Mój chłopak od zawsze był trochę inny – nigdy nie miał telewizora ani laptopa, nie ubierał się w sieciówkach, tylko zamawiał ubrania u krawcowej, nie zrobił sobie prawka, tylko wszędzie chodził pieszo, nie kupował gotowego jedzenia. Miał taki ekologiczny styl: zero internetu, znikome zużycie prądu, częste podróże – na stopa lub rowerem – podczas których spał pod namiotem lub w przyczepie.
Na początku podobało mi się to w nim, choć dziś, po roku związku, trochę zaczyna mnie to wszystko wkurzać. Zamieszkaliśmy razem i… średnio co trzy dni robi mi awanturę. O to, że kupiłam niepotrzebny kosmetyk (np. odżywkę do włosów), że znów używam internetu albo że zjadłam coś na mieście. Ale ostatnio to już całkowicie przesadził. Postanowił, że nie będzie się myć częściej niż raz na miesiąc szarym mydłem, bo „te wszystkie chemiczne płyny wywołują raka” i że nie będzie WCALE myć zębów, „bo brud zdziera się sam, gdy się codziennie gryzie marchewkę”.
Ratunku, jak mu przemówić do rozsądku?!
Niedawno rzuciło mi się w oczy wyznanie dziewczyny, której wszyscy gratulowali figury. Cały sekret tkwił w tym, że po rozstaniu z chłopakiem za każdym razem, gdy zaczynała o nim myśleć, szła biegać, a myślała o nim dużo...
Nie minął tydzień, a mój związek się zakończył. Tak więc:
1. Pragnę pozdrowić dziewczynę ze wspomnianego wyznania.
2. Ja chyba dużo więcej myślę, bo to dopiero drugi tydzień, a mam figurę prawie jak Chodakowska.
Znam rodzinę, w której córka jest „workiem treningowym”. Z rozmów z rodzicami wiem, że jest to dziecko w pełni chciane i planowane, ale... matka nie umie sobie poradzić z niepełnosprawnością ich starszego dziecka. Z wiekiem ta niepełnosprawność rośnie. Amelka jest popychadłem, które musi „wynieść, przynieść, pozamiatać”. Już teraz musi zajmować się chorym rodzeństwem, a ma tylko 5 lat. Gdy coś zrobi źle, to otrzymuje srogą reprymendę. Innym dzieciom w jej wieku uszłoby to na sucho.
Ojciec dziewczynki, kopiując zachowania swojej żony, robi tak samo.
Pomoc społeczna (ze względu na chore dziecko) odwiedza często tę rodzinę. Znajomi odwiedzają ich, pomagają, ale chyba niewielu zwraca uwagę na tę chorą relację pomiędzy matką i córką.
Próbowałem kilkukrotnie poruszyć tę kwestię, ale rodzina jest zamknięta na wszelkie rady. Dziecko nie jest bite, więc zgłoszenia nic nie dadzą.
Gdy mam okazję, to staram się pozytywnie zagadać z tą dziewczynką, ale boję się, że wyjdę na jakiegoś pedofila.
W pierwszej klasie podstawówki hymn Polski śpiewałem tak:
„Co nam owca chleba wzięła, szablą ją zbijemy”.
Wyobraźcie sobie śmiech na spotkaniu rodzinnym, kiedy zapytałem, czy to na pewno poprawna wersja...
Mój synek niedługo skończy 7 lat. Spytałam go więc, jaki jest jego wymarzony prezent na siódme urodziny. Odpowiedział, że najbardziej marzy o tym, żebyśmy spędzili jego urodziny wszyscy razem, z tatą.
Mój były mąż odszedł do młodszej kobiety, wyjechał za granicę i nie utrzymuje kontaktu z synem od 2 lat. Żadnej kobiecie tego nie życzę – tłumaczenia dziecku „dlaczego nie ma taty”.
Mam 56 lat. Jestem mężczyzną z niemałym bagażem...
Nie mam najmniejszego problemu, żeby zabić człowieka, to jest część mojej pracy. Ale płaczę jak dzieciak na widok przejechanego kota.
Odkąd pamiętam, obiecywałam sobie, że nigdy nie będę taka jak moja matka, że moje dzieci nigdy nie będą musiały patrzeć na ciągle kłótnie swoich rodziców, tak jak musiałam na to patrzeć ja i moje rodzeństwo. Pamiętam ich ciągłe kłótnie i płacz mamy. To jak ją pocieszałam, mając kilka lat.
Kiedy mój związek sypał się coraz bardziej, a kłótnie były na porządku dziennym, doszło do tego, że moja córka w wieku 3 lat pocieszała mnie tak samo, jak ja kiedyś pocieszałam swoją mamę. Moja depresja się pogłębiła, a kłótnie z mężem doprowadzały mnie do ataków paniki. Wtedy powiedziałam sobie dosyć. Przecież nie tego chciałam dla własnych dzieci. Po latach tłumaczeń doszłam do wniosku, że tego związku już nie da się uratować. Lepiej będzie, jak sama zamieszkam z dziećmi, facet nie będzie mnie co rusz denerwować, to będę spokojniejsza, szybko poczuję się lepiej. Ta, jasne. Szybko zrozumiałam, że moje dzieciństwo odcisnęło się na mojej psychice. Ciągłe wyzywanie przez własną matkę, która nie dawała sobie rady psychicznie, robienie za terapeutę dla całej rodziny, bycie ignorowaną przez ojca, wykorzystywaną do sprzątania, gotowania i wychowywania własnego rodzeństwa.
Fakt, miałam mniej stresów, żyjąc samej z dziećmi, i mniej obowiązków (dotychczas i tak wszystko robiłam sama), ale jednak nadal odczułam nadmiar obowiązków i okropne zmęczenie psychiczne, bo nie miałam czasu nawet na toaletę, już nawet nie wspominając o jakimś odpoczynku. Najmniejszy drobiazg wyprowadzał mnie z równowagi. Nieważne, czy to zawiniły dzieci, czy ja sama. Zaczęłam krzyczeć na swoje dzieci, tak jak moja matka krzyczała na mnie, i mówić im takie same przykre rzeczy. Po czym zawsze szłam usiąść sama i płakałam nad tym, jaką jestem okropną matką i że niszczę własne dzieci, robiąc im to samo, co moja matka robiła mi.
Porozmawiałam z byłym i doszliśmy do wniosku, że dzieci powinny zamieszkać z nim. Najbardziej nie spodobało się to dziadkom dzieci oraz naszym znajomym. Na porządku dziennym wysłuchuję ich mądrości. Co z ciebie za matka? Jak można chcieć oddać własne dzieci? Jak można nie chcieć się zajmować własnymi dziećmi? Przecież dzieci potrzebują przede wszystkim matki. Robisz im tym krzywdę...
No cóż, osobiście uważam, że większą krzywdę zrobiłbym im, nadal mieszkając z nimi i wciąż wyładowując swoją frustrację na nich. Kocham moje dzieci i właśnie dlatego podjęłam taką decyzję, żeby dać im szansę na dobry start w życiu. Uważam, że to najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Znalazłam dobrą pracę i widuję się z dziećmi kilka razy w tygodniu. Czuję się coraz lepiej, nerwy już tak nie puszczają, więc i nie krzyczę o byle co, a przede wszystkim nie ranię moich dzieci słowami, tak jak to było kiedyś.
Jestem w związku od 8 lat. Mój chłopak wprowadził się do mnie (i moich rodziców) ok.2 lata temu. Z pozoru wszystko jest w porządku, dogadujemy się itp. Ale nie mogę znieść tego, że u nich siedzimy.
Mam 22 lata i boli mnie fakt, że nie mam nic swojego. Auto? Na rodziców, bo tak lepiej, przecież będą mi dawać. Niby mówią: „Siedźcie z nami i zbierajcie pieniądze, póki mamy możliwość wam pomagać”, ale robią przytyki o wszystko. Jest ubliżanie o niepozmywane naczynia i obchodzenie się jak z dzieckiem.
To nie jest tak, że nic nie robimy czy też nie potrafimy sami zrobić, bo naprawę jesteśmy zaradni. Mieszkamy u nich, bo oboje studiujemy, a pracę mamy na zlecenie, więc o kredycie możemy zapomnieć, a wynajem? Przede wszystkim nie ma żadnych ofert, no i te ceny...
Czuję, że utknęłam, nie mam nic swojego i nie wiem, co ze sobą zrobić, jestem ostatnio w takim dołku, że nie mam na nic ochoty. Tak o chciałam się wyżalić.
Jestem w totalnej rozsypce. Zaszłam w ciążę pomimo brania tabletek antykoncepcyjnych. Nigdy nie chciałam mieć dzieci, nie nadaję się na matkę i nie chcę tego dziecka. Nie wyobrażam sobie porzucenia dotychczasowego trybu i poziomu życia i zmieniania ufajdanych pieluch. Przeraża mnie wizja takiego życia.
Wielu facetów opisuje tu swoje niezbyt udane podrywy. No cóż, wierzcie lub nie, ale dziewczynom też się takie zdarzają.
Byłam w pewne wakacje na kolonii. Nieistotne gdzie, istotne jest jednak to, że spaliśmy w namiotach, a deszcz padał już drugi dzień z rzędu. Wszyscy chodzili przemoczeni, praktycznie nikt nie miał parasola, a co dopiero coś więcej.
No więc idziemy sobie z koleżanką drogą, przemoczone zupełnie, a obok nas drepcze sobie jakiś chłopak, oczywiście bez parasola. Idzie sam, jakiś taki niezbyt wesoły, to pomyślałam — a co tam, zagadam! Nie myśląc wiele, powiedziałam to, co mi ślina na język przyniosła. Zalotnie zapytałam „Na ciebie też pada?!”. Ogłupiałej miny tego chłopaka chyba nigdy nie zapomnę...
Moja koleżanka miała bekę życia i do teraz mi to wypomina. Nie dziwię się jej, nieźle się popisałam :)
Dodaj anonimowe wyznanie