Mam pewien problem – odkąd pamiętam nałogowo zdrapuję lub zjadam lakier do paznokci.
Początkowo malowałam paznokcie lakierem, ale jak już nie posiadałam go na nich po jakichś dwóch dniach, to uznałam, że wyceluję w coś bardziej trwałego. Na początku wykonywanie hybryd u profesjonalistek, później samodzielnie, ponieważ ponownie, nie opłacało mi się wydawać kupy pieniędzy na coś, co tym razem wystarczy mi na chociaż tydzień. Nie wiem, czy to stres, czy nuda, nawet „gorzki paluszek” mi nie pomaga, nie przeszkadza mi już. Nie wiem co mam zrobić, moja płytka paznokcia cierpi, jest cała czerwona, boli, gdy cokolwiek dotknę. Tak bardzo po prostu chciałabym mieć ładne, zadbane, pomalowane paznokcie...
Moja żona jest toksyczna. To niesamowite, jak bardzo nie umie inaczej żyć, niż mieć pretensje absolutnie o wszystko. Albo to ze mną jest coś nie tak. Każdy poranek to awantura i pretensje o cokolwiek. Za dużo pisania by było, aby opisać wszystko, więc jako przykład podam dzisiejszy poranek. Sami oceńcie: Wstaję (jak co dzień) o godzinie ~6. Ogarniam mieszkanie i robię śniadanie dla niej i dla syna. Oni wychodzą około 7:00, a ja wtedy zmywam naczynia, wychodzę z psem, ogarniam co zdążę i szykuję się do pracy.
Lista dzisiejszych pretensji:
1. W trakcie gotowania szafki zostawiłem otwarte. Mówię, że co chwila coś stamtąd wyjmuję, ale i tak pozamykała.
2. „Spodni nie masz już gdzie trzymać?” Wisiały na wieszaku w łazience. Jej spodnie też tam wisiały, na tym samym wieszaku.
3. „Znowu smażone na śniadanie?” Zrobiłem naleśniki, bo w lodówce prawie że pustki. Z jabłkiem, smażone na oliwie. Dzień wcześniej ona zrobiła śniadanie – uda się jej mniej więcej raz na dwa tygodnie. Zrobiła jajecznicę.
3a. Nie zdążyła jej zjeść i była awantura, że jak zwykle jej nie pomagam – szykowałem synka do przedszkola. Ostatecznie pojechała autem do pracy, aby ona i syn mogli zjeść, i zrobiła mi wyrzuty, że zabuli 60 na parkomat koło pracy.
4. „W lodówce pustki, a nie chciałeś iść wczoraj do sklepu” – nie „nie chciałem”, tylko pojechaliśmy po buty na zimę dla syna – tak jak chciała.
Jeszcze coś tam było, ale nie pamiętam. Suma summarum mówię jej, że te poranne awantury to już taka codzienność. Wcześniej się denerwowałem, teraz smucę, a wkrótce zaczną mnie bawić.
Niedawno straciłam ojca, mając 16 lat. Nie zawsze nam się układało, raczej to mama była od wychowywania dzieci, a tata pracował całe życie. Widząc jego pracoholizm, zaczęłam dorabiać na hand made, przerodziło się to w większy biznes. Z czasem przestałam go prosić o pieniądze, skoro mogłam sama zarobić na zachcianki. Nasz kontakt już wtedy bardzo się urywał.
Teraz, gdy go nie ma, nie umiem sobie poradzić. Każdej nocy płaczę, że nie dam sobie bez niego rady. Za chwilę pierwsze święta bez taty, a ja codziennie za nim tęsknię i błagam go, żeby wrócił. Na myśl, że nie poprowadzi mnie do ołtarza, nie będzie widział, jak się rozwijam i nie dostanę od niego ojcowskich rad w sprawie pierwszego auta – mam ochotę zasnąć i się nie obudzić.
Mimo naszej relacji strasznie go kochałam, był najmądrzejszym człowiekiem, jakiego znałam, a teraz go nie ma.
Lubicie prawdziwie anonimowe wyznania, prawda? No to proszę bardzo.
Gdy miałam 10 lat, odkryłam pornografię. Ot tak, coś kliknęłam w internecie, pobrał się filmik, spodobało mi się. Nie rozumiałam do końca, o co chodzi, ale było fajnie.
I zaczęłam sobie różne filmy wyszukiwać. Wtedy trzeba było je ściągać przez torrenty albo emule, ale na tych stronach można było znaleźć wszystko.
DOSŁOWNIE wszystko.
Trzeba było tylko wpisać odpowiednie hasło. Jak teraz na pornhube czy innych stronach. Milf, tits, blowjob, co kto lubi. Szybko poznałam, co mi się podoba najbardziej – to, z czym mogłam się najbardziej utożsamiać.
Mając 10 lat najchętniej wyszukiwałam frazy „thirteen/teen/young/”.
Rozumiecie już?
Ja zrozumiałam ostatnio, mając 25 lat. To była dziecięca pornografia. Filmy, na których były 11-letnie naćpane narkotykami dziewczynki. Wtedy nie rozumiałam, że to coś złego – sama chciałam już uprawiać seks, one mogły to robić i zazdrościłam im. Nie czuję się winna za to, jaka wtedy byłam, ale dorosły, jakim jestem teraz, jest przerażony. Ciągle pamiętam dwa z tych filmów. Były dostępne tak, po prostu, i chwała postępowi, że teraz błyskawicznie zostałyby zdjęte, a udostępniający zamknięci za kratami.
A ja nie wiem co myśleć – nienawidzę swoich wspomnień, chciałabym móc coś zmienić, bo pedofile to dla mnie najgorsi przestępcy na świecie i dla nich bez mrugnięcia okiem przywróciłabym karę śmierci... a jednocześnie ciągle podnieca mnie motyw seksu między bardzo małymi kobietami a olbrzymami. Teraz już rozumiem dlaczego i nienawidzę się za to.
Tak że... pilnujcie tego, co wasze dzieci oglądają w sieci.
Czy coś.
W wieku kilku lat miałam tendencję do szybkiego nudzenia się zabawkami.
W tamtym czasie modne były lalki w stylu „prawdziwe jedzące, śpiące, gadające, sikające niemowlę” i bardzo taką chciałam. Mama, znając moją wspomnianą tendencję, próbowała mnie jakoś zniechęcić (bo jednak taka zabawka była kosztowna, a ja i tak po kilku dniach rzuciłabym ją w kąt). Powiedziała mi więc, że taką laleczką trzeba opiekować się jak prawdziwym dzieckiem, nawet jeśli zacznie płakać w nocy, to trzeba wstać, utulić, że zachowuje się jak prawdziwy mały człowiek.
Przeraziło mnie to, zwłaszcza że nigdy nie chciałam rodzeństwa. Zaczęłam więc błagać, żeby nigdy takiego prezentu nie dostać.
Później przez jakiś czas wierzyłam w „prawdziwodzieckową” lalkę. Do czasu, aż dostałam na święta lalkę niemowlaka, aczkolwiek taką bez jakiejkolwiek elektroniki.
Mój płacz i przerażenie słyszało chyba pół bloku, a mama musiała mi długo tłumaczyć, że kłamała w sprawie tego, że zabawką trzeba się zajmować jak prawdziwym niemowlakiem.
Jestem właśnie na wycieczce szkolnej w okolicach Sandomierza. Mój autobus odjechał 15 minut temu. Siedzę z właścicielem hotelu i próbuję się dodzwonić do kogoś z wycieczki...
Tak to jest być przegrywem.
Starsza para (ok. 70 lat) mieszka w domu naprzeciwko mnie. Przed domem stoi ich opel. Temperatura mroźna i szron na szybach.
Z ranka piję sobie kawunię i obserwuję, jak pani babcia, idąc gdzieś tam po coś tam, przechodzi obok opla, staje i zaczyna na zaszronionej szybie tworzyć jakieś znaki. Myślę sobie: „Pewnie serduszko rysuje, bo to taka miła parka, co to zawsze trzyma się za ręce”. Babcia skończywszy, poszła dalej, z wyraźnie zadowoloną miną.
Nie wytrzymałam i poszłam niby to wyrzucić śmieci, a tak naprawdę obczaić malunek.
Ta urocza babuleńka wysmarowała swojemu mężowi na szybie wielkiego męskiego wiadomo co... :)))
Takiej miłości chcę!
Dawno, dawno temu nadesłany przeze mnie e-mailem rysunek przedstawiający pewną znaną osobę ukazał się w jednym z młodzieżowych magazynów, w nagrodę przysłano mi nawet upominki z logo magazynu.
Prawda jest taka, że znalazłem ten obrazek w grafice Google i wysłałem do redakcji.
W dzieciństwie miałam kota. Któregoś dnia zniknął i więcej go nie widziałam. Był stary i schorowany, więc pomyślałam, że umarł.
Minęło 14 lat, teraz jestem już dorosła. Podczas remontu znalazłam w jednej ze ścian ukryte drzwi. Od rodziców dowiedziałam się, że to wejście na strych, na który z jakiegoś powodu zdecydowano się nigdy nie wchodzić. Ale ciekawska ja musiałam wejść i zobaczyć, co tam jest, więc z trudem wdrapałam się po bardzo stromych schodach na samą górę. Strych nadawał się do kręcenia horrorów – duży, ciemny, zakurzony, pełno pajęczyn i pudeł ze starociami i śmieciami. Kiedy tak sobie szperałam, to znalazłam... zmumifikowane ciało mojego kota. I kilka innych. Poznałam go po charakterystycznym umaszczeniu. Rozpoznałam jeszcze swoje dwa inne kotki, które też mi kiedyś zniknęły. Nie wiem jak one się tam dostały, ale jeśli mój obecny kot zaginie, to przynajmniej teraz wiem, gdzie go szukać.
Gdy byłem studentem, poznałem Magdę - fajną, cholernie seksowną dziewczynę.
Akurat tak wyszło, bo Magda niedawno rozstała się z narzeczonym i podobnie jak ja – szukała przyjaźni bez zobowiązań, ale za to z benefitami. „To, co? Idziemy do ciebie?” - usłyszałem już na drugim spotkaniu. Choć moja dusza pląsała z radości, ja zachowałem stoicki spokój i poważnie kiwnąłem głową na tak.
Wrzuciliśmy wszystkie nasze rzeczy do mojego plecaka i już po paru minutach romantycznego marszu przez park staliśmy pod wieżowcem, gdzie na dziewiątym pietrze wynajmowałem kawalerkę.
Była 2 w nocy. Weszliśmy do mieszkania. Ona rozkosznie się przeciągnęła i usiadła na łóżku rzucając mi to gorące spojrzenie, które momentalnie ścisnęło mi mosznę. „To, co? Może byś szybko skoczył po jakiegoś szampana, a ja tymczasem… przygotuję się” - powiedziała, zsuwając delikatnie ramionko swojej sukienki.
Strategiczna kalkulacja. Nocny na rogu. Czas operacyjny – 4 minuty.
Wleciałem do sklepu jak burza, chwyciłem dwa szampany, zapłaciłem, wrzuciłem butelki do plecaka i jeszcze szybciej popędziłem do domu, po drodze uspokajając powstańca w spodniach: „Spokojnie, ziomuś. Nie emocjonuj się. Dłuuuuga noc przed tobą!”.
Wsiadłem do windy. 1, 2, 3, 4 – cyferki przesuwały mi się przed oczami wolniej niż kiedykolwiek wcześniej. 5, 6 – Ku#wa! Szybciej! Do siódmego piętra nie dotarłem. Nagle zgasło światło. I winda stanęła gdzieś między piętrami. Pięknie! Zacząłem naciskać guziczki po kolei, znalazłem przycisk alarmu. Naciskam. Nic. A ona, biedna, tam czeka parę metrów ode mnie, nagrzana jak parowóz.
Chwyciłem za telefon. „Zadzwonię do niej!” - pomyślałem. - „Z jej pomocą zaraz się uwolnię i dokończymy to, czego jeszcze nie zaczęliśmy!”. Wybrałem numer, dzwonię... i słyszę dzwonek telefonu w moim plecaku. No, tak – przecież wrzuciła tam swoje rzeczy.
Zacząłem tłuc w drzwi, wołać. Bez skutku. Po dwudziestu minutach usiadłem zrezygnowany mając nadzieję, że ktoś w końcu mi pomoże. Wyjąłem z plecaka szampana...
Po dwóch godzinach, kiedy pijany w sztok usiłowałem odlać się do jednej z pustych butelek po szampanie, winda nagle ruszyła. Hurra! Nabzdryngolony i mocno nieświeży (w windzie było gorąco) wszedłem do mieszkania i nikogo tam nie zastałem. Ani Magdy, ani telewizora, ani mojego Xboxa z kolekcją gier, ani laptopa…
Okazuje się, że „awaria” windy to była część planu. Nie dalej jak miesiąc później bardzo podobną sytuację miał kolega polibudy. Podobno Magda miała chłopaka – technika zajmującego się konserwacją wind. Łupem dzielili się na pół. Tak czy inaczej – właśnie taka jest kara dla kretyna, który myśli fujarką i licząc na grzmocenie, zostawia obcą osobę samą u siebie w mieszkaniu. W spadku została mi komórka Magdy – stara, zdezelowana Nokia z klapką i numerem na kartę. Ktoś chce?
Dodaj anonimowe wyznanie