Jakiś czas temu wybrałam się na imprezę z przyjaciółką. Mój chłopak w ostatniej chwili odmówił, ale nie chcąc nam psuć planów, kazał nam jechać we dwie.
Po wejściu do klubu zahaczyłam o łazienkę. Wiadomo, jakie są dziewczyny na dyskotekach w łazience (zwłaszcza po kilku drinkach) – niezwykle uprzejme. Poprawiając makijaż, zgadałam się z taką jedną — niezwykle rozgadana dziewczyna, zaczęła mówić o wszystkim, o kosmetykach, chłopakach, itd. Kiedy opisywała mi swojego faceta, stwierdziłam, że bardzo przypomina mi on mojego Michała. Dla żartu spytałam: „A jak się nazywa ten twój luby? Bo normalnie jakbym słyszała opis mojego”. Wymieniła mi imię i nazwisko mojego chłopaka! Okazało się, że mój „ukochany” spotykając się ze mną od 2 lat, od roku ma drugą dziewczynę — tę rozgadaną koleżankę z łazienki... Co najciekawsze, obydwie mieszkamy w tym samym mieście, w okolicy 5 km, i do tej pory żadna z nas nic nie podejrzewała.
Jak już się pewnie domyślacie — Michał nie ma już żadnej dziewczyny.
Miałam pięknego, rasowego kota. Jako że mieszkam na wsi, w domu jednorodzinnym, to kot (mimo że przebywał i raczej spał w środku) wychodził na dwór. Traktowałam go jak swoje dziecko. Kąpałam, czesałam, myłam mu zęby i z nim spałam.
Pewnego dnia, gdy jak co dzień rano wstałam do szkoły, wpuściłam go do domu. Zauważyłam, że jakoś dziwnie chodził. Nie miał siły wskoczyć ani na swoje krzesło, na którym zawsze spał, ani na zlew (pił wodę z kranu). Mój tata go podsadził, a ja poszłam do szkoły, jakoś bardzo się nie martwiąc, bo nie pierwszy raz była taka sytuacja, a mimo to zawsze się wylizywał.
Wracałam do domu, napisała do mnie moja mama, informując mnie, że jest z moim kotem u weterynarza i nie jest dobrze, więc mam się przygotować na najgorsze. Okazało się, że nie działają mu nerki, bo jakiś idiota go w nie kopnął. Przez pół godziny siedziałam w autobusie i ryczałam, cała się trzęsąc.
Przyjechałam do domu i włączyłam sobie Scooby-Doo, aby przypomnieć sobie, że najgorszymi potworami są ludzie.
Po jakiejś godzinie przyjechała moja mama z moim martwym kotem w kontenerze. Przez kolejne pół godziny ryczałam w poduszkę. Następnie poszłam zakopać moje dzieciątko. Wróciłam do domu tak zdenerwowana, że napisałam na kartce takie oto słowa: "Gnoju, który zabiłeś mi kota, módl się, żebym cię nie znalazła", a pod spodem narysowałam wisielca. Uzbrojona w taśmę, udałam się w stronę "centrum" wsi, czyli do sklepu i na drzewie obok tego przybytku powiesiłam ową kartkę (oczywiście ludzie się patrzyli jakbym im matkę zabiła, ale co tam.)
Nie rozumiem, co jacyś idioci mają do zwierząt? Niech się do cholery w ten swój pusty łeb pukną. Dlaczego w ogóle takie robactwo się rodzi!?
Pewnego razu poszłam odwiedzić moją przyjaciółkę w szpitalu. Była po zabiegu, obok niej leżała dziewczyna, która też powitała mnie po imieniu i zaczęła pytać, czy ją kojarzę. Zapadła niezręczna cisza. Długo się zastanawiałam, ale początkowo kompletnie nie kojarzyłam. Dziewczyna speszyła się i zaczęła się tłumaczyć, że to pewnie przez brak makijażu. Powiedziała, kim jest. Okazało się, że to moja znajoma ze studiów, którą znałam od kilku lat, z którą często miałam wspólne zajęcia i z którą nieraz rozmawiałam na przerwach. Dzień wcześniej jeszcze widziałam ją na uczelni (nic nie mówiła o tym, że idzie do szpitala).
Do tej pory mi głupio, że jej nie poznałam, mocny makijaż nieraz mocno zmienia wygląd. Koleżanka wyglądała jak inna osoba. Nawet ładniejsza niż w makijażu, ale po prostu inna. Do dziś mi głupio, na szczęście to był ostatni rok studiów, podczas którego nie miałyśmy już wspólnych zajęć i więcej nie musiałyśmy rozmawiać o tej sytuacji.
Od parunastu dni jestem w podróży służbowej. Wczoraj moja dziewczyna wysłała mi intymny film, w którym dość frywolnie zabawia się wibratorem. Napisała, że nudzi się sama w domu i że chciała mi zrobić spontaniczną niespodziankę. Zrobiło mi się bardzo miło i muszę powiedzieć, że naprawdę się postarała, bo dynamiczne ruchy kamery sprawiły, że ten filmik oglądało się z zapartym tchem.
Zasnąłem cholernie ukontentowany, samemu sobie gratulując tak spontanicznej i napalonej ukochanej.
Dziś rano dopiero coś do mnie dotarło. Moja dziewczyna zabawiała się wibratorem na łóżku, a jej poczynania rejestrowane były ruchomą kamerą, czyli… zaraz, zaraz. Ktoś musiał ją nagrywać! Jeśli dopiero po kilku godzinach ten fakt sobie uświadomiłem, to nawet nie chcę wiedzieć ile razy już wcześniej przyprawiła mi poroże.
Historia miała miejsce w czasie moich studiów. Ważną informacją jest, że byliśmy podzieleni na dwie grupy, powiedzmy A i B, oraz posiadaliśmy całym rocznikiem grupowego maila, na którego wykładowcy wysyłali nam różne materiały przeznaczone dla nas. Chcąc być zawsze na bieżąco z pocztą, połączyłem skrzynkę grupową ze swoim smartfonem. Wiadomości oczywiście odbierałem od razu, jak przychodziły, jednak kiedy były adresowane do drugiej grupy, nie mojej, kasowałem je bez czytania.
Byłem święcie przekonany, że kasuję je tylko ze skrzynki na telefonie, natomiast na głównej poczcie nic się nie zmieniło. No niestety, tam też wiadomości przechodziły od razu do kosza...
Na roku wybuchła afera, że ktoś robi na złość i specjalnie kasuje maile. Były akcje ze zmienianiem hasła, usuwaniem byłych studentów z grupy, a w końcu starosta przekierował kopie maili na swoją prywatną skrzynkę. Dopiero to pomogło, a ja w ciągu kilku lat od ukończenia studiów odkryłem, że to była moja wina.
Cóż, przepraszam kolegów studentów ;)
Parę ładnych lat temu, bo już z chyba 11, przeprowadziłam się do nowego, ładnego mieszkania w równie ładnym i nowym bloku. Po paru tygodniach poznałam sąsiadkę, która była w moim wieku, no i wiadomo, jak to siedmiolatki — zaprzyjaźniłyśmy się. I mimo że ona jest moją najlepszą przyjaciółką do dzisiaj, to same początki naszej znajomości były dziwne i denerwujące dla mnie.
Jako że dzieliło nas parę metrów w linii prostej, bardzo często do siebie nawzajem chodziłyśmy, to miała ona bardzo dziwny zwyczaj. Za każdym razem, jak tylko przekroczyła próg mojego domu, pytała, czy mamy coś słodkiego. Oczywiście jako dobra gospodyni zawsze coś znajdywałam i jadłyśmy to razem. I tak było zawsze, ale po paru tygodniach ona stawała się śmielsza i pod koniec naszego czasu zabaw pytała, czy może sobie wziąć trochę słodyczy na drogę, a następnie brała dwie garści i wychodziła. Nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo do pewnego dnia.
Poszłam do niej i po raz pierwszy odkąd się znałyśmy, to ja spytałam, czy ma coś słodkiego. Razem poszłyśmy do jej szafki, a tam były słodycze. Całkiem sporo. Wzięła coś i skierowałyśmy się do jej pokoju. Jednak w połowie drogi zatrzymała się, spojrzała na słodycz w ręku, na mnie, znowu na słodycz i powiedziała, że ona to w sumie wolałaby to zjeść z bratem. I odłożyła to!
To było za dużo dla dumy siedmiolatki. Od tamtej pory za każdym razem, kiedy pytała, czy mam coś dobrego, ja podchodziłam do szafki, z której czasami wręcz wysypywały się słodycze, otwierałam ją szeroko, patrzyłam tam chwilę i mówiłam, że nic nie ma, albo że to nie moje, tylko mojej starszej siostry. Pamiętam, że patrzyła na mnie wtedy jak na idiotkę, ale nic nie mówiła. Po paru razach jej się znudziło i przeżyłyśmy ponad dekadę jako przyjaciółki, zapominając o całej sprawie.
Całkiem niedawno przy jakiejś rozmowie przypomniałam jej całą akcję. Jej burak był bezcenny, mówię wam.
Jak teraz to napisałam, to nie wydaje się to jakąś straszną zbrodnią, ale gdy miałam siedem lat, jej postępowanie było dla mnie karygodne, a teraz jest po prostu śmieszne, dlatego dzielę się nim z wami.
Kochana, jeśli to czytasz, to nie gniewaj się i nie pisz do mnie zbulwersowana. Dam ci trochę czekolady lub chipsów i wiem, że i tak ci przejdzie :P
Lata świetlne temu w parafii mieliśmy księdza, którego wszyscy uwielbiali. Organizował wyjazdy dla biedniejszych dzieciaków, organizował zbiórki, wiecznie go wszędzie było pełno, z każdym rozmawiał itp... Co roku organizował jasełka. Był też moim katechetą przez kilka lat. Mimo że księdza już u nas nie ma, wiele osób ma z nim stały kontakt.
Byłam w ósmej klasie. Na którejś religii zaczął się temat tegorocznych jasełek. Tym razem nie chciałam brać w nich udziału, co spotkało się z wielkim oburzeniem i dezaprobatą księdza. Poprosił, żebym została po lekcji.
Zamknął drzwi od klasy. Ja stanęłam koło ławki i zaczęliśmy normalną rozmowę. Jego pytania, moje odpowiedzi, próby przekonywania itp. Wtedy nawet mnie nie zdziwiło, że mnie objął ramieniem. Tylko że przyciskał mnie do siebie coraz mocniej. Ale gdy jego łapy zaczęły niebezpiecznie wędrować w okolicach mojego biustu, wstąpił we mnie diabeł...
Najpierw spokojnie, ale dobitnie stwierdziłam, że chyba nie jest taki stary, żeby już ogłuchnąć. Potem z uśmiechem dodałam, że chyba nie dość, że głuchy, to chyba jeszcze głupi, skoro nie rozumie co mówię. Na koniec z całej siły kopnęłam go w nogę i uciekłam z klasy.
W jasełkach nie wystąpiłam. Do końca ósmej klasy księżulek nie odezwał się do mnie ani słowem. Po wielu latach moi rodzice byli bardzo zdziwieni, że nie chciałam zaprosić go na swój ślub.
Ostatnio byłem z dziewczyną w kinie na horrorze. Była trochę przeziębiona, ale nie aż tak, żeby musiała leżeć w łóżku z aspiryną. Myślałem, że się boi i chce to ukryć, bo cały czas zasłaniała twarz, czujnie wpatrywała się w ekran, a przy każdym jumpscarze wydawała dziwny dźwięk. Zdziwiło mnie to, bo nie należy ona raczej do strachliwych i horrory, nawet te najlepsze, nie robią na niej większego wrażenia.
Dopiero w połowie seansu skapnąłem się, że ona po prostu czeka na głośniejszy moment, żeby wydmuchać nos.
W gimnazjum, które skończyłem, przed ustawą o zdrowej żywności funkcjonował sklepik. Taki typowy szkolny, z żarciem i pierwszorzędnymi przyborami szkolnymi (typu długopisy). Niestety, jak ustawa weszła w życie, pani, która go prowadziła, zrezygnowała. Tak oto przez ponad rok byliśmy pozbawieni wodopoju.
Jakieś 150 metrów od szkoły stoją dwa supermarkety: jeden o nazwie owada bardzo popularny w Polsce, a drugi nieco bardziej ekskluzywny, pochodzący z Francji.
W związku z brakiem sklepiku w budynku szkolnym uczniowie często robili eskapady do wyżej wymienionych dyskontów podczas przerw, oczywiście nielegalnie. Zdarzało się to praktycznie codziennie. Panie od WF-u zrobiły w pomieszczeniu, które kiedyś było składzikiem sklepu, swój kantorek, często tam przesiadywały na przerwach.
Któregoś dnia zauważyłem, że koledzy z pierwszej klasy chodzą do owego kantorka i wracają ze słodyczami. Zacząłem się zastanawiać, o co tu, kurde, chodzi?
Dowiedziałem się jakiś czas później... Otóż jedna z pań WF-istek chodziła do jednego z wyżej wymienionych marketów, kupowała tam słodycze w ilościach może nie hurtowych, ale sporych, po czym sprzedawała je u nas w szkole za wyższą cenę — jednak głodni łakoci gimnazjaliści byli gotowi sypnąć groszem i interes się przez chwilę kręcił. Oczywiście wszystko to było po cichu.
I niech mi ktoś powie, że Polacy nie mają głowy do biznesu.
Wiecie, co jest naprawdę urocze? Jak mały berbeć biegnie za swoimi kolegami, krzycząc: „Panowie! Może byście poczekali na kompana?” :)
Nie wiem, ile toto miało lat, ale nie więcej niż 10 :)
Dodaj anonimowe wyznanie