Moja mama nie jest nadopiekuńcza, ale jest jedna rzecz, która mi szkodzi – wyręcza mnie, od zawsze. Za rok wybieram się na studia. Nigdy nie próbowała nauczyć mnie gotować, nie pokazała, jak się prasuje. Mimo że nie jestem głupia, to w aspekcie prac domowych jestem na poziomie 7-latka. Czasami jak śpię, przeciera mi kurze w pokoju i umyje podłogę, więc zostaje mi tylko odkładanie rzeczy z biurka na miejsce. Gdy parę lat temu chciałam usmażyć za nią kotleta, chociaż jednego, to powiedziała, że nie dzisiaj, bo coś tam. Jak miałam ostatnio wymięte spodnie po praniu i chciałam wyprasować, to chciała mnie wyręczyć, zamiast mi pokazać. Umiem usmażyć jakieś łatwe rzeczy, ale próbowałam to robić sama, raczej nie gotowałam czegoś nowego przy niej, bo by się czepiała i by mi nic nie wyszło. Raz na ruski rok zaczyna się drzeć, że inne dzieci to robią to, to i tamto, a ja nawet tego nie potrafię (jak miałam może 12 lat, to prawie przypaliłam budyń, to zaczęła mówić, że inne dzieci gotują obiady, a ja mam z tym problem). Skoro nic prawie ode mnie nie wymaga, to jak mam czegoś się nauczyć? Sama mam latać i się prosić? Nie widzi mi się to, podejrzewam, że ma taką cechę jak ja, czasami wole zrobić coś sama i się namęczyć, bo wiem, że wtedy osiągnę lepszy rezultat.
Studia to będzie skok na głęboką wodę, ale może owocny, tylko najem się na pewno sporo wstydu. Wolałabym, żeby rodzice dawali mi jakieś obowiązki i uczyli różnych prac, bo byłabym spokojna, że mieszkając samemu, na pewno sobie poradzę.
Ogarniałam mieszkanie, sprzątałam, w międzyczasie robiłam pranie i obiad. Nagle usłyszałam głośne pukanie do drzwi. Otworzyłam i moim oczom ukazuje się dwóch policjantów z poważnymi minami. Oblał mnie zimny pot, pomyślałam, że coś stało się mojemu mężowi. Zanim zdążyłam o cokolwiek spytać, oni stwierdzili, że zostali zaalarmowani przez przechodniów, którzy widzieli, jak potrząsam dzieckiem na balkonie. Odetchnęłam z ulgą i zaczęłam się śmiać.
Zajęło mi kilka ładnych chwil, zanim wytłumaczyłam policjantom, że w rzeczywistości była to duża lalka mojej córki, którą chciałam otrzepać z kurzu i brudu na balkonie.
Podobają mi się tylko i wyłącznie obiektywnie niezbyt urodziwi z wyglądu mężczyźni. Oczywista uroda mnie nudzi, a nawet odstrasza. Przystojniacy po prostu dla mnie nie istnieją, nie zauważam ich, bo zwyczajnie mnie nie ciekawią. Kiedy jednak wchodzę w interakcję z tym „nieurodziwym”, jestem w siódmym niebie. Najczęściej nie mogę oderwać od niego oczu i ukradkiem oglądam jego twarz i ciało, powoli uświadamiając sobie to, że każdy jego skrawek jest piękny. Oczywiście, żeby nie było tak kolorowo, żeby mężczyzna mi się spodobał, musi być również inteligentny, jest to warunek konieczny. O schludności nie muszę chyba wspominać, bo to logiczne. Tacy właśnie inteligentni brzydale zawsze kradli moje serce.
Faceci, pamiętajcie: nawet jeśli uważacie się za nieatrakcyjnych, to gdzieś tam za rogiem mogę czaić się ja, która ma na kim oko zawiesić :)
Jestem instruktorem w samochodzie L, może wydaje się to być łatwą pracą, ale tak nie jest. Ludzie, których uczymy, są różni. Często zdarza się, że w ogóle nie słuchają tego, co się do nich mówi i o ile w tym momencie po prostu robimy np. łuk i przez to im nie wychodzi, tak też zdarza się, że nie słuchają, np. będąc na ruchliwym skrzyżowaniu, w rezultacie mówię im, aby dodali gazu, żeby szybko opuścić skrzyżowanie, a oni wciskają... hamulec. Instruktor w tym momencie może zrobić całe nic, bo w większości samochodów nauki jazdy instruktor ma jedynie sprzęgło i hamulec. Więc zdarza się, że staniemy na środku, światło dawno się zmieniło, bo ruszamy też powoli, a czasem zgaśnie. I sedno tego wpisu to inni kierowcy – irytujący się, trąbiący itp., po czym lecą komentarze, że głupi instruktor nie potrafi ogarnąć sytuacji. No tak, czasem nie potrafi, bo po prostu fizycznie się nie da.
Jeżdżę też prywatnie, mijam L-ki i zawsze widząc je, zachowuję szczególną ostrożność, jak to mówi kodeks drogowy, a w życiu bym nie pomyślała, aby na takich trąbić.
Chciałabym, żeby mój mąż zarabiał tyle, żebym ja mogła nie pracować i mieć więcej czasu na zajmowanie się nim, dzieckiem, domem, czytaniem i spacerami. Nie odnajduję się w życiu zawodowym, strasznie mnie ono męczy, za to bardzo dobrze czuję się w domu. Odpoczywam podczas obowiązków domowych, które nie są dla mnie obowiązkami, a czystą przyjemnością. Bardzo dobrze czuję się w domu. Kiedy opowiedziałam o tym w pracy, zostałam zlinczowana. Wiem, że to niemodne w tych czasach, ale to moje marzenie. Wierzę, że jest więcej takich kobiet, ale boją się o tym gdziekolwiek opowiedzieć.
Mojego przyjaciela rzuciła dziewczyna. Ja kocham mojego przyjaciela, mój przyjaciel kocha swoją byłą, ta była chce wrócić do swojego byłego, który ma teraz dziewczynę. Wszyscy w grze, nikt nie wygrywa.
Mam wspaniałą dziewczynę, która jest idealna. Jesteśmy razem 2 lata. I... mam dość.
To nie jest tak, że chcę jakiejś panienki na boku, mam ochotę chlać do upadłego czy oglądać TV do późna. Po prostu chcę choć chwili spokoju, izolacji od wszystkich, bo czuję się jak osaczony. Mam wrażenie, że mam dziecko, o które trzeba dbać, za które trzeba myśleć i decydować.
Od rana się zaczyna — śniadanie do łóżka, jak śpię dłużej, bo akurat mam wolne w pracy. A jak razem mamy wolne, to mamy iść na spacer. Kiedyś chodziłem sam, aby pomyśleć, odświeżyć umysł. Dziś słucham ciągłego „bla, bla, bla, w pracy Łukasz, ple, ple, ple, a z koleżankami to...”. Oczywiście to sprowadza się do porad, których udzielam, gdy pyta mnie o zdanie. Porad, które praktycznie wypełnia co do joty, ciągle mnie o coś pytając. Budżet rodzinny też jest na mojej głowie, bo dziewczyna, gdyby miała brak jakiegokolwiek limitu, najchętniej nakupowałaby mi prezentów, słodyczy i innych dupereli, wydając moją i jej miesięczną pensję.
To nie jest tak, że jest kompletną niemotą i nie potrafi nic — gotuje, sprząta, pierze, prasuje, myje, pracuje. Robi mi kanapki do pracy, prezenty itp. Ale to ja odpowiadam za całą organizację, finanse i wszystkie ważne rzeczy. Ja muszę ustalać harmonogram i przypominać jej o spotkaniach, wystąpieniach czy nawet wizytach u lekarza bądź urodzinach jej rodziców. Ona tego wszystkiego nie potrafi. Zapomina, wydaje pieniądze na byle co, buja w obłokach.
Jestem tym przytłoczony, mam wrażenie, jakbym musiał myśleć za dwie osoby.
Od kilku lat mam problemy z samookaleczaniem.
Moi rodzice uparcie oglądają moje ręce, jakby to miało rozwiązać problem — jedyne zaangażowanie z ich strony to patrzeć, czy nie mam nowych ran, a nie zastanowić się, z czego wynikają, wesprzeć mnie.
Ostatnio obtrąbili sukces, bo wróciłam do krótkich rękawków.
Szkoda, że nie wzięli pod uwagę tego, że po prostu teraz kaleczę nogi… Nie umiem poprosić o pomoc, a oni wciąż się nie domyślają, że jej potrzebuję.
Miałem dziś opisać historię końca mojej przygody z pracą w wielkich zakładach, ale będzie o czymś nieco innym. A mianowicie o ludziach. I nie zrozumcie mnie źle, było tam mnóstwo życzliwych, miłych ludzi. Ale byli też ci drudzy.
Dla przykładu: przychodzi do mnie kobieta, robi na stanowisku zaraz obok mnie. Zaraz przed przerwą przynosi mi coś do zrobienia i bardzo prosi, żeby było zrobione na już. Więc powiedziałem jej, że zrobię to przez przerwę, a przerwę sobie zrobię później. Wróciła, akurat skończyłem, była bardzo zadowolona, więc poszedłem na przerwę. Wracam i co widzę? Stoi mój przełożony z pytaniem, czemu nie ma mnie na stanowisku. Więc tłumaczę mu sytuację, a on twierdzi, że to ciekawe, bo właśnie ta kobieta, która rzekomo prosiła mnie o to, żeby coś było na już, przyszła do niego na skargę, że nie pracuję, tylko się gdzieś chowam. Są kamery, więc sprawa się szybko wyjaśniła, ale „smród” pozostał.
Inna sytuacja: czasem jak nie mam pracy, chodzę pomagać dziewczynom na ich stanowiskach. Nawet nie zliczę, ile dostałem niemoralnych propozycji od starszych kobiet, często mężatek, pewnie koło 60. Sprośne teksty typu: „Zapraszam na kolację, podgrzać ci pieroga? Wypełniałeś kiedyś pieroga śmietaną? Mogę ci dać przeszkolenie, jeśli chcesz”. W gruncie rzeczy każda z dziewczyn ma podobny poziom żartów, a mnie naprawdę ciężko wyprowadzić z równowagi, więc puszczam to między uszami. Ale jakiś czas temu jedna z kobiet (akurat ta z tych młodszych) rzuciła tekstem: „Coś słabo ciągniesz, he, he, he” (oczywiście całe kółko wzajemnej adoracji uruchomiło protokół zarzynanej świni i zaczęło kwiczeć do upadłego). Akurat miałem gorszy dzień, więc odburknąłem: „Zupełnie jak ty w nocy”. No i się zaczęło... Dziewczyna odebrała to jako swego rodzaju zaproszenie. Nie przeszkadzało jej, że mam dziewczynę, prowokowała dwuznaczne sytuacje albo sytuacje sam na sam na tyle, na ile to możliwe w hali produkcyjnej. Były jakieś zaproszenia do toalety/szatni etc.
Genialne są też teksty kobiety, mniej więcej 40-45 lat. Na pierwszy rzut oka miła, ułożona kobieta, potrafi rzucić w gruncie rzeczy do każdego czymś w stylu: „Wyssij mi bączura z dupy”.
Była też kobieta, która donosiła na mnie do majstra, jakobym nie wypełniał swoich obowiązków. Ja wycinałem elementy, ona miała nakleić odpowiednią naklejkę na pudełko. Jakieś 10 sekund roboty. Co prawda nie tylko ode mnie dostawała elementy, ale jednak. Dodatkowo do jej stanowiska miałem ponad 200 metrów. Problemem było to, że mając 15-16 pudełek do zrobienia nie nosiłem jej po jednym, ale robiłem sobie po kilka, żeby nie chodzić praktycznie na pusto. Więc zgłosiła to majstrowi. Przyszedł i okazało się, że ona sama powinna odbierać (nie tylko ode mnie) pudełka.
Nie muszę mówić, z jaką satysfakcją to później wykorzystywałem :D
Cieszę się, że już tam nie pracuję.
Zobaczyłem śliczną dziewczynę totalnie w moim typie i moje serce po prostu piknęło nagle jak szalone. Zakochanie instant, miłość od pierwszego wejrzenia. A po chwili dotarło do mnie, że jestem od niej ze dwa razy starszy...
Nawet nie zauważyłem, kiedy się tak postarzałem.
Dodaj anonimowe wyznanie