#46UCk

Czasami rodzice bardzo naciskają na dzieci, żeby przynosiły ze szkoły dobre oceny. Moim zdaniem to błąd.

Mój syn chodzi do technikum i ma sporo nauki, plus przedmioty zawodowe. A ja nie cisnę. Sam uznał, że najważniejsze są przedmioty zawodowe (informatyka i pokrewne), matematyka i język obcy. Na tym się skupia. Resztę oby zdał.
Dlaczego mam takie podejście? Sama w liceum sporo wagarowałam, miałam kiepskie oceny, nauczyciele nie wróżyli mi nic dobrego. Ale maturę zdałam. A na uczelni nikogo nie obchodzą oceny, tylko matura. Jestem po studiach, mam pracę biurową w administracji publicznej, pensję na czas, wczasy pod gruszą, urlop kiedy to mi pasuje, trzynastą pensję, dodatki świąteczne, premie kwartalne. Siedzę w pokoju z dziewczyną, która dużo się uczyła i miała same piątki. Jak się zejdzie coś o szkole i ona mówi, że rodzice teraz nie gonią dzieci do nauki (a powinni jej zdaniem), to jej przypominam, że miałam dwóje i wagarowałam, a siedzimy razem w pokoju. Bardzo się lubimy, po prostu w tej sprawie mamy inne zdanie. Moja kierowniczka też wie, jaką byłam uczennicą. Ma to gdzieś. Liczy się, że dobrze wykonuję swoją pracę i nie zawalam terminów.

Warto pamiętać, że szkoła to tylko kilka lat, a potem jest cała reszta życia. Powtarzam to swojemu synowi. I dużo ważniejszy w tym życiu jest stan naszej psychiki. Oceny to tylko oceny. Niech skupia się na tym, z czego zdaje maturę. Bo przecież o maturę tu chodzi. I żeby mieć zdrowe podejście do nauki.

#MP1pf

Sytuacja z egzaminu teoretycznego. 100 osób umiejscowionych w pięciu długich ławkach. Uprzedzając pytania – test pisaliśmy na naszych laptopach, tak że nie było możliwości ściągania od osoby siedzącej naprzeciwko.
Siedziałam przy samym brzegu jednej z ławek, przy ścianie. W pewnym momencie koleżanka siedząca naprzeciwko mnie zrobiła przerażona minę, po czym krzyknęła i wskazując palcem na ową ścianę, oddaliła się od ławki. Było to dość teatralne, muszę przyznać, ale gdy tylko się odwróciłam, to zaraz zrozumiałam czemu.
To był potwór. Wielki, o długich nogach, pająk! Gdy go zobaczyłam, zaraz wstałam, piszcząc jak wariatka. Koleżanka siedząca obok mnie wzięła butelkę wody i zaczęła okładać nią pająka. Po piątym uderzeniu, a każdemu uderzeniu akompaniował dramatyczny krzyk godny predatora, z pająka nie zostało nic.
Nasz egzaminator jedyne co zdołał z siebie wydusić, to czy nas nie poj***ło. No cóż...
 
A teraz uwaga: był to egzamin policyjny... Tak że jeżeli policja nie przyjeżdża na Wasze wezwanie, to może akurat „coś” stanęło im na drodze? :)

#S7HbB

Mieszkałam w dość biednej rodzinie. Wraz z domownikami żyliśmy w osiem osób w malutkim domu bez łazienki. Pamiętam dni, kiedy chodziłam głodna i kradłam sąsiadowi jabłka ze stodoły. Było naprawdę ciężko, później, gdy mój ojciec wyjechał za granicę, było trochę lepiej, lecz musiał spłacać duże długi.
Ojca widziałam kilka razy w roku. Matka, a raczej rodzicielka, wraz z rodzeństwem, znęcali się nade mną psychicznie i fizycznie. Ona nigdy mnie nie przytuliła, nigdy nie usłyszałam, że mnie kocha. Bardzo mi tego brakowało. Chciałam być przez kogoś kochana. Później, gdy moje starsze rodzeństwo (jestem najmłodsza) rozjechało się po świecie, zostałam sama z matką. Zdecydowała, że się przeprowadzimy do ojca. Bardzo nie chciałam jechać, bo tutaj miałam przyjaciółkę, tam nawet nie znałam języka.
Dwa miesiące po przeprowadzce 16-letnia ja poznałam chłopaka. Był jedyną osobą, z którą mogłam normalnie porozmawiać i rozumiał mnie. Rodziców nie obchodziłam ja, czy tym bardziej on... Wkrótce zostaliśmy parą, czułam się jak w bajce, w swoje 17 urodziny pierwszy raz dostałam prezent. W 18 urodziny dowiedziałam się, że jestem w ciąży, on ucieszył się, mimo że wiedział, jak będzie nam trudno. Jego rodzice również jakoś to zaakceptowali. A moi rodzice? Skończyłam z walizkami za drzwiami, zwyzywana od najgorszych. Nie miałam jak skontaktować się z chłopakiem mieszkającym w sąsiednim mieście. Noc spędziłam na ulicy. Rano jakaś uprzejma kobieta zawiozła mnie pod dom chłopaka. Jego rodzice nie mogli uwierzyć w to co się stało, ja próbowałam kontaktować się z rodzeństwem, ale każdy mnie olał. Gdyby nie pomoc rodziców mojego chłopaka, którzy pozwolili zostać u nich, jak długo chcę, nie wiem co by było.
Dziś ciągle mieszkam z nimi i z moim mężem. Mam cudownego synka i rodzinę, jakiej nie miałam nigdy. A biologiczni rodzice? Matka kilka razy dzwoniła i przepraszała, po czym dodawała, że skoro mam taki piękny dom, to mogę im „odpalić” jakieś pieniądze... Brak mi słów.
To prawda, że z rodziną najlepiej na zdjęciu.

#G26nN

Z moim chłopakiem byłam prawie 8 lat, byliśmy zaręczeni prawie 4 lata. Matka narzeczonego ciągle krytykowała mój wygląd, uważając go za brzydki. Podczas rodzinnych imprez, na których byłam obecna, ciągle słyszałam uszczypliwe uwagi na temat mojego wyglądu. Raz przy wszystkich powiedziała „O Boże, jaką masz pogniecioną sukienkę” (choć nie była pognieciona) i obserwowała reakcje, potem dodała, że w moich wcześniejszych włosach wyglądam lepiej, bo nos mi mniej wystawał... Gdy narzeczony zażartował na temat mojego nosa przy matce, a ja odpowiedziałam, że sprzedam coś, aby mieć pieniądze na operację, jego matka przysunęła się do mojego ucha i powiedziała, że to nie wystarczy, że na poprawienie twarzy potrzebuję znacznie więcej. Było sporo różnych takich uszczypliwości ze strony jego mamy.
Rozstaliśmy się, bo było mi przykro, że narzeczony nigdy nie sprzeciwił się matce, twierdząc, że to ja robię z igły widły i wymyślam problemy. Ma jeszcze dwóch starszych braci, którzy też są starymi kawalerami po 40 roku życia, a mama usługuje im, jakby nie chciała, żeby się ożenili i założyli rodziny. Co jest nie tak? Czy matka szuka idealnej synowej, czy po prostu chce synów tylko dla siebie? Czy to ja przesadzam?

#YzXIt

Mój były stwierdził, że czuje się kobietą... Ciężko było się z tym pogodzić, ale trudno, bywa i tak, jakoś to przełknęłam.
Krótko po rozstaniu okazało się, że był jednocześnie ze mną i drugą dziewczyną, no i że ona jest w ciąży. Żeby było ciekawiej, to znalazł kolejną, z którą ma dziecko i z nią również nie jest...
Wstyd przyznać, że po rozstaniu to ja go nawet żałowałam i współczułam mu, że żyje nie w swoim ciele, a to był zwykły kłamliwy dziadyga.

#j0ry0

Na wspomnienia mi się zebrało. Nikomu nigdy o tym nie mówiłam. I nie opowiem.

Dawno, dawno wraz z koleżanką pojechałyśmy do Bułgarii na spotkanie i negocjacje z potencjalnym dostawcą towaru. Po paru dniach zwiedzania zakładów i rozmów stricte handlowych zakończonych pozytywnym efektem, w przeddzień naszego wyjazdu gospodarze zaprosili nas na kolację do bardzo dobrej restauracji i z tańcami. Z prezesem przyszedł jego wiceprezes, ale innego oddziału. Jak się okazało, znał on jedynie słabo rosyjski i żadnych innych języków – może pojedyncze słowa po angielsku (ja znam angielski, niemiecki i rosyjski, biegle).

Nie wiem, jak to się stało, rozmawialiśmy sobie najpierw wszyscy razem, potem się rozmowy rozdzieliły na pary – ja z Ivo (nie dość, że przystojny, to jeszcze imię jak z romansu), koleżanka z prezesem. I tak opowiadaliśmy sobie o życiu, o tym, co nas interesuje, co nas boli, o wszystkim (rozmowy handlowe już były zakończone i nie z nim prowadzone). I nie wiem, jak to wyszło, że doskonale się rozumieliśmy mimo braku znajomości języków przez niego – on mówił po bułgarsku z wtrącaniem czasem rosyjskich słów, a ja po rosyjsku, wtrącając czasem angielskie. Albo bułgarski i rosyjski są takie podobne do siebie (choć oglądając tam telewizję, prawie nic nie rozumiałam), albo to jakaś paranormalna więź nas połączyła, że tak się doskonale rozumieliśmy. Nie skończyło się w łóżku, choć napięcie było ogromne, ale i on, i ja  w związkach i z dziećmi, i tak od razu... Nie, nie w naszym stylu. No i przyzwoitki mieliśmy. Pożegnaliśmy się niedługo po północy, bo następnego dnia rano wracałyśmy samolotem do Warszawy. 
Panowie wiedzieli, o której wylatujemy i zrobili nam niespodziankę na lotnisku. Siedziałyśmy już po odprawie paszportowej i checkingu, gdy tu nagle wywołują mnie.
Okazało się, że panowie przyjechali się pożegnać. A Ivo z ogromnym bukietem pięknych purpurowych róż – chyba ten bukiet tak podział na celników i straż graniczną, bo pozwolili mu wejść za bramkę (tam gdzie sprawdzają paszporty, a przed kontrolą celną), a mi pozwolili wyjść też za kontrolę celną, aby mógł się ze mną pożegnać i wręczyć mi te róże. Nie było dużo ludzi i tak staliśmy, jak na scenie, żegnając coś pięknego, co się nie zdążyło zacząć.

Chyba owa sytuacja i ów bukiet spowodował też, że przez obsługę samolotu traktowana byłam jak ktoś wyjątkowy, zaopiekowali się tez różami na czas lotu, a i współpasażerowie spoglądali z zaciekawieniem i sympatią.
Koleżanka nie była zazdrosna – rozbawiona jedynie.

Niestety, więcej go nie spotkałam. Dostawy przyszły, reklamacji nie było. Nawet się wymieniliśmy telefonami, ale nie kontynuowaliśmy znajomości.

Mam nadzieję, że podobnie wspomina ten jeden piękny wieczór.

#uyEnz

W mojej szkole jak co roku zorganizowano konkurs talentów. Nie było tam podziałów wiekowych na 1, 2, 3 i 4 klasę, więc wszystkie pokazy zorganizowano na 2 lekcjach.
Wiecie pewnie jak to jest, połowa śpiewa, a druga połowa gra na gitarze (czasem też śpiewają).

Jakieś 2 miesiące przed całym konkursem też nauczyłem się grać... na zębach... na szczęce, robić "pustą głowę" (czyt. walisz palcami w górę głowy i jest dźwięk jakby nic nie było wewnątrz).
Zacząłem grać na zębach podczas przerw i gdy mi się nudziło. Gdy jeden z kolegów dowiedział się o tym konkursie, powiedział mi, żebym się zapisał, bo naprawdę mogę to wygrać. Męczył mnie tym przez miesiąc. Powiem szczerze: nie chciało mi się i zwisało mi to. Ale gdy kolega zaproponował zakładzik o 15 zł... Dobra, idę! Tylko najpierw zarejestrować się u wychowawcy.

- Chciałbym się zapisać na tego mam talenta
- A co zaśpiewasz?
- Nic, będę grał.
- Ooo, a co?
- Jeszcze nie wiem, coś wymyślę.

Dzień konkursu: idę za kotary, wszyscy powtarzają teksty, akordy i kij wie co jeszcze. Ja siadam na krzesełku, rozmawiam z kolegą i spisujemy co zagram (on mnie zapowiada, bo przez mikrofon mam nie za ciekawy głos). Wszystko ugadane, teraz czekamy, jak na złość byłem ostatni.

- A teraz ostatni występ na dzisiaj, Juan (imię zmienione) z klasy 3 zaprezentuje grę na gitarze (myślała, że skoro gra, to pewnie na gitarze), ale repertuar pozostaje zagadką, posłuchajmy!
Wszyscy brawa, ja na luzie, koledzy z klasy rechoczą pod nosami, mikrofon przygotowany. Ja bez gitary, nauczyciele w jury patrzą ciekawi.
- Różowa pantera! - to była pierwsza zapowiedź.
Zaczynam grać na zębach, wszyscy patrzą na mnie jak na odmieńca. Kątem oka widzę nauczycieli, którzy otworzyli usta ze zdziwienia. Kończę... wszyscy brawa, klasa wstaje i też bije brawa. Odwracam się i widzę zszokowanych rywali.
- Koziołek Matołek! - I znowu to samo. Robię swoje, kończę, brawa i znowu:
- Star wars! Przez twe oczy zielone! Crazy Frog! - i jeszcze parę innych.

Wszyscy klaszczą, chyba się podobało. Dyrektorka wychodzi na środek:
- No niestety, musimy cię zdyskwalifikować (jak ona to powiedziała?) za rozpowszechnianie niebezpiecznych i szkodliwych zachowań (chodziło jej o to, że mogę wybić sobie zęby).
Wszyscy buczą, ja się trochę podłamałem.

Następnego dnia kolega daje mi 15 zł, wychowawca do mnie podchodzi i mówi, że jemu występ się bardzo podobał, ale dyra powiedziała, że jak jeszcze raz zagram, będę miał obniżoną ocenę z zachowania.
Trochę się rozpisałem, ale nie chciałem niczego pominąć. Tak więc nauczka na przyszłość dla wszystkich: Jeżeli umiesz robić coś innego niż inni, nie kryj się z tym i pokaż to wszystkim. Ja niczego nie żałuję, bo nie mam czego.

#paKYA

Jestem mężczyzną, mój wiek raczej nieistotny. Jestem w pełni heteroseksualnym facetem, mającym wspaniałą kobietę. Jednak nikt nie wie, że gdy jestem sam, loguję się na czacie mojej rodzinnej miejscowości. Za nick obieram sobie nazwę, która sugerowałaby jakąś przepiękną niewiastę, wabiąc tym samym napalonych samców.
Dzięki temu wyłapuję kolesi w stałych związkach, w narzeczeństwie tudzież małżeństwie, zdobywając ich zdjęcia i dane choćby do Facebooka, czasem trafiają się osoby, które znam z widzenia, więc ich identyfikacja nie jest trudna. Tym oto sposobem biedne, nic nieświadome kobiety dowiadują się, jak wielkimi s*********** są ich faceci.

Chylę czoła przed wszystkimi skrzywdzonymi kobietami.
Pozdrawiam :)

#D0nXa

Działo się to, kiedy miałem 6-7 lat.

Z boku mojego bloku było zejście w dół do bunkru. W tym bunkrze spotykały się harcerze i harcerki. Mieli różne rzeczy – od szaf, biurek, krzeseł po stół bilardowy.
Zawsze chodziłem ich odwiedzać, a że mój brat był wtedy harcerzem, to mnie wszyscy znali. Tego jednego letniego dnia schodzę w dół i co widzę? Same harcerki, zero harcerzy. Z racji tego, że byłem „Dzieckiem Szatana”, wpadłem na genialny plan.
Wdrapałem się na stół bilardowy niczym ślepy na Mount Everest, wszystkie stoją na około mnie i patrzą. Minuta ciszy... Serce wali coraz bardziej... W tym momencie młody ja rozbieram się i zaczynam machać swoim sprzęcikiem na boki, patrząc się na wszystkie dziewczyny, a z mych ust wyleciały te magiczne słowa... Powiedziałem: „No dotknij, śmiało, nie wstydź się”.
Dalej nie pamiętam niestety, co się działo, ale pewnie nie było za miło.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że była tam moja starsza siostra, której czasem zdarza się powiedzieć do mnie: „No dotknij, śmiało, nie wstydź się”. Zawsze palę buraka.

Pozdrawiam wszystkie harcerki, które tam wtedy były, przepraszam za te dzikie widoki.
Dodaj anonimowe wyznanie