Zacznijmy od tego, że mam 14 lat. Od dwóch lat jednak mam 3 lata więcej.
Już wyjaśniam.
Kiedyś spędzałam czas z moimi braćmi, którzy w kółko grali w grę Counter Strike. Strasznie spodobało mi się rozmawianie z poznanymi w grze ludźmi.
Wymyśliłam sobie nick, gdy ktoś zainteresował się mną mówiłam że mam prawie 16 lat. Rozmowy z gry schodziły na skype, teamspeak itp. Rozmawialiśmy tak godzinami, dzień w dzień. Zaczęłam kreować kompletnie nową osobę. Od około roku gram razem z przyjaciółką. Jeśli miałyśmy razem grać i rozmawiać – również musiała kłamać. Podawałyśmy zdjęcia starszych dziewczyn. Poznani w Internecie koledzy często się w nas zakochiwali.
W sumie to mam straszne poczucie winy, okłamuję ludzi, którzy w wielu przypadkach bardzo mi ufają. Ale nie potrafię z tym skończyć, nie wiem jak. Nie chcę ich też ranić. Nie chcę kończyć z grą. W sumie mogę zmienić sieć serwerów, ale ta jest naprawdę dobra. Będę też tęsknić za ludźmi, których okłamuję. Dziwne, co? Boję się też, że ktoś z nich zobaczy to wyznanie i domyśli się kto je napisał. Może i lepiej?
Sytuacja miała miejsce dawno temu, miałam wtedy 8 lat i jeszcze mało wiedziałam o życiu. Razem z mamą i siostrą wyjechałyśmy na wakacje do Zakopanego. W domu noclegowym, w którym zamieszkałyśmy, było dużo innych dzieciaków. Bardzo cieszył mnie ten fakt, bo wiedziałam, że nie będę się nudzić. Gdy nadarzyła się pierwsza okazja do jakiejkolwiek zabawy, poprosiłam mamę o pozwolenie i wyszłam na plac zabaw obok domku. W piaskownicy bawiła się dziewczynka. Zdziwiło mnie to, że siedzi sama i nikt się z nią nie bawi. Inne dzieciaki siedziały z boku. Podeszłam bliżej, zapoznałam się z nią i zaczęłam zabawę. Jak to dzieci, są niesamowicie szczere, dlatego po 10 minutach moja nowa koleżanka się przede mną otworzyła. Powiedziała, że jest chora. Mnie zrobiło się smutno, bo jestem strasznie empatyczną osobą. Gdy wyjawiła mi, na co jest chora, bardzo się przeraziłam. Od razu zrozumiałam, że pewnie to dlatego inne dzieci nie chcą się bawić. Przez głowę przeszła mi myśl, że może to jest zaraźliwe, ale po chwili o tym zapomniałam i bawiłam się z dziewczynką dalej. Cały czas byłam smutna, ale tego nie pokazywałam. Zastanawiałam się, czemu niektóre dzieci są nieszczęśliwe i chore.
Do pokoju wróciłam smutna. Od razu usłyszałam pytanie mamy, co się stało. Powiedziałam, że bawiłam się z dziewczynką, która jest bardzo chora i smutno mi z tego powodu. Mama od razu chciała wiedzieć, na co ta dziewczyna choruje. Odpowiedziałam z niesamowitą powagą: „Mamo, ona jest leworęczna!”. Wtedy wydawało mi się, że to jest jakaś poważna choroba.
Mamie trudno było ukryć swój śmiech, ale nie chciała robić mi przykrości. A ja przynajmniej wreszcie dowiedziałam się, co oznacza bycie leworęcznym.
Mentalność nauczycielek.
Moja matka to chyba najbardziej niezorganizowana, nieodpowiedzialna, leniwa osoba na świecie. Nic jej nie pasuje, każdy chce jej na złość robić. Praca to zło, pensja za mała... .
Pozwólcie, że Wam opowiem, jak naprawdę wygląda ten „brak czasu na cokolwiek”, „niskie pensje” czy „brak wakacji i urlopów”, o których tak głośno narzekano podczas strajków.
Matka zawsze miała w pracy jeden dzień rzeczywiście zawalony, wychodziła o 7, wracała o 16. Co prawda miała w tym czasie ze 2 okienka, ale resztę rzeczywiście przy tablicy. Resztę tygodnia szła na 9-10, kończyła o 12-13 (z okienkiem). Często jeden dzień miała całkiem wolny. Wracając o 12 piła kawkę i do godziny 16 zwlekała na narzekaniu. Na wszystko. Mnie, brata, męża, pracę, cokolwiek. Potem była zmęczona i szła na spacer albo obejrzeć serial. Obiad jak już był, to na 2-3 dni, a i tak najczęściej gotowała, sprzątała i zajmowała się nami mieszkająca z nami babcia. W sumie to bardziej babcia jest naszą mamą.
Potem ok. 18 przypominała sobie o mnie/bracie. Sprawdzała, czy odrobiłam lekcje, powrzeszczała o byle co, poprzypominała mi, że jestem taka jak jej uczniowie i już była godzina 20. Wtedy włączał jej się agresor, bo przecież ona taka zmęczona, cały dzień pracowała, a te niewdzięczne bachory (wstaw dowolny narzek). I szła poprawiać kartkówki. Zajmowało jej to godzinę. A przynajmniej tyle powinno, bo wstawała ze 4 razy, żeby się „odstresować”.
Czego uczyła? Przyrody. Czyli po dwa sprawdziany na klasę w semestrze (najczęściej ABC) i ocena z odpowiedzi. Jak były jakieś konkursy, to dyro tak je dzielił, żeby każdy coś dostawał, więc też miała „dodatek” raz, max dwa razy do roku posiedzieć, poprawić czy coś. A i tak konkursy były najczęściej w godzinach pracy, więc jej klasa miała w tym czasie zastępstwo.
Poza tymi etatowymi godzinami raz na ok. 2 miesiące szła na wywiadówkę (nie była wychowawcą, więc musiała tylko odsiedzieć godzinkę), był raz czy dwa razy kiermasz charytatywny i tyle. W wakacje były dwie konferencje do odsiedzenia i pod koniec sierpnia dwa dni przy ewentualnych poprawkach (jeśli takowe były), a w podstawówce to raczej się rzadko zdarzało. Konspekty z roku na rok były te same, ewentualnie jakieś poprawki na max 2h - zmienić nagłówek, jakieś dwa zdania, klasę, wydrukować, podpisać. A i tak były o to fochy i narzekanie. Co do arkuszy ocen, to nie pamiętam dokładnie, ale nie była wychowawcą, więc wpisywała tylko oceny w swoją rubrykę. I CHYBA tyle.
Elektroniczne dzienniki weszły jakoś ok. 2 lata przed jej emeryturą, ale o dziwo ogarnęła szybko i z tym nie było problemu.
Teraz jest na emeryturze. I narzeka dalej.
Mam 28 lat, poszedłem do ginekologa, bo nie wiedziałem, że istnieje taki lekarz jak urolog.
Gdy byłem małym chłopcem i do późna bawiłem się na dworze z kolegami, często nie zwracałem uwagi na to, że jest mi zimno. Za każdym razem jak wracałem do domu, mama sprawdzała moją temperaturę ciała poprzez sprawdzanie, czy moje ręce są ciepłe, czy zimne. Gdy były zimne, mama krzyczała na mnie, bo nie wróciłem do domu, żeby cieplej się ubrać. Często o tym zapominałem, bo zabawa z kolegami mnie pochłaniała, więc wymyśliłem lifehacka. Przed wejściem do domu wkładałem ręce do majtek, bo tam było ciepło, i trzymałem je tak długo, aż się nie ogrzały.
Ja miałem ciepłe ręce, a mama się nie denerwowała.
Mój ojciec wyniósł z domu rodzinnego stereotyp męża i ojca jako króla, któremu żona i dzieci muszą usługiwać. A mama służącej... Rodzice prowadzą wspólnie biznes.
W domu mama smaruje kanapki ojcu, który siedzi naprzeciwko niej i krytykuje, że źle rozsmarowała masło na chlebie. Myje mu brodzik przed kąpielą, przygotowuje zestawy ubrań, przynosi do salonu obiad, aby mógł go zjeść, jednocześnie oglądając telewizję. Gdy mu czegoś zabraknie, rzuca hasła: Nóż, sól, wody!
Przed snem czeka, aż mama pościeli mu łóżko, nigdy sam nie odkurzył auta, nie wie, gdzie w kuchni jest np. deska do krojenia. Może stać obok słoika z kompotem, ale sam go sobie nie rozcieńczy i nie naleje, nie weźmie tabletek na ból głowy. „Basia, daj mi tabletki, przynieś kompot, podaj telefon, podrap po szyi” – mówi ojciec.
Nigdy nie umył podłogi, nie zmył naczyń, nie wysuszył prania.
Matka pracuje tak samo ciężko jak on w firmie (w pracy zawodowej ojciec się nie leni) plus ma cały dom na głowie i duże dziecko. To również jej wina, ponieważ nie wytępiła nawyków męża, a wręcz je pielęgnuje. Dawno mieszkam w swoim mieszkaniu i na szczęście nie obserwuję tej chorej relacji.
Ostatnio pokłóciłam się trochę z siostrą, jednak jak to u sióstr bywa szybko nam przeszło, ale nadal dawało się wyczuć napięcie. W pewnym momencie siostra poprosiła mnie, abym poszła kupić coś do jedzenia i dała mi swoją kartę. Wtedy wpadłam na genialny plan! Do zakupów dorzuciłam czekoladę, oczywiście za wszystko zapłaciłam jej kartą, po czym, po powrocie, dałam kochanej siostrzyczce tę czekoladę i powiedziałam, że to na przeprosiny.
Siostra była zachwycona, dąsy szybko jej przeszły, a ja nie mam serca jej uświadomić, że tę czekoladę kupiła tak naprawdę sobie sama :")
Od jakiegoś czasu mieszkam za granicą i akurat niedawno wpadłam do Polski na krótką wizytę z okazji ślubu kuzynki. Wiadomo, impreza rodzinna, to i masa pytań od nieco mniej bliskich krewnych – a co tam porabiam, jak mi się mieszka i tak dalej.
Gdzieś w środku imprezy przysiadł się wujek, który zaczyna na tę samą nutę, że słyszał, że mieszkam tam i w ogóle dumny jest, że ulubiona siostrzenica radzi sobie w życiu. Po krótkim wstępie wujek okazał się być zainteresowany, czy może mogłabym przetrzymać u siebie jego córkę na jakieś dwa, trzy miesiące, aż sobie znajdzie mieszkanie, bo chciała poszukać pracy za granicą. No niestety, musiałam odmówić, bo moje warunki mieszkaniowe raczej kolejnej osoby nie zniosą na tak długo (na tydzień to może bym przeżyła). Wuj na to, że może w takim razie bym ją poleciła do pracy, czy to szefowi, czy coś, bo na pewno mam kontakty, a w ogóle, to...
No tutaj musiałam wtrącić, że przecież na pewno wie, że jego ulubiona siostrzenica jest za granicą na studiach, nie w pracy, mieszka w ekwiwalencie akademika i generalnie wiedzie studenckie życie. Wujek zaczerwienił się lekko, skończył rozmowę i poszedł.
Ulubiona siostrzenica, tja...
Mam 20 lat i pracuję obecnie u naszych zachodnich sąsiadów na festynach, sprzedając głównie rzeczy do jedzenia. Przewija się tu dużo różnych narodowości, a że nie chwaląc się, potrafię powiedzieć garść słów w paru językach, to kiedy usłyszę rozmowę między klientami, na koniec mówię cenę w ich języku i życzę smacznego — ot tak, żeby się uśmiechnęli, a uwierzcie mi, działa za każdym razem. Cóż... Tak mi się wydawało.
Ostatnio podchodzi do mnie pewien osobnik i zamawia, wszystko oczywiście odbywa się w języku niemieckim, bo języka klienta (o ile znam) używam na koniec — jak wcześniej wspominałem. W tym wypadku jednak zrezygnowałem z ujawniania swojego obywatelstwa. Dlaczego? Jegomość po pierwsze i nie używał form grzecznościowych (wszystko rozkazem), po drugie bierze daną rzecz, a od jego towarzysza słyszę po polsku: „Ale ja chcę to podane inaczej”, co spotyka się z odpowiedzią: „Oni są jacyś pojebani, tak podają i chuj”, po trzecie towarzysz nie daje za wygraną i rzuca w moją stronę papierowy talerzyk, pokazując palcem na niego i kiwając głową jak osioł. Język niemiecki ostro kaleczyli, ale ja twardo nie pokazuję, że jestem z nimi spowinowacony narodowościowo. Zamówili, zapłacili, przeszli do konsumpcji. I w tym momencie przychodzi do mnie kolega i zaczyna mówić do mnie po polsku. Kiedy szanowni klienci to usłyszeli, wpadli w dziką furię: „Ty gnoju, czego nie mówisz do mnie po polsku, ty ch..u, zaraz tam do ciebie wejdę i dostaniesz w papę, po.ebie, widzisz, że nie umiem po niemiecku” itd. Wiązanka trwała dość długo, a na stwierdzenie, że jesteśmy za granicą i mam obowiązek obsługi po niemiecku, reagowali jeszcze większym wkurwem. Koniec końców wyrzucili wszystko, co im dałem i odeszli, rzucając niepochlebne stwierdzenia na mój temat.
Najbardziej mi było wstyd za to, że inni ludzie musieli na to patrzeć i może nie rozumieli do końca, o co chodzi, ale na pewno po takim słownictwie wywnioskowali, skąd są te zwierzęta, które wyrwały się z chlewu do cywilizacji. I jak tu się dziwić, że mamy taką opinię za granicą? Cytując pewnego słynnego człowieka „kraj piękny, tylko ludzie kur...”.
Od zawsze doskwierał mi brak asertywności. Kiedyś, gdy miałam niespełna 17 lat, czekałam na autobus. Na przystanku kilka babć rozgadanych w najlepsze. Blisko mnie zatrzymał się menel – z tych, co to „kierowniku, piątka...”, więc początkowo nie zwróciłam na niego uwagi. Zagaił grzecznie sam: „Przepraszam, czy mógłbym chwilę na panią popatrzeć?”. Myślę sobie – o co kaman?, ale że wygadana nie byłam, dodatkowo nie kojarzyłam za bardzo, o co może mu chodzić, to stałam tylko z karpiem na twarzy. A on... zrobił sobie dobrze ręką w kieszeni, grzecznie podziękował i poszedł.
Nie byłam w stanie nic powiedzieć, krzyknąć czy odejść, kiedy się na mnie gapił. Czułam się ohydnie... A babcie dopiero w autobusie zaczęły udzielać dobrych rad... Że trzeba go było pogonić, parasolką po krzyżu nakłaść... A kiedy tam stałam jak ostatnia sierota, żadna nie zrobiła nic.
Dodaj anonimowe wyznanie