień, moja mama przeistoczyła się w ŚLUBNEGO MATKOZAURA. Jeśli kiedykolwiek oglądaliście filmiki o opętaniu i egzorcyzmach, to macie wgląd w moje życie. Moją matkę opętał diabeł.
Pierwszym problemem był termin. Mama stwierdziła, że nie będzie w stanie schudnąć trzydziestu kilogramów w trzy miesiące, a kamera dodaje kolejne pięć. Razem z narzeczonym staraliśmy się nie traktować tego poważnie, ale również nie śmialiśmy się w jej obecności, żeby jej nie urazić. Pewnego dnia drzwi do mojego domu otwarły się z takim impetem, że przez chwilę myślałam, że CBŚ pomyliło adresy. To była ona. Wtedy to właśnie zaczęła coś mówić nienaturalnie grubym głosem (co tylko potwierdziło moją hipotezę o opętaniu), a kiedy to nie pomogło, dosłownie wysyczała jak wąż, że jak to nie będzie jej koleżanek z pracy. Spokojnie wytłumaczyłam, że na ślubie chcemy widzieć najbliższą rodzinę i przyjaciół i że nie chcemy niczego wystawnego. Kiedy ukradkiem spojrzałam na mamę, ta już trzymała się za serce. Jak to takie skromne? Ja mam jedną córkę! Starałam się zmienić temat, żeby uniknąć zejścia rodzicielki, więc zaproponowałam, że pokażę jej suknię. Była ona dość prosta. Za prosta. To całkowicie przelało szalę goryczy i wtedy wreszcie to wykrzyczała: JAK TY BĘDZIESZ WYGLĄDAĆ NA TYM NASZYM WESELU? Na naszym? - odparłam. - A to ja wychodzę za ciebie?
Nie będzie zaskakującego zwrotu akcji, ale powiem wam tylko tyle, że mama bardzo źle to zniosła. W trakcie wesela przeprosiła wszystkich gości za średnie jedzenie, brak porządnej kapeli disco polo oraz welonu. Tak, jej wymarzonego. Teraz tak sobie siedzę i myślę, że niektóre mamy przechodzą dwa kryzysy w życiu. Pierwszy to odpieluszkowe zapalenie mózgu po urodzeniu dziecka, a drugi to odweselny zespół napięcia matczynego, który niejednej dziewczynie może zepsuć najważniejszy dzień w życiu. Na szczęście nam nie zepsuł, ale o ciąży jeszcze długo się nie dowie. Tak na wszelki wypadek.
Jestem basistą w zespole. Ogólnie jest taka "tradycja", żeby śmiać się z basistów i ich niby wątpliwej inteligencji, więc muszę się ciągle albo wstydzić, albo wściekać, albo bronić. Pewnego razu po próbie kolega poprosił mnie, żebym wziął z salki jego piec (wzmacniacz gitarowy), byłem tak zamyślony, że po minucie stałem przy bagażniku jego samochodu z... elektrycznym grzejnikiem.
Wychodzi na to, że wszystko co mówią o basistach to prawda.
Pracuje w jednej z firm RTV AGD, która mi uświadomiła jak bardzo nienawidzę ludzi.
Nie wspominając o osobach, które przychodzą do sklepu tylko wydrzec na kogoś mordę, bo uważają się za kogoś lepszego.
Chodzi mi o ludzi, którzy nie szanują czyjegoś czasu, wchodzenie na sklep 5 minut przed zamknięciem z zamiarem zakupienia sprzętu do całego do domu i to najlepiej na raty, albo o takich gdzie już gasną światła na sklepie, a oni nadal usilnie nie będą chcieli wyjść.
Miejcie szacunek dla osób, które pracują po 12 godzin! Każdy z nas chce iść do domu odpocząć, a nie użerać się z kimś kto myśli, że jak przyszedł kupić kabelek to jest panem świata 🙃
Moi koledzy tego nie zrozumieją, więc trzymam przed nimi w tajemnicy, że jestem facetem, który wykonuje w domu wszystkie obowiązki domowe. Pranie, sprzątanie, gotowanie – wszystko na mojej głowie. Nie sprawia mi to kłopotu, lubię porządek i gotowanie, ale kumple z pracy mają staroświeckie poglądy i uważają to za babskie prace. Żyć by mi nie dali, gdybym się przyznał, że w domu to ja myję okna, a moja żona ogląda sobie w tym czasie seriale.
Miałam kiedyś bardzo rozrywkowych sąsiadów. Hałasowali całe noce, nie dawali mi spać. Kilka razy zwróciłam im uwagę, obiecywali poprawę, ale szybko o tym zapominali. W końcu postanowiłam odpłacić pięknym za nadobne. W ramach rewanżu dzwoniłam do nich domofonem. O piątej trzydzieści, bo wtedy właśnie wychodziłam do pracy. Tak długo, aż ktoś odebrał. Jak już odebrał, odchodziłam bez słowa. Wystarczyło trzy razy i przestali szaleć w tygodniu do trzeciej nad ranem.
Mam bardzo dowcipnych kumpli skłonnych do wykręcania sobie nawzajem mniej lub bardziej wyszukanych żarcioszków. Dorastałem z tymi głupkami i od ostatnich dwóch dekad obserwuję ich numery. Muszę przyznać, że skubańcy przez lata całkiem nieźle się wyrobili. No, bo kto by na przykład wpadł na pomysł zapłacenia grupie muzykalnych Cyganów, aby ci stali pod oknem ofiary i w akompaniamencie smętnych dźwięków starego akordeonu wyśpiewywali "Biełyje rozy" przez bite trzy godziny? Nie spodziewałem się jednak, że tym razem ofiarą żartów padnę ja.
Wyjeżdżałem na zasłużony urlop do jednego z ciepłych krajów. Tam gdzie turkusowy błękit oceanu, palma zielenią pokryta, gorący piasek, skąpo odziane tubylczynie serwujące drinki... Oczywiście te głupki postanowiły zadbać o moje pożegnanie. Przyszli na lotnisko z jakimiś transparentami, wuwuzelami i wielkim balonem z napisem "Krzysiu! Nie przywieź kiły". No, trzoda, ze ch#j!
W końcu udało mi się uwolnić od tej hałaśliwej watahy jaskiniowców i stanąłem w ogonku do odprawy. Przyszła kolej na mnie. Dupnąłem plecak na taśmę do prześwietlenia i sam poczłapałem do bramki z wykrywaczem metalu. Nic nie piknęło. (tym razem zadbałem o zdjęcie paska!).
Tymczasem coś niedobrego działo się z moim plecakiem, bo pracownicy lotniska z dziwnymi minami gapili się na monitorek coś komentując i jeżdżąc paluchami po ekranie. Zerkali to na mnie, to na wyświetlacz. W mojej głowie robiłem szybkie kalkulacje - czy w moim bagażu było coś, czego nie mógłbym zabrać na pokład? Nie. Chyba, że... Te parówy mi coś podrzuciły! Moje dumanie przerwała wielka łapa, która chwyciła mnie za ramię i odciągnęła na bok.
Stałem teraz na samym końcu taśmy dokładnie w najbardziej widocznym punkcie dla wszystkich pasażerów czekających na odprawę. Duży pan w gumowych rękawiczkach na dłoniach otworzył mój plecak i zagrzebał w jego wnętrzu, a ja obserwowałem poruszenie wśród reszty podróżnych, którzy najwyraźniej bardzo zaciekawieni byli tym "unboxingiem". Bęc! Na ladzie wylądował gigantyczny, plastikowy słój. Na opakowaniu widniała etykieta "ANAL PLEASURE FORTE". Widziałem rozchichotane mordki komentujące całe zajście. W tym momencie byłem już spocony jak pedofil koło piaskownicy. Najgorsze jednak miało dopiero nastąpić. Oto bowiem mój kat wyciągnął z mojego plecaka wielkiego, sztucznego, czarnego kutasa z równie wielkim napisem "MACIUŚ ❤".
Pan wskazał palcem na oba przedmioty i w pełni profesjonalnie, bez nawet cienia uśmiechu, rzekł: "Bardzo mi przykro, ale w podręcznym bagażu nie może pan przewozić żadnych płynów, smarów, ani cieczy. Również i sprzęt elektroniczny nie może khem, khem... przekraczać ustalonych przez lotnisko wymiarów."
A ja stałem, czerwony jak cegła wśród gigantycznego rechotu i zastanawiałem się: "Kto, do jasnego ch#ja, nazywa swój wibrator imieniem Maciuś?"
Moim największym fetyszem są męskie stopy. Uwielbiam, kiedy przychodzą upały i nawet najbardziej zatwardziali panowie pokazują swoje stopy, cały rok ukryte w butach. Nie ukrywam, że często zdarza mi się zawiesić oko, gdy jakiś przystojny facet idzie po mieście w klapkach lub leży na plaży. Gdy pierwszy raz poznaję jakiegoś mężczyznę, machinalnie spoglądam na jego buty i zastanawiam się, jakie ma stopy. Oczywiście najbardziej podobają mi się stopy mojego męża. Kiedy przychodzi z pracy, po czternastu godzinach harówki na budowie, ciężko zarabiając na utrzymanie rodziny, zdejmuję jego ciężkie robocze buciory i skarpetki i z wielką przyjemnością robię mu masaż stóp. Uwielbiam też łaskotanie. Moją największą niespełnioną fantazją jest związanie i porządne wyłaskotanie jakiegoś twardziela, którego z pozoru nic nie rusza, a pod wpływem smyrania piórkiem mięknie i błaga mnie, abym przestała. Ostatnio dostałam mandat i w myślach już wymierzałam panu policjantowi karę. Podobnie miałam z szefem, gdy odmówił mi podwyżki. Na razie to jednak sfera marzeń, bo mój mąż nie jest chętny, aby oddać się na łaskotkowe tortury, choć obiecał, że przemyśli sprawę na piętnastą rocznicę ślubu.
W jakiejś bajce była taka scena: postać, która przez całą historię była złą, postanowiła być dobrą. Ktoś mógł spełnić jej życzenie, więc je wypowiedziała i stała się dobra. Gdybym mogła w tak magiczny sposób zmienić siebie, kazałabym zabrać od siebie całą melancholię i ponuractwo. Potrafię się śmiać i cieszyć, ale jak mnie coś zdołuje, to kaplica, a dołuje mnie prawie wszystko: koniec lata, kolejna zniszczona rzecz w domu (jestem po przeprowadzce i prawie nie mam mebli, potłukło mi się już wiele naczyń, czajnik porysował się od sąsiedztwa tarki do warzyw i tego typu drobnostki, którymi zadręczam się codziennie), krytyczna uwaga szefa, to, że nie potrafię być w swojej branży bardzo dobra. Fakt, że dopiero uczę się zawodu, ale idzie opornie. Pierwsze oznaki starzenia i to, że za kilkanaście lat będę panią w średnim wieku, a nawet jeszcze starszą. To, że na świecie źle się dzieje. Chciałabym żyć normalnie i nie dołować się wszystkim.
Po ślubie zamieszkaliśmy razem z mężem w jego domu rodzinnym, który był podzielony na kilka części i w każdej mieszkał ktoś z jego rodziny. W naszej części domu mieszkała też babcia i dziadek mojego męża. Dzieliliśmy z nimi kuchnię i łazienkę. Na początku było całkiem znośnie, po prostu każdy zajmował się swoimi sprawami, pracą, hobby itp., z czasem babcia coraz bardziej zaczynała grać mi na nerwach. Nie była ona miłą osóbką i coraz częściej krytykowała wszystko co robię, do tego uważała, że tylko ona ma we wszystkim rację plus jeszcze dodajmy jej fanatyzm na punkcie pewnej partii politycznej, której przewodzi kawaler z kotem. Byłam nieraz świadkiem, jak bardzo źle traktuje dziadka, wyzywa o byle co i krytykuje. Dowiedziałam się też, że jej własne dzieci nigdy nie lubiły swojej matki, jak to powiedział mój teść – „matka zawsze była wredna”. Po krótkim czasie od mojego wprowadzenia dziadek męża zmarł i wtedy babcia zaczynała się robić jeszcze bardziej nie do zniesienia. Na porządku dziennym było niesprzątanie po sobie, robienie strasznego sajgonu w toalecie i kuchni. Nie chcieliśmy z mężem się wyprowadzać, więc jeden pokój przerobiliśmy na kuchnię. Odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu mogłam spokojnie przygotować posiłek i nie musiałam myć ponownie „umytych” przez babcię w brudnej wodzie po pierogach noży i widelców. Żyliśmy sobie tak, a babcia z każdym miesiącem coraz bardziej się zmieniała i powoli zaczynał się koszmar. Babcia zaczęła dużo zapominać, waliła do nas do drzwi po nocach i sama nie wiedziała co chciała, zachowywała się agresywnie, coraz częściej nas wyzywała i obwiniała o kradzieże, myliła nas z innymi ludźmi, załatwiała się poza ubikacją, przestała się myć i w całym domu był bardzo brzydki zapach. Domyśliłam się, że to musi być choroba Alzheimera. Najgorsze w tym wszystkim było to, że rodzina, która mieszkała z nami, ale w drugiej części domu, m.in. jej synowie, nic sobie z tego nie robili. Olewali ją i olewali nas. Mówili, że przesadzamy, że ona jest po prostu stara, że jaki tam Alzheimer, że po co do psychiatry. Nie obchodziło ich, że muszę codziennie babrać się w jej odchodach w toalecie, że nie mogę nikogo zaprosić do domu, że jestem wyzywana od najgorszych za nic i że nie mogę w spokoju się wykąpać, bo ona próbuje mi wyrwać drzwi od toalety.
Moja katorga trwała 3 lata. Miesiąc temu babcia złamała nogę w taki sposób, że nie będzie już chodzić i jest leżąca. Nigdy nie cieszyłam się z czyjegoś nieszczęścia, ale w tym przypadku czułam się jak nowo narodzona. Skończyła się moja męka. A do rodziny karma wróciła. Teraz oni muszą się babrać w odchodach, zmieniając pampersy (często słyszę, jak wyzywają), a próbowali mnie do tego zaciągnąć... Do tego babcia leży w pokoju, który jest pod pokojem jej syna i często całą noc wali mu w sufit, że on nie może spać. Nigdy więcej.
Dodaj anonimowe wyznanie