#OtOBt

Parę lat temu w wakacje 13-letnia ja wraz z młodszą siostrą i rodzicami pojechaliśmy do Włoch. Pewnego dnia fale na morzu były naprawdę ogromne, tak wielkie, że śmiałkowie, którzy ośmielili się wejść do wody, byli wyrzucani na brzeg jak zdechłe ryby. Pływam zawsze w czapce z daszkiem (ochrona przed słońcem), więc i tym razem zachęcona wielkimi falami pobiegłam do wody, reszta rodziny została na brzegu.

Płynę sobie, a tu przede mną fala. Wielka fala jak stodoła, jeśli nie większa. Przestraszyłam się i chciałam wrócić na brzeg, tam mój tata skakał na plaży i wolał mnie, bo podobno trzy takie fale z rzędu na mnie płynęły. Jednak wrodzona śmiałość powróciła po chwili słabości i stwierdziłam, że i tak nie zdążę dopłynąć do brzegu przed załamaniem fali, więc spróbuję ją przepłynąć.
Nie udało mi się. Fala się złamała. Uderzyłam o dno, szorując parę metrów po nim. Wynurzyłam się, patrzę, tam metr ode mnie moja ulubiona czapka! Płynę w jej stronę. BACH! Druga fala, tak jak jej poprzedniczka, zapewniła mi bliskie spotkanie z dnem, poczułam jakiś materiał w okolicy stóp. Czapka! Próbowałam ją złapać.
BACH! Trzecia fala nadeszła, wyrzuciła mnie na brzeg. Wstaję więc, przodem do morza, oczy zamknięte, żeby nie piekły, bo woda słona, stoję i oddycham po paru chwilach pod wodą. Delikatny wiatr owiewa moje ciało, myślę sobie – sprawdzę, czy mi się majtki nie podwinęły. Łapię się więc za tyłek i nie napotykam nic, co by osłaniało mi tę część ciała! Otwieram oczy, patrzę w dół, jestem goła! Fala porwała mi dół od stroju! Wracam więc pędem do wody i wołam rodziców o cokolwiek do przykrycia się.

Cała plaża wręcz tarza się ze śmiechu, to i ja zaczęłam z nimi. Dobrze, że stałam przodem do morza ;)
Tylko czapki szkoda.

#g8ZDP

O tym, czy warto napisać to wyznanie, myślałam już od dłuższego czasu. Nie jest to porywająca historia, ale na pewno taka, o której nikomu póki co nie opowiedziałam i raczej już inaczej niż anonimowo nie opowiem.

Wszystko zaczęło się może trzy lata temu. Byłam samotna, a przy tym też nieśmiała, chcąc więc kogoś poznać, szukałam ludzi głównie w internecie. Poznawałam różnych mężczyzn, ale co było dosyć spodziewane, większość nie była zainteresowana niczym ponad spotkaniami z seksem w roli głównej. Aż w końcu padło na NIEGO, niejakiego Macieja. Pisaliśmy ze sobą dosyć długo, wymieniliśmy się zdjęciami, a później kontaktami na Skype. Tam widywaliśmy się ze sobą przez kamerki i tak miesiącami rozmawialiśmy. Przyznam, że podobał mi się, a jego komplementy sprawiały mi przyjemność. W końcu jednak padła z jego strony deklaracja, o którą być może powinnam zapytać już na samym początku. Był w związku... Nie zamierzał się rozstawać, a znajomości z internetu traktował jak niewinne zabawy. Poczułam się głupio, jakbym była oszukana, ale w końcu niczego mi nie obiecywał. Nie chcąc pokazać mu, jak bardzo mnie to uraziło, stworzyłam wokół siebie aurę zimnej suki. Miało mu to pokazać, jak małe zrobił na mnie wrażenie, że nim gardzę, ale to go tylko nakręciło i nasza znajomość przeniosła się na inny poziom. Sama nie wiem, czemu w to weszłam. Czułam, że to złe, że powinnam go usunąć ze swojej głowy i z grona znajomych, ale tłumaczyłam sobie, że zaraz znajdzie w internecie drugą taką jak ja, a jego dziewczyna nigdy się o niczym nie dowie, o tych flirtach za jej plecami.

Postanowiłam zbliżyć się do niego na tyle, by móc jej jednak o wszystkim jakoś dać znać. Kontynuowaliśmy znajomość, niezwykle go pociągałam, aż w końcu doszło do spotkania na żywo, najpierw pierwszego, później kolejnego. Kręcił mnie fizycznie, doszło do intymnego dotykania się, nawet seksu oralnego. Strasznie współczułam jego dziewczynie, nie miał z tym żadnych problemów, sama myślałam, że to tylko dowód na to, że jest złym człowiekiem, że ja czy inna, byłby ten sam efekt.

Mijały miesiące, rok, aż w końcu uznał, że zaprosi mnie do ich wspólnego mieszkania. Ona miała być u swoich rodziców. Po wszystkim weszłam do łazienki i zostawiłam karteczkę w opakowaniu z podpaskami. Napisałam, że mężczyzna, z którym mieszka ją zdradza. Że przepraszam za całą sytuację. Wcale nie czuję się bez winy, ale nie wiem, co miałam robić.

Gdy wyszłam, zablokowałam go na Skypie. Zerwaliśmy zupełnie kontakt. Nie wiem, czy ona kiedykolwiek się o tym dowiedziała. Wiem, że w jego głowie byłam zimną, wyrachowaną suką. W rzeczywistości jestem przeciętną szarą myszką. Jestem teraz szczęśliwa, ale z tyłu głowy zastanawiam się, ile osób na świecie jest tak zdradzanych, w erze internetu o to wszystko niezwykle łatwo...

#ExcEn

Dostałam ultimatum od narzeczonego: albo staramy się o dziecko, albo się rozstajemy.

Nie czuję potrzeby macierzyństwa, nie nadaję się na matkę, mówiłam mu o tym. On nie rozumie, jak kobieta może nie czuć potrzeby posiadania dziecka i próbuje mi wmówić, że po urodzeniu na pewno wszystko się zmieni. 
Jestem w rozsypce, nie wyobrażam sobie być zmuszona do urodzenia dziecka i zdałam sobie sprawę ze swojej beznadziejnej sytuacji. Mam 33 lata, nie mam mieszkania, mieszkam u narzeczonego, nie mam oszczędności, jestem pracownikiem biurowym za najniższą krajową. Zaczęłam bać się o przyszłość, traktowałam ten dom jak swój i nagle zrozumiałam, że nic tu nie jest moje, że w każdej chwili mogę stracić dach nad głową, mężczyznę, którego uważałam za pewnik i moje dotychczasowe życie.

Stres powoduje, że zaczęłam popełniać błędy w pracy i bardzo źle śpię. Moje życie się rozsypuje. Chciałabym, żeby to był tylko sen.
anonimowe6692 Odpowiedz

Niestety w tej sytuacji Twój narzeczony ma prawo postawić takie ultimatum. A Ty nie powinnaś się zmuszać do macierzyństwa, tylko się z nim rozstać. Nie dogadacie się. Pytanie dlaczego to wychodzi dopiero teraz? Nie rozmawialiście o tym wcześniej, któreś z Was zmieniło zdanie? W następnym związku zaznacz to na samym początku i podkreśl, że już jeden związek Ci się z tego powodu rozpadł i żeby nie liczył na to, że zmienisz zdanie. Przykro mi, że to Cię spotkało, ale jeśli rozjezdzacie się w zakresie chęci posiadania dzieci, to rozstanie jest jedyną opcją.

Odpowiedzi (17)
Luna111 Odpowiedz

Mam wrażenie, że najbardziej byłaś zakochana w swoim wygodnym życiu. Spadłaś z wygodnej poduszki księżniczki na półkę normalnie funkcjonującego człowieka i to Cie w tym wszystkim najbardziej boli. Znam trochę podobnych przypadków księżniczek i powiem Ci, że po początkowym szoku, okazało się, że całkiem nieźle sobie radzą i nie straszne im nawet samodzielne opłacanie rachunków ;)

Facet dobrze zrobił - mieliście inne priorytety, więc trzeba było się rozejść. Ty nie potrafiłaś podjąć decyzji, bo było Ci tak żyć wygodnie, więc on musiał dość drastycznie wyjąć Ci tą mięciutką poduszkę spod tyłka. Nie chcesz mieć dzieci, to nie miej. Nie jest powiedziane, że nie spotkasz już nikogo w swoim życiu, o takich poglądach. Ale na pewno dobrze Ci zrobi nauka samodzielnego i odpowiedzialnego życia.

Odpowiedzi (1)
Zobacz więcej komentarzy (101)

#Ra135

Rozstałam się z facetem. Dawno. Sześć lat temu. I nikt, naprawdę nikt nie wie, że wciąż mnie boli. Boli mnie, jak opowiada (nadal!) wspólnym znajomym, że żerowałam na jego pieniądzach (zarabiał dwa razy tyle, co ja), że rozstaliśmy się, bo poszłam do łóżka z dwoma facetami. Boli, że część moich znajomych odwróciła się ode mnie. Tzn. nawet nie to, że się odwrócili, tylko dlatego, że moje dobre imię zostało potraktowane w ten sposób. Może powiecie, że trzeba było nie odwalać, i sobie zasłużyłam, ale... To on zawsze ciągnął ode mnie pieniądze i on mnie zdradził z dziewczyną, o którą miałam się nie martwić. Ja byłam zawsze wierna, lojalna i z sercem na dłoni.

#EqTmo

Mam problem. Nie wiem co zrobić ze swoim chłopakiem.

Od początku: mam 25 lat, on 23 i jesteśmy razem od roku. Naprawdę go kocham i cieszę się, że poznałam takiego wartościowego człowieka. Mamy takie same priorytety, rozumiemy się już praktycznie bez słów, tworzymy naprawdę dopasowaną parę. On jest inteligentny, zabawny, potrafi wspaniale zorganizować nam czas i na każdym kroku okazuje, jak bardzo mnie kocha.

W czym więc problem? Otóż on jest taki otwarty i przebojowy tylko wobec mnie. Kiedy się poznaliśmy (w pracy), przez bardzo długi czas był wycofany, to ja zrobiłam pierwszy krok. No ale OK, jest równouprawnienie. Byłam cierpliwa, rozumiałam, że potrzebuje czasu, żeby mi zaufać i dopiero niedawno poczuł się przy mnie w pełni swobodnie. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale bardzo dużo przeszedł w życiu. Nigdy nie miał znajomych, związek ze mną też jest jego pierwszym.

Martwię się, bo poza mną on tak naprawdę nikogo nie ma. Pracujemy w jednej firmie (co prawda w innych pomieszczeniach), od paru miesięcy wynajmujemy razem mieszkanie. Po pracy najczęściej robimy coś razem. I mi to pasuje, nie jestem typem imprezowiczki, wolę spędzić czas z nim niż łazić bez sensu po mieście. No ale czasem ja też idę gdzieś z koleżankami albo chcę pobyć sama i żal mi go, jak zamyka za mną drzwi i siedzi sam w domu, czekając na mnie.

Próbowałam z nim rozmawiać, powiedział, że po prostu boi się odrzucenia, nie rozumie różnych społecznych konwenansów. Z tego co wiem, w dzieciństwie i wieku nastoletnim próbował się integrować, ale wszyscy mieli go za „dziwnego dzieciaka”. Z czasem dał sobie spokój, przyzwyczaił się do bycia samemu. Jego interakcje z ludźmi są bardzo mechaniczne, mówi, że coraz bardziej go to męczy, czasem nawet ode mnie ucieka. Rzadko wychodzi z domu samemu, jak gdzieś idziemy, to też trzyma się tylko mnie.

Jeszcze bardziej boli mnie jego niepewność co do mojego uczucia. Często powtarza, że boi się mnie stracić, że przecież nie zasługuje na mnie, bo jestem „normalna”. Żyje w przekonaniu, że odrzucę go jak wszyscy inni. Nigdy nawet nie pomyślałam, żeby go zostawić, jest dla mnie najważniejszy. Mówi, że jestem najlepszym, co go w życiu spotkało, ale ostatnio jak rozmawialiśmy, powiedział, że jeśli poznam kogoś lepszego, to powinnam odejść, żeby być szczęśliwa. A przecież ja już jestem szczęśliwa z nim.

Powiecie pewnie, że to toksyczna relacja, ale mi na nim naprawdę zależy. Próbowałam go namówić na fachową pomoc, obiecałam wsparcie, ale on nie chce. Już nie wiem, co robić.

#MPtqK

Moja mama kocha pieniądze, zrobi dla nich wszystko. Pracuje w dobrym zawodzie, ale lubi alkohol, lubi krytykować i uważa się za pępek świata.

Gdy zaszłam w ciążę, miałam 19 lat. Urodziłam, mając prawie 20 lat – to już taki wiek w miarę poważny, więc wiedziałam, na co się piszę. Matka zaproponowała mi wtedy, żebym zrzekła się swoich praw rodzicielskich, a ona weźmie moje dziecko jako rodzina zastępcza i będą hajsy...

Dziecko ma 5 lat, a mnie nadal boli jej propozycja. Oczywiście, że nie zgodziłam się na takie rozwiązanie! Wyobrażam sobie, jak by to było, gdybym się zgodziła... Mówiłaby mojemu dziecku, że go nie chciałam, że ona jest jego mamą, a ja jestem tą złą, że do niej ma się zwracać „mamo”. Do tej pory zdarza się mojej matce powiedzieć mojemu synowi, że go chciałam usunąć. Fakt – jak zaszłam w ciążę, to byłam w rozsypce, szok dla nastolatki, przecież matura itd... I rzeczywiście pomyślałam o aborcji. Ale urodziłam, nie oddałabym, nigdy.

Od kilku lat nie potrafię na nią patrzeć jak na człowieka z uczuciami, jest dla mnie bezdusznym człowiekiem goniącym za pieniędzmi.

#Cc4Br

Siedzę na kiblu, oglądam filmik na stronie dla dorosłych, gdy nagle w tle w filmiku pojawia się komputer. Ja jako rasowy informatyk powiększam... O, widzę, GTX 780 Ti od Gigabyte, płyta główna na socket lga 1151, w sockecie zapewne...

Zamiast skupić się na treści filmiku, który po to właśnie włączyłem, to patrzę na podzespoły...
To właśnie chyba nazywa się zboczenie zawodowe :)

#J0Ufl

W każdą niedzielę rano moja żona udaje się na rynek z ekologiczną żywnością, żeby zrobić zapasy na cały tydzień. Ja unikam tego miejsca jak ognia. Nie lubię przepłacania, nie lubię aury samozadowolenia sprzedawców i stałych bywalców, którzy uważają się za lepszych od reszty świata tylko dlatego, że jedzą ekologiczne marchewki. Do tego moja żona jest jedną z tych, które same muszą wybrać każde jabłko, każdego ziemniaczka, a ja mam stać obok jak wazon i nic nie robić. Zatem omijam ten rynek jak mogę, ale gdzieś tak raz w miesiącu żona prosi, żebym pojechał pomóc jej, kiedy szykuje się na większe zapasy. No więc jadę wtedy z nią, co zrobić, i marnuję półtora do dwóch godzin mojego życia, stojąc za nią z siatkami, będąc szturchanym i popychanym to tu, to tam przez gęstniejący tłumek eko klientów.

Zaczynam zakupy z dużą dozą cierpliwości i dobrego humoru, po godzinie entuzjazm ulatuje i pojawia się zniecierpliwienie, po kolejnych piętnastu minutach robię się marudny i wysyłam sygnały, że pora do domu, a na sam koniec nawet nie dbam o pozory, tylko coś tam warczę pod nosem i pomstuję na cały świat.
Moja żona zawsze zalicza stragany w takiej samej kolejności i tak jej wychodzi, że ostatni stragan to zawsze stoisko ze smakołykami dla psów, które prowadzą dwie energiczne babki.

Podczas ostatniej mojej wizyty schemat się powtórzył, do psiego straganu dowlokłem się z wielkim fochem, objuczony siatami, szturchany non stop przez ekologiczną gawiedź i jej wypchane warzywami siaty. Ku mojemu zdziwieniu te dwie babeczki ze straganu odciągnęły moją żonę na bok i zaczęły jej coś tłumaczyć, łypiąc na mnie wrogo. Trwało to kilka minut. Spytałem się potem żony, o co chodziło. Otóż widząc mnie zawsze wkurzonego i o krok od dostania szału uznały, że ja to tak zawsze i wzięły mnie za przemocowca, damskiego boksera, no i w ogóle przemoc domowa do sześcianu. Powiedziały żonie, że pomogą jej znaleźć prawnika od rozwodu, że może u nich tymczasowo zamieszkać choćby zaraz i że mogą zaświadczyć, że się nad nią znęcam.
W sumie zabawna historia. Ja jestem naprawdę miłym gościem. Ale nie zadałem sobie trudu, żeby wyprowadzać je z błędu, zresztą one pewnie swoje wiedzą.

#ZAFIe

Jako małe dziecko byłam świadkiem przemocy domowej — mój ojciec kilkukrotnie próbował zabić moją mamę. Miałam wtedy kilka lat i nikt nie zadbał o moje bezpieczeństwo ani psychikę. Została we mnie trauma, strach i ogromna pustka po braku ojcowskiej miłości. Z czasem również moja mama przestała się mną interesować. Dorastałam praktycznie sama, w ciągłym napięciu, bez wsparcia emocjonalnego i bez poczucia, że jestem dla kogoś ważna. Szukając akceptacji i miłości, zaczęłam szukać „zastępstwa” w obcych mężczyznach i związkach. Od nastoletnich lat doświadczałam relacji, które mnie raniły — molestowania, wykorzystywania, zdrad. Nie umiałam stawiać granic, oddawałam swoje ciało i emocje, próbując zasłużyć na uczucie. Każdy kolejny zawód tylko bardziej mnie niszczył. W momentach rozstań i załamań nie miałam wsparcia ze strony rodziny — wszystko przeżywałam sama. Ten ciężar doprowadził mnie do autodestrukcyjnych zachowań i myśli, które były dla mnie bardzo niebezpieczne (samookaleczanie). Czułam się niewidzialna, niekochana i niepotrzebna. Nawet osoby, które miały być dorosłe i odpowiedzialne, często dokładały mi bólu zamiast pomocy. Dziś mam 20 lat. Nadal noszę w sobie skutki tamtych doświadczeń, ale uczę się je rozumieć i z nimi żyć. Jestem w związku, który daje mi poczucie spokoju i wsparcia, i po raz pierwszy mam nadzieję na stabilność. 
Dzielę się tą historią nie po to, by wzbudzać litość, ale by pokazać, że za czyimś uśmiechem może kryć się bardzo trudna przeszłość. Każde słowo i każdy gest mają znaczenie — w każdej chwili możemy kogoś zranić albo pomóc mu przetrwać.
Dodaj anonimowe wyznanie