Idę właśnie do 4 klasy szkoły średniej i mam naprawdę fajną paczkę znajomych. No... Prawie.
Na początku była nas 4, ale jedna z koleżanek zaprosiła w nasze grono dwie osoby, nazwijmy ich Natasza i Kuba. Na początku Natasza wydawała się skrzywdzoną, przez los i złych byłych przyjaciół, dziewczynę która potrzebuje jedynie dobrego towarzystwa. Jednak z każdym rokiem zaczęła mnie denerwować coraz bardziej. Pierwsze co mi się nie spodobało, to to, że zrobiła ze swojej orientacji osobowość i szukała kolejnych flag do przypięcia sobie na plecak, by ostatecznie zmienić to wszystko o 180°.
Nie zrozumcie mnie źle, sama nie jestem hetero, ale nie robię z tego połowy moich zainteresowań. Po drugie jest wybuchowa i momentami agresywna. Nie da się jej poprawić żeby nie rzuciła się do ciebie z wyrzutami. Potrafi to robić nawet do nauczycieli czy osób z klasy z które są neutralne dla nas. Potem przeprasza i tłumaczy się swoim ADHD którego, nawiasem mówiąc, nie ma stwierdzonego.
Po trzecie jest panikarą, wszystkiego się boi, wszystko jest na nie i nie umie się przełamać na cokolwiek. Jak na egzaminie miała mniej punktów ode mnie to się prawie popłakała. Potrafi też się wykłócać o ocenę z nauczycielami, no, bo jak to ona ma 2 jak się uczyła? Właśnie przez to, że się tyle uczy na blachę to nie umie nic zapamiętać.
Ma 18 lat a zawsze gdy patrzę na jej zachowanie to mam wrażenie, że ledwo skończyła mentalnie 14. Nie mogę o tym porozmawiać z resztą, bo mam wrażenie, że się czepiam jej bez powodu, ale na prawdę nie umiem wytrzymać z irytacji.
W zeszłym roku, W swoje 32 urodziny, dowiedziałem się, że jestem nosicielem wirusa HIV. Jakimś cudem, nie zaraziłem ówczesnej partnerki, która postanowiła ze mną zostać i mnie w tym wszystkim wspierała.
Miesiąc temu zerwaliśmy(wirus tutaj nie miał nic do tego), a ja popadłem w depresję. Boję się, że już nigdy nie znajdę partnerki, chociaż mam ujemną wiremie (nie zarażam), w Polsce ludzie nie mają świadomości co do HIV, i traktują zarażonych jak trędowatych.
Mam chyba problem ze współlokatorem...
Ogólnie ostatnio zaczęło się u nas dziać trochę dziwnie. Drugi rok studiów. My mieszkamy ze sobą od samego początku w akademiku (studio, dwa pokoje 3+2 ze wspólną łazienką) i w piątkę tworzymy mocno zgraną ekipę. Ja mieszkam w tym pokoju 3-osobowym a on w dwójce.
No i jakoś w połowie kwietnia się zaczęło. Niby wszystko normalnie ale zaczął częściej do nas przychodzić i najczęściej siadać na moim łóżku albo za moim biurkiem. I niby nic ale jak już przychodził to a to niby tak zwyczajnie stanął za mną i oparł się o mnie żeby zobaczyć co robię na laptopie. A to później zaczął się bawić moimi włosami... Jak ja leżałem na łóżku to on usiadł na moim kreślę i położył nogi na moim łóżku ale tak żeby jego stopy leżały na moich nogach... I tak zacząłem zauważać że idzie to dalej i dalej, ale nic nie mówiłem ani nie robiłem, raczej ignorując temat. A później parę razy oglądaliśmy filmy i jak siedzieliśmy razem na moim łóżku to też niby tak zwyczajnie się o mnie oparł... Następnym razem siadł już od samego początku blisko i oparty I tak szło to dalej i dalej... I doszliśmy do tego że kiedy ostatnio tak coś oglądaliśmy to właściwie leżał za mną przytulony do mnie (właściwie jak na łyżeczkę... I to on jako ta duża) i jeszcze mnie głaskał po plecach i głowie... Reszta chłopaków obecna w pokoju ale nic nigdy nie powiedzieli... Chociaż parę razy widziałem spojrzenia, więc pewnie swoje pomyśleli. Więc na razie nie ma problemu, jednak samo miejsce nie należy do super progresywnych.
Znamy się dosyć dobrze i no on nie jest gejem... Jak zaczynaliśmy studia to miał dziewczynę i nawet ją poznałem bo byliśmy całą ekipą w zeszłym roku na Mazurach, zresztą potem zimą się rozstali ale dość szybko ogarnął sobie inną a po drodze dość intensywnie tinderował z laskami (ons-y i inne konfoguracje xd) czego nie ukrywa, wręcz przeciwnie. Zresztą z tamtą pierwszą rozstali się bo ją notorycznie zdradzał (studia w innym mieście). Swoją drogą to też było trochę słabe, bo my ją znaliśmy a jednocześnie musieliśmy wszyscy udawać, że nic nie wiemy. No ale do rzeczy... Gejem nie jest ale jednocześnie czasami się zachowuje... No właśnie... Nawet jakby mnie nie podrywał tylko już ze mną był. A dodatkowym problemem jest to... Że nawet mi się to zaczęło podobać (chociaż sam nigdy nie robiłem nic mm)... Trochę to dziwne ale nigdy nie zdarzyło mi się żeby ktoś mnie tak przytulał... W sensie nic podobnego jak z żadną inną laską... A przy okazji (to będzie dziwna uwagę) ale nie mogę pozbyć się myśli, że on zawsze jakoś tak za...cie pachnie xd No ale nie dałem po sobie do tej pory nic poznać. Nie jest tak, że dałem mu jakieś niejednoznaczne sygnały... Więc temat tak wisi zupełnie nie omówiony i wszyscy udajemy, że nikt nic nie widział.
Kocham swoją mamę, ale jednocześnie czuję ogromne zmęczenie, bezsilność i złość związaną z sytuacją, w której jestem. Mam poczucie, że od lat — a może właściwie od zawsze — byłyśmy ze sobą bardzo mocno związane i nigdy tak naprawdę nie udało mi się odciąć tej emocjonalnej pępowiny. Teraz czuję, że to więzienie stało się jeszcze ciaśniejsze.
Odkąd moja mama zachorowała, mam wrażenie, że straciłam swoje życie. Wcześniej miałam swój mały świat i proste marzenia: wyjechać latem nad morze, pochodzić po mieście, pojeździć na rowerze, mieć choć trochę przestrzeni dla siebie. Teraz tego nie ma. Czuję, jakby całe moje życie zostało podporządkowane chorobie, opiece, lękowi i ciągłemu napięciu.
Wiem, że moja mama nie jest niczemu winna. Wiem też, że chce żyć — choć czasem nie wiem, czy bardziej dla siebie, czy dla mnie. Jednocześnie pojawiają się we mnie myśli, których bardzo się boję i których nie potrafię zaakceptować. Czasem myślę, że gdyby ta sytuacja się skończyła, mogłabym odzyskać swoje życie.
Bardzo boję się, że utknę w tym na zawsze. Że nie będzie lepiej, tylko coraz trudniej. Czasem porównuję tę sytuację z odejściem moich dziadków, które wydawało się szybkie i spokojne, i nie potrafię zrozumieć, dlaczego teraz wszystko trwa tak długo i tak boleśnie. Wiem, że gdyby mama odeszła, zostałabym sama, ale czasem myślę, że samotność byłaby łatwiejsza niż życie w obecnym napięciu.
Podsumowując: chciałabym, żeby moja mama umarła.
Byłam na turnieju siatkówki plażowej, nad jeziorem. Wszystko fajnie dobrze sie grało ale nagle słyszę komunikat że ktoś się topi...
Ratownicy go nie zdążyli uratować i jego ciało chyba gdzies tam leżało na dnie bo przyjechali nurkowie i go szukali. Strasznie mi się grało z myślą że ktoś właśnie umarł..
Nie mam komu tego powiedzieć, ale w pół roku schudłem 27 kg, zszedłem ze 134 kg na 107 kg. I się nie zatrzymuję! 😃
W dzieciństwie robiłam sobie pewien nietypowy challenge.
A mianowicie - w każdym sklepie, do którego rodzice mnie zabrali, musiałam coś sobie przywłaszczyć. Nawet najmniejszą rzecz. Jeśli nie wykonałam zadania, w kolejnym sklepie musiałam przywłaszczyć dwie rzeczy.
Mój były chłopak był strasznym żartownisiem. Jego ostatnim żartem w naszym związku było wpuszczenie mi żywego węża do wanny... a po rozstaniu jeszcze się na mnie boczył, że nie mam poczucia humoru.
Niedługo wybieram się na spotkanie z koleżankami... i ich dziećmi. Dwie z nich mają trójkę dzieci, jedna ma dwójkę. Ja nie posiadam ani jednego. Wychodzi 8 dzieci poniżej 4 roku życia. Lubię moje koleżanki, ale do szewskiej pasji doprowadza mnie fakt, że nie mają już innych tematów niż kupy, obwisłe piersi, pieluchy, kaszki, ząbki i wspominki o porodzie. Niejednokrotnie próbuję zagaić temat inny niż okołodzieciowy, ale chwilę pociągną konwersację i wracają do rozmowy o tym, jaką nowa chorobę dzieciaczki przyniosły ze żłobka, o ile wcześniej rozmowa nie zostanie przerwana płaczem któregoś z nich.
Wiele razy prosiłam również, aby co 5 minut nie namawiały mnie do posiadania dziecka, ale niestety, jak grochem o ścianę. Ostatnio udało mi się wymigać z jednego spotkania, jednak na kolejne nie mam już wymówki. Bardzo lubię moje koleżanki i uwielbiałam spędzać z nimi czas, kiedy jeszcze żadna z nich nie miała dzieci. Tęsknię za tamtymi czasami. Cieszę się oczywiście, że spełniają się w roli matek, jeśli im to pasuje, to ok, życzę im jak najlepiej, ale już kilka razy postanowiłam sobie, że nie będę się z nimi więcej spotykać, bo moja rola ogranicza się na spotkaniach do biernego słuchacza. Ciągle jednak zrywam swoje przyrzeczenie postawione przed samą sobą, bo inaczej zostałabym całkiem sama. Nie mam bezdzietnych koleżanek. Ale i tak czuję się samotna.
PS.
Pewnie zastanawiacie się, czemu nie zrobimy bezdzieciowego wypadu na przykład do pubu. Nie zrobimy. Ich mężowie nie chcą zostawać sami z dziećmi.
Jak miałam jakieś 5-6 lat, mój tata pracował przez jakiś czas w innym mieście. Czasem jeździłam pociągiem z mamą go odwiedzać. Zapamiętałam, że do jego zakładu pracy prowadziła duża brama.
Kilka lat później, jak byłam w 1 klasie gimnazjum, zmieniłam szkołę. Nikogo nie znałam i jak koleżanka opowiadała, że jej rodzice są rozwiedzeni i tata mieszka w tym samym mieście, w którym mój pracował od razu zagadałam.
-Twój tata też pracuje w tym zakładzie z taką wielką bramą?
-Nie... mój tata nie pracuje w tym więzieniu.
Właśnie w ten sposób, przy całej klasie dowiedziałam się, że rodzice tyle czasu robili ze mnie głupka i tata w żadnej pracy nie był.
Nie mam pojęcia dlaczego chociażby widząc więzienie w filmie sama się tego nie domyśliłam. Nie miałam potem życia w szkole.
Dodaj anonimowe wyznanie