Jestem materialistą. Kocham swoje rzeczy, nie wszystkie, ale mam swoje „gwiazdki”, które adoruję wyjątkowo mocno. Nazywanie każdej ukochanej rzeczy to nic niezwykłego. Przytulanie, jeśli się da, pieszczenie, śpiewanie, rozmawianie, głaskanie... – to już chyba bardziej poważna sprawa, choć myślę, że to przez moją samotność i nierozumienie mnie przez wielu ludzi (nikt mnie tak dobrze nie rozumie jak ja sam, albo moje rzeczy...).
Wyobraźcie sobie 23-letniego faceta, który np. w sklepie wybiera jakiś towar i gada do swojego ukochanego telefonu, trzymanego w ręce: „Spójrz tam, Mikey, jakie ładne grabki, podobają ci się?” itp. Nie mam kompletnego pohamowania nad tym. Traktuję swoje ulubione rzeczy lepiej niż ludzi; dbam o nie, kupuję im gadżety, specjalne zestawy do czyszczenia itd. Uwielbiam się zajmować moimi „przyjaciółmi”.
Chyba jestem dziwakiem.
Zwykle to kobiety narzekają, że ich partnerzy są mało romantyczni w łóżku.
Cóż... Swego czasu moja dziewczyna z rozwartymi nogami wołała do mnie z łóżka: „ANON, CHODŹ, ZAKISISZ!”.
Mam 30 lat i jestem sama. Nie byłam w poważnej relacji od prawie 10 lat, bo zajmowałam się rozwojem i podróżami. Wszyscy ludzie w moim wieku mają już dzieci i tylko ja taka jakaś nie do pary. Nie mogę się przemóc, by zacząć chodzić na randki, bo mi wstyd, że w tym wieku to już jestem gorszy sort.
Mój młodszy brat nadal mieszka z rodzicami, mimo skończonych 25 lat. Nie pracuje, nie studiuje, tylko całymi dniami siedzi przed komputerem i gra w odmóżdżające gry. Nie zdał matury, bo mu się nie chciało. A wczoraj wieczorem wyrzucił przez balkon z 8 piętra komputer za 5 tysięcy, bo mu się gra zacięła i nie reagował na żadne polecenia. Któryś z sąsiadów wezwał (słusznie) policję, a gdy przyjechali, brat zamknął się w pokoju i powiedział, że skoczy z balkonu, jeśli tamci sobie nie pójdą.
Cóż, całość trwała dobre 5 godzin. Negocjacje, prowokacje, groźby od ojca, że go wyrzuci z domu na zbity pysk, nie przyniosły rezultatów. Gdy policja próbowała wyważyć drzwi, darł się, że skoczy.
Wyszedł z pokoju po tych 5 godzinach, bo zgłodniał. Nie wiem, czego się naćpał, ale rano na komisariacie zaczął się awanturować, że nie wie, dlaczego tam trafił.
Czasami zastanawiam się, czy przypadkiem brat nie został podmieniony w szpitalu.
Od około 10 lat mieszkam poza granicami naszej pięknej Polski. Początki bez języka były bardzo trudne, a czasami absurdalnie zabawne – przynajmniej teraz tak sądzę, bo wtedy nie było mi do śmiechu.
Od zawsze wiedziałam, że czeka mnie aparat na zęby, jeśli nie operacja zgryzu. Cała przygoda zaczęła się od usunięcia wszystkich pozostałych w mojej paszczy zębów mądrości. Było ich sporo, bo aż trzy. W obcym języku potrafiłam się wtedy dogadać hmm... względnie kiepsko = źle. Niemniej doszło do tego, że dzięki pełnym empatii specjalistom pojawiłam się na zabiegu usunięcia wszystkich trzech zębów naraz w pełnej narkozie (dzięki ci, panie doktorze!). Założyłam na siebie tego dnia dość obcisłą, również w rękawach, bluzkę. Przyszło do zakładania wenflonu pod narkozę, a ja w swojej inteligencji stwierdziłam, że musi się on oczywiście znaleźć w zgięciu ręki / na wysokości łokcia, jak to zwykle bywa. Niestety moja bluzka nie pozwoliła mi podwinąć rękawa wyżej niż 5 cm nad nadgarstkiem – koniec. Nie przyszło mi do głowy, żeby wenflon znalazł się na nadgarstku, ale żeby rozciąć bluzkę nożyczkami już tak... Oczywiście nie potrafiłam się wysłowić, więc skończyło się na tym, że pielęgniarka, która przygotowywała wszystko pod wenflon, odwróciła się i zobaczyła mnie w samym staniku. Odebrało jej mowę. Oczywiście nie umiałam wytłumaczyć swojego zachowania, więc tylko pokazałam na bluzkę i na moją rękę – nie zajarzyła. Trudno... Niech się dzieje, co chce – tak pomyślałam i tak było. Trafiłam na stół i pod narkozę z cyckami na wierzchu.
Dodam jedynie, że przebłyski w mojej głowie na chwilę przed zaśnięciem podpowiadały, że lekarze mieli niezły ubaw, a że biust mam spory, to chirurg miał zabieg z atrakcjami.
Do tej pory słabo mi, gdy o tym wszystkim myślę. Z jednej strony jest to zabawne, ale z drugiej chyba niewiele miałam do tej pory sytuacji, w których było mi aż tak wstyd.
7 lat po tej akcji właśnie kończę leczenie ortodontyczne i co rusz przypominam sobie o tych trudnych początkach. Pozytywem jest zdecydowany skok, jeśli chodzi o naukę języka i jakość porozumiewania się. Przyznam, że to właśnie takie sytuacje najbardziej motywowały mnie do nauki, a kilka ich jeszcze mam w zanadrzu... Może kiedyś tu wjadą.
Boję się, że nie uda mi się przeżyć życia. I tego, że nie chcę mieć dzieci. Mam 33 lata, Mieszkałam w 7 krajach i ze smutkiem zauważam, że opuściła mnie energia. Nie mam już w sobie pasji życia, która była ze mną kiedyś. Łatwość przyswajania informacji, uczenie się języków. Smutna praca w korporacji pozbawia mnie złudzeń. Miałam zostać kimś wielkim. Tak, ja miałam nim być. Nie zostałam. Od dziecka, w szarych blokowiskach, marzyłam, że to właśnie ja zmienię świat. Byłam dwa lata w Afryce, na misjach. A świat pozostał taki sam. Niezmieniony. Boję się, że zmieniać mogę już tylko siebie, a świat będzie musiał poczekać.
Skąd brać siłę i energię do życia, skąd brać radość. Jak budować fundamenty.
Jakieś 20 lat temu, w czasach szkoły średniej, byłem zmuszony mieszkać w szkole z internatem. Z racji tego, że szkoła była oddalona od mojego domu stosunkowo niedaleko, do internatu zjeżdżałem w poniedziałek rano, a wracałem do domu w piątek.
Samo mieszkanie w internacie było bardzo wygodnym rozwiązaniem. Gdybym musiał codziennie dojeżdżać do domu, wydałbym więcej kasy na dojazdy i przyjeżdżałbym do domu po 18. W internacie mieszkałem też z fajnymi kolegami, dobrze nas karmili, wychowawcy byli OK. Problem był w tym, że w internackiej ubikacji nie mogłem zrobić kupy. Wyglądało to tak, że na stu chłopaków były trzy ubikacje i wiadomo, rano do WC kolejka, po szkole kolejka, a ja ze świadomością, że ktoś stoi pod drzwiami, nie mogłem się skupić. To nie było tak, że nie próbowałem, bo próbowałem. Wymyśliłem też, że będę chodził w nocy, ale ku mojemu zdziwieniu wiele osób również wpadło na ten pomysł. Brałem też kilka razy proszki na zatwardzenie, ale po nich bardziej bolał mnie brzuch.
Tak więc przy każdej próbie zrobienia dwójki mój organizm dawał blokadę i żadne parcie, jęki i stęki nic nie dawały.
Nie wiem, jak ja to wytrzymałem. Często bolał mnie brzuch, jadłem dużo proszków przeciwbólowych. Pocieszałem się tym, że mogłem jeździć do domu co tydzień, a nie tak jak niektórzy moi koledzy raz na miesiąc. Załatwiałem się w poniedziałek rano, a potem dopiero w piątek po południu.
Na szczęście nie mam hemoroidów, nie mam też żadnych traum, ale dzięki temu doświadczeniu mam inne podejście do tematu „dupa mnie oszukała”. Nawet nie wiecie, ile razy wolałabym się po prostu zesrać w majtki niż czuć ten ból, ociężałość, bezsilność, zwłaszcza na WF-ie, gdy byłem zmuszany do większej aktywności.
Mieszkam ze współlokatorkami. Czasami, gdy najdzie mnie ochota, zdarzy mi się odpalić jakieś ciekawe filmy przygodowe dla dorosłych.
Ostatnio w mieszkaniu prócz mnie była jedna współlokatorka, bo dwie inne gdzieś wyszły. Odpalam stronkę, wyciszam multimedia i zabieram się do robótek ręcznych. Gdy już nadszedł punkt kulminacyjny... przypadkowo podczas trzymania telefonu wcisnął mi się jednocześnie guzik podgłośnienia, a po chwili blokady. Telefon mi się zwiesił, dźwięk był na maksa i przez jakiś czas nic się nie dało zrobić. Współlokatorka dziwnie na mnie patrzy :(
Jeszcze zanim po raz pierwszy trafiłem do psychiatry i dostałem leki na epizody psychotyczne, był taki czas, że byłem przekonany, iż to, że wszyscy noszą dwie takie same skarpetki, jest efektem manipulacji ludzi, którzy nami rządzą... Co jakiś czas specjalnie zakładałem dwie różne skarpetki, aby się temu sprzeciwić, jednak nie mogłem robić tego zbyt często, aby nie zostać odkrytym i usuniętym przez władze.
Zazwyczaj na egzaminy i kolokwia jestem dobrze nauczona, ale w większości przypadków udaję tępą mameję, żeby ludzie nie pytali mnie o różne rzeczy związane z zaliczeniami.
Dodaj anonimowe wyznanie