Niecałe trzy tygodnie temu zmarła moja babcia, która była dla mnie jak druga matka. To był wielki szok i ból dla mojej rodziny, bo babcia była zdrowa jak ryba i nic nie wskazywało na przedwczesną śmierć. Od tamtego dnia cierpię na bezsenność i muszę łykać jedną tabletkę dziennie, aby zmrużyć choć na chwilę oczy.
Ostatnio w szkole byłam w połowie przytomna, ponieważ wzięłam tabletkę zbyt późno i nadal działała. Pomyślałam, że pójdę do pani pedagog, powiem, co i jak i zapytam, czy pozwoli mi odczekać czas na działanie tabletek, żebym przypadkiem nie zasnęła na lekcji. Pożałowałam tego prawie od razu. W środku musiałam opowiadać wszystko co i jak, ze szczegółami. Pominę fakt, że przerywano mi w połowie zdania, aby dodać monolog, który nie pasował do mojej sytuacji i brzmiał jak cytat z „mondrej” książki. W skrócie, ja o zupie, a ona o d*pie. W połowie rozmowy do pokoju przyszła wicedyrektorka i widząc mnie, zapytała, co się stało. I w tym momencie mój wk*rw osiągnął apogeum.
Moja wersja powiedziana pedagogowi: „Niedawno zmarła mi babcia i muszę brać nasenne, aby móc spokojnie spać, ale biorę tylko JEDNĄ na noc. Jednak dalej działa i nie chciałabym ZASNĄĆ na lekcji”.
Jej wersja powiedziana wicedyrektorce: „A bo dziewczynce zmarła babcia i wzięła GARŚĆ tabletek nasennych i BOI SIĘ, że ZEMDLEJE”.
No normalnie myślałam, że oszaleję. Od razu zaczęłam tłumaczyć, że to, co mówi pedagog to fałsz i żeby nie przekręcała moich słów. Jak szybko się pojawiłam, tak szybko pożegnałam się i wyszłam. Oczywiście o sytuacji powiedziałam mamie oraz dyrektorowi, który na początku nie mógł uwierzyć, że to prawda.
Jutro idę porozmawiać ponownie z tą panią pedagog, aby zakończyć sprawę – i nigdy więcej nie postawię nogi u żadnego pedagoga szkolnego. Wytłumaczcie mi, jak można tak chamsko przekręcać słowa ucznia na jego niekorzyść? Bo ja tego nie rozumiem...
Moja przyjaciółka jest psychiatrą... i od liceum leczy się na schizofrenię. Prawie nikt nie zna sekretu jej doskonałej empatii wobec pacjentów.
Uprzedzając pytania – tak, wolno pracować w zawodzie lekarza przy takiej diagnozie.
Widziałam ostatnio ulotkę informacyjną w swojej szkole. Jako jedna ze skutecznych metod antykoncepcyjnych był tam wymieniony tzw. stosunek przerywany.
Ktoś tu chyba chce zwiększyć przyrost naturalny w tym kraju.
Ostatnio na lekcji religii prowadząca zajęcia siostra zakonna zrobiła nam „pranie mózgów” o aborcji, antykoncepcji, seksie przedmałżeńskim, samogwałcie i homoseksualizmie, a to wszystko na jednej lekcji! Wniosek z tego był taki, że cała klasa będzie się smażyć w piekle. Raczej nie jest dobre rozmawianie o tym z 15-latkami, tym bardziej że wmawiała nam, że homoseksualizm jest chorobą, trzeba to leczyć, że to kwestia wyboru (!). W życiu nie słyszałem większych kłamstw. Na każdy sprzeciw odpowiadała, że uczy nas tylko nauki Kościoła.
Akurat przypadło, że następnego dnia mieliśmy zajęcia z psychologiem, a jednocześnie seksuologiem, który miał jakieś pojęcie o tym, co robi. Po lekcji podszedłem do prowadzącej i opowiedziałem, czego na religii nas w tej szkole uczą, na co ta odpowiedziała, że to jest skandal, że jak ktoś nie ma pojęcia o tym, to nie powinien uczyć, poszła na skargę do dyrektora. Siostra będzie miała chyba problemy...
A tak się złożyło, że ja jestem gejem... :)
Mieszkam za granicą ponad połowę swojego życia – mała wieś, wszyscy dobrzy i mili, zero żuli i żebraków. Gdy przyjeżdżam do Polski, zawsze, ale to zawsze wspieram organizacje, które pomagają biedniejszym. Ktoś poprosi mnie na ulicy o „złotóweczkę” lub kupno czegoś do jedzenia – nie ma problemu. Ale nie byłoby tego wyznania...
W okolicy świąt byłam u mamy, codziennie rano leciałam po świeże bułki do piekarni. Nagle podeszła do mnie dosyć starsza kobieta, zaniedbana, i poprosiła o kupno chleba. OK, nie ma sprawy. I tak było przez kolejne dni. Raz nawet wzięłam ją do spożywczaka i zrobiłam małe zakupy. Serce mi rosło, że chociaż tak mogę komuś pomóc.
Powiedziałam o tym mamie, czy też widuje tę panią, bo może trzeba ją zgłosić do jakiejś organizacji. Odpowiedziała, że oczywiście! To znana na całe osiedle oszustka – dostaje tu, a kilka ulic dalej sprzedaje za połowę ceny!
Nie powiem, ale wtedy poczułam się naprawdę podle oszukana.
Jak były jeszcze zdalne lekcję, to podczas jednej z nich marszczylem sobie freda, polerowałem berło, waliłem konia.
Mój chłopak mi się oświadczył. Wszystko pięknie, zdjęcia, statusy na fejsie, planowanie... Planowanie? No właśnie nie było żadnego planowania. Po pół roku dowiedziałam się, że oświadczyny były tylko po to, żeby wzbudzić jakieś uczucia w jego ukochanej. Nie we mnie.
Z Karolem, moim późniejszym mężem, poznaliśmy się w grze. Wcześniej już miałam chłopaków z tej gry i kilku dobrych przyjaciół również. Tam poznałam również Adama, był młodszy, ale się przyjaźniliśmy.
Z Karolem zaczęliśmy się spotykać przed studiami. Na czas studiów wspólnie zamieszkaliśmy. Jakoś nam czas płynął – dużo kłótni, awantur, ale i nie tylko. Po 5 latach związku się oświadczył. Nic się w sumie nie zmieniło, tylko to, że robiliśmy się coraz starsi. Rodzina zaczynała pytać o ślub, bo lata lecą, a tu cisza. W końcu po 10 latach nadszedł ślub. Nie było wow i fajerwerków, a po ślubie się nawet posypało. Karol zapraszał se kumpli, a ja robiłam za służącą. Po awanturach na jakiś czas pomagał w domu, ale krótko. W łóżku podczas zbliżenia zadowalał mnie wibrator. O miłości francuskiej, przynajmniej z jego strony, nie było już mowy. Mimo że wcześniej była.
Miłość się wypaliła, a zostało przyzwyczajenie. Dobijaliśmy do 30, a o dziecku ani słowa.
Z Adamem utrzymywaliśmy sporadyczny kontakt. Raz na jakiś czas któreś z nas napisało i tyle. Ostatni raz napisałam ja. O jakąś głupotę. I zaczęliśmy gadać codziennie. Od rana do wieczora. On był wolny, ale wiedział, że mam męża. Na początku było niewinnie. Zwykłe gadanie o bzdetach. Później zaczęło się robić ciekawie. Wyznał mi, że się zakochał. Ja czułam się znowu jak nastolatka, motylki w brzuchu itp.
Z mężem sypało się coraz bardziej. W trakcie jednej z kłótni wyrzucił mnie z domu. Nie miałam ze sobą nic. Moich rzeczy nie chciał mi oddać. Po kilku dniach przyszedł, błagając o wybaczenie. Nie chciałam do niego wracać, ale musiałam zabrać swoje rzeczy, a to był jedyny sposób. Kilka dni później, gdy Karol był w pracy, spakowałam rzeczy i wyszłam. Niedługo później złożyłam papiery o rozwód. Jednak zanim się rozwiodłam, spotkałam się z Adamem. Nie był kołem ratunkowym itp., decyzja o rozwodzie była podjęta. Zaczęliśmy być parą jeszcze przed rozwodem. Teraz już jesteśmy po ślubie i mamy dziecko. I jesteśmy szczęśliwi.
Czasami po prostu nie warto czekać na cud, który nie nastąpi. Nie warto też trwać w związku z przyzwyczajenia.
Anonimowe w tym jest to, że tylko dwie osoby wiedzą, jak było naprawdę. Rodzina i znajomi oraz Karol znają inną wersję. A prawda jest taka, że zakochałam się w innym, będąc zamężną...
Moja babcia jest okropną hedonistką. Bagatelizuje zdrowie. Była zakaźnie chora, a stwierdziła, że to idealna okazja, by zaprosić koleżanki. Moi rodzice są na nią źli, doszło nawet do dosyć głośnej wymiany zdań, ale staruszka tylko się śmieje i mówi, że każdy na coś musi umrzeć. Kompletnie bagatelizuje sprawę i nie myśli nawet o nas, że nam też się oberwie, a mamy w domu dzieci.
Znajoma pracująca w sklepie skarżyła się, że moja babcia maca gołą ręką bułki, chociaż na każdej szklanej powierzchni przy pieczywie jest napisane, że należy założyć rękawiczki jednorazowe.
Wcześniej nie segregowała śmieci, bo ona zaraz umrze i nie obchodzi ją, w jakim stanie będzie planeta po jej śmierci. Szkoda tylko, że mieliśmy podpisaną deklarację, że segregujemy i musieliśmy robić to za nią, inaczej zostalibyśmy ukarani. I tak co jakiś czas kłóci się, że opłaty zdrożały i nie będzie płacić, tylko palić swoje śmieci w piecu.
Nie obchodzi jej, że woda stale kapała z jej kranu, w końcu stać ją na opłaty (tata się zlitował i wymienił uszczelkę).
Anonimowe jest to, że od dwóch dni dosypuję jej leków nasennych do dzbanka z herbatą, którą robi na cały dzień i sama wypija. Miałam problemy ze snem, psychiatra przepisał mi tabletki, ale od kiedy staruszka nas nie męczy, zasypiam bez tych pigułek. W dzień śpi lub chodzi zmęczona i senna, nie ma też ochoty nikogo zapraszać. Na zakupy też nie wychodzi, więc mój mąż robi je za nią.
Nie wiem, co dalej zrobić, na pewno na czas jej choroby będę dalej faszerować ją lekami, żeby ją jakoś spacyfikować. Lepiej tak, niż żeby miała stwarzać ryzyko zakażenia.
Nie mogę patrzeć na to, jak moi rodzice się zachowują. Ojciec całe dnie spędza przed komputerem. Nie obchodzi go nic poza grami i filmami. Z nami praktycznie prawie nie rozmawia. Jest uzależniony do tego stopnia, że ciężko się dorwać do komputera. Mam troje rodzeństwa, a większość czasu na komputerze spędza on. Potrafił grać do 24, a nawet dłużej, przy zapalonym świetle (komputer był w moim pokoju). Na wszelkie uwagi rzucał teksty: „Cicho bądź, czego pyskujesz?”. Muzyka na całą chałupę, „bo mnie uspokaja” (co z tego, że innych doprowadza do szału).
Druga sprawa, że strasznie dużo je. Jak któregoś domownika nie ma w domu, obiad trzeba mu odłożyć, bo ojciec wszystko zje. Nieważne, ile się nagotuje, i tak wszystko zjada. W liceum chodziłem na treningi. Kilkakrotnie szedłem spać głodny, a on narzekał, że go brzuch boli z przejedzenia. Kiedy w wakacje pracowałem całe dnie w polu u znajomego, siostra przyniosła mi obiad ze szkoły (po maturze, obiady z MOPS-u). Wróciłem o 21 do domu, a obiad oczywiście on zjadł. Takich przykładów są setki.
Mama tak samo pracuje jak on, ale ona musi gotować, prać, sprzątać, prasować. On nie musi w domu robić NIC. Stolarz z zawodu, a meble rozwalone, bo mu się nie chce ich skleić.
Przez jego zachowanie brak mi pewności siebie. Nie umiem zwracać komuś uwagi, bo wychodzę z założenia, że i tak to nic nie da.
Dodaj anonimowe wyznanie