Miałam jakoś 8 lat, gdy pojechaliśmy w odwiedziny w rodzinne strony ojca, tam, gdzie on kiedyś jeździł na wakacje i gdzie mieszkała jego kuzynka z mężem i połowę młodszym ode mnie dzieciakiem. Ogólnie były tam warunki dość zacofane. Mało co pamiętam, bo było to już trochę dawno... ale jedno zdarzenie będę na zawsze pamiętać. Stoimy na podwórku, podbiega do mnie ten dzieciak i przynosi małego dopiero narodzonego szczeniaczka. Pokazałam mamie, bo przecież tak uwielbiam zwierzęta, szczególnie psy, tak samo, jak i ona. Zdziwiła się, dlaczego taki zapchlony i ogólnie w kiepskim stanie. Potrzymałam jeszcze chwilę i poszłam go odstawić do jego psiej matki. Tak chciałam.
Mąż całej tej kuzynki mojego ojca kazał położyć mi tego malucha w wykopaną dziurę w ziemi, leżały tam jeszcze ze trzy ślepe szczeniaczki. Zapytałam, dlaczego mam w ten dół położyć, że po co? Odpowiedział, bo tak. Po czym zakopał żywcem te szczeniaki. Obok ja 8-latka i jego syn 4-latek. Na nim to wrażenia nie zrobiło, bo może był mały, albo było to normalnym widokiem dla niego. Ja poszłam za dom i ryczałam, mam wyrzuty sumienia, że nic nie zrobiłam... Te maluchy się męczyły, bo ch*j miał takie podejście do zwierząt. Mama dowiedziała się i awantura była, że takich rzeczy się nie robi, nie wspominając, że przy dzieciach.
Do tej pory brzydzą mnie ci ludzie, gdybym mogła cofnąć czas, facet dostałby tą łopatą w łeb ode mnie.
Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło, ale pamiętam, że jako kilkuletnie dziecko dość często miałam pewien rodzaj snów. Zazwyczaj zmieniał się jakiś element otoczenia, ubiór postaci itd., natomiast scenariusz wydarzeń był do siebie zbliżony.
Mianowicie byłam więziona w piwnicy, przez starszego pana w białej koszuli z szelkami, zazwyczaj miałam w ręku jakąś zabawkę, a on poniżał i upokarzał mnie na różne sposoby. Ja się przed tym nie broniłam, odpowiadałam mu jedynie: „Tak, panie”.
Nie pamiętam, żeby miało to jakiś seksualny wydźwięk, natomiast byłam w wieku 5-8 lat, stad marne prawdopodobieństwo, że seksualność jakkolwiek była u mnie rozwinięta.
Najciekawsze jest to, że lęk, jaki czułam zaraz po przebudzeniu, był prawdziwy, a z drugiej strony czułam jakąś niewyjaśnioną radość (podniecenie?) po tych snach.
Nie mam traumy, zagadką pozostaje dla mnie ten poddańczy klimat.
PS Nie pamiętam takiej osoby jak ze snów w moim otoczeniu.
Często jak nie wiem, co komuś odpisać, to pytam o stosunek do globalnego ocieplenia.
Ot, historia z życia aspołecznego człowieka :")
Myślicie, że jesteście przegrywami? Nic bardziej mylnego... To ja nim jestem.
Cofnijmy się o 5 lat... Byłem na wakacjach u babci, na wsi. Umówiłem się z dziewczyną, o której względy zabiegałem dwa lata, odwalony jak przysłowiowy szczur na otwarcie kanału, wychodzę z domu mamy mojej mamy.
Widzę swą wybrankę na końcu drogi, pięknie ubraną, czekająca przed samochodem. I nagle wszystko się posypało... Potknięcie się na kamieniu i wylądowanie twarzą w wykwintnym krowim placku.
Dziewczyna rozpłakała się ze śmiechu i moje szanse u niej spadły na poziom minusowy.
Bonus – zyskałem miano „gównianego podrywacza”.
Jestem kompletnie emocjonalnie rozwalona. Mam całkowicie pogruchotane serce, jakby po jakimś wypadku drogowym. A czuję się tak, bo przez 10 lat związku mój chłopak mi się nie oświadczył, nawet o tym nie pomyślał. I nie mogę z tą myślą żyć.
Serio, jak zdarzy mi się trochę dłużej o tym pomyśleć, to mam problemy z normalnym oddychaniem. Brakuje mi powietrza. Traktuję to jak znieważenie. Upokorzenie. Stwierdził, że jestem nic niewarta? Nie potrafię zrozumieć, po co z kimś być tyle czasu, jak się z tym kimś nie planuje przyszłości. Po co tyle lat oszukiwać? Bo to nie jest tak, że przez te wszystkie lata nie poruszałam tematu. Za każdym razem w odpowiedzi zapewniał mnie, że tak, że jak najbardziej, że będą zaręczyny, że będzie ślub, że będzie wspólna przyszłość i wspólne życie. Nawet podawał przedziały czasowe. A jak mijały – następne. Ile już miało być „deadline'ów” zaręczyn... Ile terminów ślubu przepadło... Pierwszy minął, drugi też, trzeci mija w tym roku... Po co tak kłamać?
Boli mnie to, że we wszystkich związkach z naszego otoczenia to facet był tą stroną, której bardziej zależało na „zaklepaniu” dziewczyny, na zamieszkaniu razem. To my byliśmy pierwszą parą. A z biegiem czasu, mniej więcej w tym samym czasie, inni zaczęli wchodzić w związki, zaręczać się, brać śluby, rodzić dzieci. Ominęły mnie te wszystkie chwile. Najpierw nie miałam czego opowiadać w kwestii historii zaręczyn, potem nie miałam czego razem planować, nie miałam o czym rozmawiać w temacie kredytów, kupowania mieszkania, urządzania się. Teraz nie mam o czym gadać w sprawie dzieci. Już zostałam tylko ja bez męża. Dziewczyny patrzą na mnie jak na frajerkę, widzę to. Rodzina i znajomi, kiedy tylko mogą, to wbiją szpilę, że młodość mija, a ja... Ciekawe, dlaczego tylko mi się obrywa, a facet nie dostaje żadnych aluzji. Dlaczego to zawsze dziewczyny muszą wysłuchiwać pytań „Kiedy wy?”, aluzji „No, to czas na was”, „Kiedy ślub?”. Dlaczego nie kierują tych pytań do faceta? Przecież to on jest inicjatorem. Dlaczego facetom się tego nie wypomina? To tylko ja mam się czuć głupio i obrywać za to, że on się nie chce oświadczyć? Jakby to była moja wina. A inicjatywa należy do faceta.
Otrząsnęłam się z mojej naiwności ostatecznie wtedy, gdy po ponad roku posiadania wspólnego konta oszczędnościowego, na które to ja nalegałam i na którym mieliśmy zbierać razem kasę na wkład własny, w dalszym ciągu były tylko moje oszczędności. On nie odłożył na ten cel nic, ani złotówki. Dopiero kasa dobitnie uświadomiła mi jego priorytety. Wcześniej miałam tylko czasem przebłyski świadomości. Kiedyś, jeszcze nie tak dawno temu, zasypiałam z myślą, że któregoś dnia doczekam się, że on uklęknie, a ja wtedy powiem, że już za późno. Teraz wiem, że nigdy by nawet do tego nie doszło.
Kiedyś mąż jechał na na ryby, a ja zaspana postanowiłam go pożegnać i zrobiłam mu na drogę herbatę w termosie. Przy zalewaniu widziałam jakieś czarne farfocle w środku, ale pomyślałam, że to fusy, więc termos z herbatą spakowałam mężowi do torby.
Gdy mąż wrócił, opróżniłam termos i z przerażeniem odkryłam, czym były te farfocle... Znalazłam w środku martwego karalucha.
Nigdy mu się nie przyznałam.
Wiele razy słyszałam, że ludziom na starość miesza się w głowach. Nie przewidziałam jednak, że dotknie to też mojej rodziny...
Moja babcia jest już w słusznym wieku, w lipcu skończy 95 lat. Od jakiegoś roku zaczyna mieć dziury w pamięci, typu nie pamięta, która z przyjaciółek ją danego dnia odwiedziła, czy była już w kościele albo czy zrobiła zakupy, ale też poważniejsze – nie poznaje rodziny od strony mamy (jest matką taty). Zaczyna za to coraz bardziej żyć przeszłością. Miała drugiego syna, Maćka. Niestety zmarł na białaczkę, gdy był na studiach. Ona jednak bywa przekonana, że on dalej żyje – czeka na niego, chce tłuc kotlety na obiad albo zrobić tak lubiane przez niego ciasteczka owsiane. Na szczęście nie zdarzało jej się to zbyt często. Ostatnio jednak to się zmieniło. Mój chłopak ma tak samo na imię i ogólnie jest podobny do mojego wujka: też wysoki, ciemnowłosy, krzaczaste brwi, lekki zarost. Jednak patrząc na ich zdjęcia, naprawdę trzeba by było mieć dużą wadę wzroku, żeby ich pomylić. Byłam u niej niedawno z Maćkiem u niej na ciastku. Gadka leci, miło się rozmawia, aż tu nagle babcia się pyta, kiedy będzie miał wyniki badań. My w szoku, bo żadnych nie miał, a babcia się zaczyna denerwować, że jej nie rozumiemy. Tłumaczy nieco kulawo, że chodzi jej o krew, o te białe komórki (białe krwinki), czy ich jest dobra ilość. Czy weźmie na przyszły rok wolne na studiach, bo biedny jest ciągle zmęczony i trudno mu się będzie uczyć. Potem wybuchnęła płaczem, że nie zrobiła jego ciasteczek, tylko kupiła drożdżówkę, za co do przeprasza...
W pierwszej chwili nie wiedziałam, co robić. Przyniosłam zdjęcie jej syna, pokazałam, że jest czarno-białe, z czarną wstążką (żałoba), pokazałam zdjęcie jego grobu (nawet nie pamiętam, dlaczego je zrobiłam). Powoli się uspokajała, wracała do rzeczywistości. Uznaliśmy, że znów jej się pogorszyło, i nie mając pomysłu, co z tym zrobić, porozmawialiśmy z moją mamą, która jest pielęgniarką i ma pewne doświadczenie w takich przypadkach. Okazało się, że nie ma sposobu na to, ale też przyznała się, że z babcią jest coraz gorzej – jest u niej codziennie, żeby zmieniać jej opatrunki na nogach (przewlekłe, wrzodziejące rany), i zdarza się, że staruszka zupełnie odpływa. A będzie coraz gorzej.
Na razie nie chcemy dawać jej do domu opieki, bo na ogół dobrze sobie radzi u siebie. Nie wychodzi nigdzie sama, tylko z kimś z nas (mamy co do tego pewność, bo nie pamięta, jak otworzyć drzwi, a ma na „pokrętło”), więc nie zniknie nam gdzieś. Zanosimy jedzenie, dbamy, żeby się myła, sprzątamy, pilnujemy leków. W skrytości życzę jej, żeby nie musiała przechodzić przez kolejne etapy tracenia rozumu, aż do zupełnego otępienia, tylko niedługo umarła spokojnie, we śnie.
Siedziałam sobie spokojnie w wannie, gdy nagle przyszła mi go głowy myśl, żeby poprosić męża, aby nie jechał jutro do pracy. Tak po prostu, bez powodu. Nie powiedziałam mu o tym, bo wyobraziłam sobie, jak pisze maila do przełożonego, że nie przyjedzie do pracy, bo żona ma złe przeczucia...
Wracając z pracy, mąż spowodował wypadek i skasował auto.
Kilka tygodni temu złapałam jakąś chorobę gardła – bolało i to strasznie, na dodatek upierdliwy kaszel uprzykrzał mi codzienne życie. Doszło do tego, że niebawem straciłam głos. Postanowiłam wybrać się do lekarza.
Liczyłam, że przepisze mi jakieś antybiotyki, ale on zapisał mi... Hallsy.
Mój tata rzadko używa komputera, ale ostatnio wystawił pewną rzecz na OLX. Jakaś kobitka w wiadomościach zaproponowała mu niższą cenę, ojciec napisał jej, że się nie zgadza. W odpowiedzi wysłała mu tę emotkę „:D”.
Siedziałem w swoim pokoju i nagle słyszę, jak ojciec mówi: „Ku*wa! De jak dupa! Ja grzecznie, a ona tak do mnie?! Ja jej, ku*wie, pokażę!”. Już miał na nią jechać w wiadomości, ale przyszedłem i wytłumaczyłem mu, co ta emotka oznacza.
Chyba muszę zaznajomić go z paroma rzeczami :D
Dodaj anonimowe wyznanie