Lata świetlne temu w parafii mieliśmy księdza, którego wszyscy uwielbiali. Organizował wyjazdy dla biedniejszych dzieciaków, organizował zbiórki, wiecznie go wszędzie było pełno, z każdym rozmawiał itp... Co roku organizował jasełka. Był też moim katechetą przez kilka lat. Mimo że księdza już u nas nie ma, wiele osób ma z nim stały kontakt.
Byłam w ósmej klasie. Na którejś religii zaczął się temat tegorocznych jasełek. Tym razem nie chciałam brać w nich udziału, co spotkało się z wielkim oburzeniem i dezaprobatą księdza. Poprosił, żebym została po lekcji.
Zamknął drzwi od klasy. Ja stanęłam koło ławki i zaczęliśmy normalną rozmowę. Jego pytania, moje odpowiedzi, próby przekonywania itp. Wtedy nawet mnie nie zdziwiło, że mnie objął ramieniem. Tylko że przyciskał mnie do siebie coraz mocniej. Ale gdy jego łapy zaczęły niebezpiecznie wędrować w okolicach mojego biustu, wstąpił we mnie diabeł...
Najpierw spokojnie, ale dobitnie stwierdziłam, że chyba nie jest taki stary, żeby już ogłuchnąć. Potem z uśmiechem dodałam, że chyba nie dość, że głuchy, to chyba jeszcze głupi, skoro nie rozumie co mówię. Na koniec z całej siły kopnęłam go w nogę i uciekłam z klasy.
W jasełkach nie wystąpiłam. Do końca ósmej klasy księżulek nie odezwał się do mnie ani słowem. Po wielu latach moi rodzice byli bardzo zdziwieni, że nie chciałam zaprosić go na swój ślub.
Ostatnio byłem z dziewczyną w kinie na horrorze. Była trochę przeziębiona, ale nie aż tak, żeby musiała leżeć w łóżku z aspiryną. Myślałem, że się boi i chce to ukryć, bo cały czas zasłaniała twarz, czujnie wpatrywała się w ekran, a przy każdym jumpscarze wydawała dziwny dźwięk. Zdziwiło mnie to, bo nie należy ona raczej do strachliwych i horrory, nawet te najlepsze, nie robią na niej większego wrażenia.
Dopiero w połowie seansu skapnąłem się, że ona po prostu czeka na głośniejszy moment, żeby wydmuchać nos.
W gimnazjum, które skończyłem, przed ustawą o zdrowej żywności funkcjonował sklepik. Taki typowy szkolny, z żarciem i pierwszorzędnymi przyborami szkolnymi (typu długopisy). Niestety, jak ustawa weszła w życie, pani, która go prowadziła, zrezygnowała. Tak oto przez ponad rok byliśmy pozbawieni wodopoju.
Jakieś 150 metrów od szkoły stoją dwa supermarkety: jeden o nazwie owada bardzo popularny w Polsce, a drugi nieco bardziej ekskluzywny, pochodzący z Francji.
W związku z brakiem sklepiku w budynku szkolnym uczniowie często robili eskapady do wyżej wymienionych dyskontów podczas przerw, oczywiście nielegalnie. Zdarzało się to praktycznie codziennie. Panie od WF-u zrobiły w pomieszczeniu, które kiedyś było składzikiem sklepu, swój kantorek, często tam przesiadywały na przerwach.
Któregoś dnia zauważyłem, że koledzy z pierwszej klasy chodzą do owego kantorka i wracają ze słodyczami. Zacząłem się zastanawiać, o co tu, kurde, chodzi?
Dowiedziałem się jakiś czas później... Otóż jedna z pań WF-istek chodziła do jednego z wyżej wymienionych marketów, kupowała tam słodycze w ilościach może nie hurtowych, ale sporych, po czym sprzedawała je u nas w szkole za wyższą cenę — jednak głodni łakoci gimnazjaliści byli gotowi sypnąć groszem i interes się przez chwilę kręcił. Oczywiście wszystko to było po cichu.
I niech mi ktoś powie, że Polacy nie mają głowy do biznesu.
Wiecie, co jest naprawdę urocze? Jak mały berbeć biegnie za swoimi kolegami, krzycząc: „Panowie! Może byście poczekali na kompana?” :)
Nie wiem, ile toto miało lat, ale nie więcej niż 10 :)
Jak byłam mała, mój starszy brat często wmawiał mi (wtedy jeszcze tego nie wiedziałam) głupoty. Najbardziej zapamiętałam, że parówki do tak naprawdę ucięte dójki krowy, a ptasie mleczko jest zrobione z kupy ptaka. Potem chwaliłam się swoją wiedzą przed całą rodziną. Chyba nie muszę mówić, z jaką reakcją się spotykałam.
Wszyscy w śmiech, a ja obrażona, patrzyłam na wszystkich morderczym wzrokiem, ponieważ jak to może być nieprawdą, skoro powiedział mi to starszy brat?
W moim dziecięcym umyśle te parówki naprawdę przypominały dójki.
Wszem wobec utarła się opinia, że ślub to najważniejszy dzień w życiu człowieka.
Dla mnie najważniejszym dniem w życiu okazał się jednak rozwód, bo to wtedy tak naprawdę moje życie zaczęło zmieniać się na lepsze.
Nic dziwnego. Pozbyłem się wtedy raka, który mentalnie zżerał mnie od środka każdego dnia. Pozbyłem się energetycznej wampirzycy, która przez lata skutecznie ściągała mnie na dno.
Jestem potworną syfiarą i naprawdę nie potrafię zrozumieć, z czego to wynika. Leczę się na depresję, ale moje obecne leki działają i normalnie chodzę do pracy (a raczej chodziłam, bo teraz pracuję zdalnie), jem, ćwiczę, myję się i piorę swoje ubrania. Natomiast moje mieszkanie to kompletny syf. Czytając to, pewnie myślicie, że mówię o lekkim bałaganie, ale ja pisząc o syfie, mam na myśli taką melinę, że już pod windą czuć ten smród. Właśnie przeczytałam karteczkę o jakimś odkażaniu klatki w moim bloku i boję się, że może chodzić o smród, jaki generuje moje mieszkanie, bo moi sąsiedzi mnie nie podejrzewają, bo sama wyglądam czysto i normalnie.
Mam zlew zapchany resztkami do tego stopnia, że zaginął mi w tym syfie nóż i zamiast sprzątnąć, po prostu kupiłam nowy. Podłoga nie widziała mopa od roku. Palę papierosy i na moim biurku ilość petów przerosła 10-krotnie popielniczkę i zajmują połowę biurka. Nie wynoszę śmieci ani nawet nie zmieniam worka, wokół kosza również leżą śmieci. Na kuchence stoi z pięć brudnych garnków. Moja podłoga jest usłana najróżniejszego rodzaju śmieciami. Po całym mieszkaniu krążą muszki owocówki. Wszystko jest upierdzielone i brudne. Jedyne co tutaj jeszcze jest czyste to ja i moje łóżko, bo z jakiegoś powodu moje syfiarstwo nie obejmuje mojego legowiska. Poza tym brudne jest absolutnie wszystko. Obecnie do jedzenia mam jeden talerz, miskę, widelec, łyżkę i jeden kubek do kawy/herbaty. Cała reszta jest brudna i leży gdzieś pod śmieciami.
Nie jestem chora fizycznie, patrząc na obecny stan rzeczy, mam wątpliwości co do zdrowia psychicznego. Sugerowano mi zbieractwo, ale ja nie czuję przywiązania do tych śmieci. Gdyby ktoś je za mnie sprzątnął, byłabym zachwycona. Naprawdę nie wiem, z czego to wynika. Prawdę mówiąc, nawet mi to nie przeszkadza, ale wiem, że to nie jest normalne.
Nie pamiętam, kiedy dokładnie dowiedziałam się, skąd się biorą dzieci, ale było to gdzieś na przełomie przedszkola i podstawówki.
Uświadomiła mnie moja starsza koleżanka z podwórka. Nawet mi to zaprezentowała na łodygach mleczy, wsadzając jedną do drugiej i wykonując serię odpowiednich ruchów.
Obraziłam się na nią na dobry tydzień, bo „moi rodzice nie mogliby zrobić czegoś tak obleśnego”.
Kojarzycie tego mema z kotem przy komputerze i podpisem „Andrzej, to jebnie”? Otóż...
Akcja dzieje się w czasach, gdy mem był popularny. Ja to cicha i spokojna licealistka, nigdy w życiu nie przeklinałam ani nie powiedziałam żadnego brzydkiego słowa. Po prostu grzeczna, ułożona dziewczynka z aureolką nad głową.
Siedziałam w pokoju, czytając książkę, a mój ojciec przykręcał półkę do ściany. Chwilę patrzyłam na to, co robi, a potem nie wiedzieć czemu, mimowolnie powiedziałam: „Andrzej, to jebnie”... Tata patrzy na mnie w szoku, ja sama w szoku, czemu powiedziałam to na głos. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że tata faktycznie ma na imię Andrzej, a mema na pewno nie kojarzy.
Nigdy więcej przy nikim nie przeklęłam na głos :)
Jestem pielęgniarką. Dla mnie fizjologia to nic strasznego, mogę Was zapewnić, że to jest nic w porównaniu ze śmiercią chorego.
Nie mogę znieść tych błagających o pomoc oczu. Swojej bezsilności w tym wszystkim.
Po każdej śmierci przychodząc do domu, płaczę i modlę się za tę osobę.
Większość ludzi, kabaretów, polityków opowiada bajki, jakoby cały dzień siedzimy w dyżurkach i pijemy kawusie. Nikt nie widzi naszych postrzępionych dusz i wylanych łez.
Na studiach uczyli nas, aby nie przywiązywać się do pacjentów, ale uwierzcie mi, tak się nie da. W tych momentach stajemy się ich przyjaciółmi. Na te kilka tygodni, miesięcy, jesteśmy ich wsparciem, psychologiem.
Kocham ten zawód, uwielbiam, jak pacjenci wychodzą do domu w otoczeniu szczęśliwej rodziny. Jednak za każdym razem jakaś cząstka mnie pęka, gdy ktoś umiera mi na rękach.
Dodaj anonimowe wyznanie