Napisałem tu już kiedyś wyznanie odnośnie tego tematu, więc jeżeli to kogoś interesuje wstawiam linka #7NRoJ.
Osoba, za którą tak bardzo tęsknię w każdej minucie swojego życia przyśniła mi się. Pamiętam sporą część snu oraz jego przekaz: Weź się w garść człowieku, bo nie mogę patrzeć na to jak cierpisz.
Pamiętam, że w ogóle się nie zmienił, był pełny energii i uśmiechnięty, dokładnie taki jaki zawsze.
Pamiętam uczucie ciepła i bezpieczeństwa kiedy mnie przytulił.
Pamiętam jego spokojny głos.
Pamiętam, że powiedziałem mu, że go kocham i tęsknię za nim oraz, że nie poradzę sobie bez niego, bo jestem na to za słaby.
Pamiętam, że dostałem z liścia w twarz, a na koniec usłyszałem: Owszem poradzisz sobie, nie zapomnij, że wszystko widzę.
Po tym jak się obudziłem (około godziny 3 w nocy) usiadłem do komputera i znalazłem dobrego psychologa. Moja żona słysząc o tym zaczęła płakać ze szczęścia. Dopiero teraz widzę jak bardzo ją raniłem.
Jestem już po paru wizytach i zamierzam to kontynuować dopóki nie poczuje, że odzyskałem kontrolę nad swoim życiem. Muszę pamiętać o tym, że on wszystko widzi i nawet po śmierci potrafi postawić mnie do pionu. Mam nadzieję, że przy naszym następnym spotkaniu będę z siebie dumny.
Zacznę od tego, że gdy miałem 9 lat w domu moich dziadków wybuchł pożar. Pamiętam, że jakiś strażak wyniósł mnie wtedy na rękach z domu.
Teraz sam jestem strażakiem i 4 lata temu wyniosłem z płonącego budynku pewną dziewczynę. Z czasem się okazało, że to była córka owego strażaka, mało tego, dowiedziałem się o tym, gdy wraz nią byłem zaprosić jej rodziców na nasz ślub.
Całe moje życie udaję.
Mam chłopaka, rodzinę, znajomych, w miarę dobrze się uczę. Ale nikt nie wie, że mam to wszystko gdzieś.
Udaję, że kocham rodzinę, udaję zazdrość czy dobry seks.
Kłótnia z chłopakiem czy siostrą? Nie zależy mi na przeprosinach czy pogodzeniu się z nimi. Potrafię nie odzywać się do nikogo godzinami, po prostu nie mam takiej potrzeby. Śmierć bliskiej osoby? Łza mi nawet nie poleci. Mimo to, gdy ktoś pyta mnie o radę, potrafię go wesprzeć, doradzić, wysłuchać, choć wcale mi na nim nie zależy.
Funkcjonuję chyba tylko dlatego, że od zawsze miałam duże poczucie obowiązku. Mimo wszystko mam bardzo silną wolę i temperament.
Nikt nie wie, jaka jestem naprawdę, ja też nie.
Dziś kładąc się spać zgasilam światło i idąc w kierunku łóżka chciałam upewnić się, czy na pewno dobrze trafiłam. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam kołdry. Ale zaraz zaraz - moja dłoń dotknęła czegoś lepkiego, dość wodnistego i kleistego! Z przerażeniem odskoczyłam od łóżka, odrzuciłam na bok lepką masę i pobiegłam zapalić światło! Moim oczom ukazała się roztopiona czekolada, o której miejscu zabunkrowania zapomniałam kładąc się do łóżka...
Każdy obecnie cieszy się na wakacje, a ja jestem załamana. Odkąd poszłam do liceum, nienawidzę wakacji ponieważ totalnie się na nich nudzę. Nie mam przyjaciół, a moi znajomi gdy oferuję im jakieś spotkanie, aby nie leżeć cały dzień w łóżku przed Netflixem, zlewają mnie głupimi wymówkami.
Gdy jednak się już z kimś spotkam, większość czasu mój towarzysz spędza na telefonie, pisząc z kimś lub mówi tylko o sobie, a mnie nie dopuszcza do słowa! Nie wiedziałam, że jestem aż taka beznadziejna... Problem też w tym, że ja się po prostu męczę w domu i już przez to wariuję. Nie mam pojęcia co zrobić aby uporać się z tą samotnością.
Jestem spełnionym facetem w życiu osobistym i zawodowym. Mam 29 lat, dobrze zbudowaną sylwetkę, 180 cm wzrostu i... dużego penisa (więcej o tym poniżej). Czerpię z życia pełnymi garściami moje życie towarzyskie i (zwłaszcza) seksualne kwitnie i cieszę się każdą chwilą, jaką życie mi przyniesie. Brzmi jak wyznanie jakiegoś buca i narcyza, prawda?
Otóż nic bardziej mylnego, życie przed ukończeniem 25 lat nie rozpieszczało mnie. Byłem odrzucony przez rówieśników, płeć piękną i przez rodziców, którym zależało wyłącznie na moich dobrych wynikach w nauce. Chorobliwa nieśmiałość, wycofanie od ludzi i kompleksy, w które zostałem wpędzony, wywołały u mnie depresję i rozpacz, których nijak nie potrafiłem załatać. Kompleksami był wzrost - 178 cm, mały penis - 13 cm, oraz wychudzona sylwetka. Wyglądałem jak siedem nieszczęść i analogicznie się zachowywałem. Ciągle cisnęło mi się na usta pytanie, dlaczego ja?! Jaki sadysta mnie zesłał na ten niesprawiedliwy dla dobrych i miłych chłopaków świat?! Chciałem ze sobą skończyć ale tego nie zrobiłem.
Wyprowadziłem się z domu, znalazłem pracę, która się rodzinie nie podobała, ale miałem gdzieś ich zdanie. Za oszczędności podjąłem się współpracy z trenerem personalnym, przy którym zaplanowałem zbudować sylwetkę marzeń, oprócz tego poszedłem na ryzykowną operację powiększania penisa. Efekt nie był powalający, ale byłem zdesperowany. Po zagojeniu ran kupiłem dwa drogie przyrządy do powiększania (pompkę i ekspander). Przy ich pomocy regularnie przez dwa i pół roku wykonywałem ryzykowne i poniżające ćwiczenia, dzięki którym miałem zwalczyć swój kompleks i udało się! Po dwóch latach zrobiłem pomiar i wyszło 17cm (wcześniej 13). Euforia nie znała granic, tym bardziej że już wtedy wypadły dwa lata stażu na siłowni i wyglądałem rewelacyjnie, a ponieważ wykonywałem sporadycznie dużo ćwiczeń kalistenicznych polegających na zwisaniu na drążku urosłem o dodatkowe 2 cm, dzięki czemu przekroczyłem magiczną granicę (choć zasługa mogła być też w hormonie wzrostu). Byłem już innym człowiekiem, resztę już znacie.
Co do mojego podejścia do życia, to nie chcę mieć ani żony ani dzieci, podchodzę do wszystkiego dość egoistycznie, stawiam na siebie i rozwój osobisty, miły jestem już dużo mniej, zwłaszcza dla ludzi fałszywych, których było pełno w moim życiu. Moim marzeniem jest osiągnięcie dochodu pasywnego, aby w pełni oddać się mojemu hedonistycznemu życiu.
Nienawidzę ferii, świąt, dni wolnych, weekendów itp. Czyja to wina? Rodziny? Nie. Przyszłych sprawdzianów? Nie. Zamkniętych sklepów? Nie.
Moi sąsiedzi doprowadzają mnie do szału. Każdy wolny dzień, każda wolna godzina to albo darcie się dzieci i rzucanie meblami, albo wieczny remont. Wprowadzili się 6 lat temu piętro wyżej do w pełni wykończonego mieszkania... A następne 1,5 r. poświęcili na gruntowny remont. Na cholerę? Nie wiem.
Ale to im nie starczyło, o nie. Co weekend od 8 do 20 wiercą, walą młotami, przestawiają meble. Czasami i o północy to robią. Od 4 lat. Każde wolne, weekend, ferie, każde święta, nawet w Nowy Rok 1 stycznia o 8.00. Temu towarzyszy krzyk dzieci, ale żeby to chociaż były dzieci w wieku przedszkolnym, to bym rozumiała... Tam się drą dzieci w wieku 14-15 lat. Jakby miały nie więcej niż 5.
Upomnienia nic nie dają. "Mój dom, mogę robić co mi się podoba". No może i wasz, ale to kuźwa pieprzone 11 piętro w 12-piętrowym bloku w środkowej klatce i z każdej strony macie sąsiadów... Mieszkanie mają na własność, więc nie można się ich pozbyć, do rozumu też się nie da przemówić. Parę razy wezwałam policję, jak po północy dalej waliły młoty i dzieci się darły, "że nie zapisały gry i im przepadło". Ale oczywiście nic to nie wniosło, bo co oni mogą?
Właśnie zaczęły się wakacje i znowu rozpoczęli remont. Od rana znów młoty i wrzaski. Zaczynam dostawać już nerwicy. Jak 20 lat tu mieszkam, to nie poznałam jeszcze gorszych sąsiadów... A wyprowadzka nie wchodzi w grę... Co z nimi zrobić?
Historia dosłownie sprzed chwili. Piszę tutaj, bo muszę się odstresować. Od razu postrzegam, że może być trochę niesmaczna.
Pracuję w małym salonie firmy telekomunikacyjnej. Wczoraj, po dniu pełnym klientów i wszelkich spraw wyszedłem z pracy godzinę po czasie. Umówiłem się też z szefem, że dziś będę nieco szybciej, bo ma przyjechać po ważne dokumenty. Salon otwieramy o 9:00, a szef miał być 8:45, więc nie ma jakiejś wielkiej sensacji. Wstałem 15 min wcześniej, krótka toaleta poranna i śniadanie. Postanowiłem odsmażyć sobie frankfuterkę. Wrzuciłem na patelnię, a po dziesięciu minutach na talerz. Zabieram się za jedzenie, rozcinam, kiełbaska surowa. Żona kupiła inne niż zwykle. Szybki rzut oka na zegarek – zostało mało czasu, ale przecież nie wyjdę do pracy bez śniadania.
Kiełbaska wraca na patelnię. W końcu zjadam i szybko do łazienki myć zęby. Już czułem, że coś jest nie tak – jelita zaczęły delikatnie pomrukiwać, ale godzina już późna, do pracy niedaleko, uznałem, że za potrzebą pójdę już w salonie. Po drodze zrozumiałem, że nie jest to dobry pomysł. Brzuch bolał coraz bardziej, a zawartość jelit bardzo usilnie próbowała wydostać się na zewnątrz. Do salonu jednak dotarłem, nawet punktualnie. Szefa jednak nie ma. Skręcając się z bólu – dzwonię gdzie jest i kiedy będzie. Nie odbiera. Myślę sobie, że jak przyjdzie musi poczekać, bo nie wytrzymam. Ostatkiem sił przekręciłem klucz w zamku salonu, żeby nikt nie wszedł i wlokąc się noga za nogą ruszyłem do łazienki. Po drodze, tak stało się!, puściłem mini bączka, nie mogąc utrzymać go między zwieraczami. W toalecie okazało się, że bączek nie wyszedł sam. Oczywiście do pracy nie noszę zapasowej bielizny, a moje bokserki już nie bardzo nadawały się do czegokolwiek.
Siedzę więc teraz z samymi spodniami na gołym tyłku i czekam na klientów. Bokserki wywaliłem, bo nic innego nie przyszło mi do głowy. Jest 9:30, a szefa dalej nie ma – nawet nie zadzwonił…
Moja funkcja przypominania postów sprzed lat na Facebooku od dłuższego czasu służy po prostu do pokazywania mi zdjęć osób, które lubiłem, ale które już nie żyją.
Dzięki, Facebooku.
Kiedyś, gdy przechodziłam parkiem zaczepiły mnie dwie Cyganki. Chciały mi powróżyć i wyżebrać kasę. Ja długo nie myśląc zaczęłam pokazywać coś w języku migowym (nie znam migowego). Cyganki jedynie co powiedziały to "oooo, pani głucha" i mnie zostawiły, a ja poszłam dalej xD
Teraz tak robię za każdym razem, gdy zaczepi mnie ktokolwiek. Czy to cyganki czy to jakiś pan żul.
Dodaj anonimowe wyznanie