Firma, w której pracuję, będzie niedługo realizować zlecenia dla firm z zagranicy. W związku z tym zapisałem się na kurs angielskiego, aby trochę poprawić swoje umiejętności w tym zakresie.
Od razu na pierwszych zajęciach wpadła mi w oko fajna dziewczyna. Ładna, zgrabna, zadbana, o pięknym uśmiechu. Dokładnie w moim typie. Oczywiście zacząłem kombinować jak by tu się z nią jakoś zapoznać i może ją gdzieś zaprosić. Siedziała przede mną i jakoś na drugich zajęciach podsłuchałem, jak dyktowała swój numer dziewczynie, z którą siedziała. Numer ten potem wpisałem sobie do komórki, pod żartobliwą nazwą "świnka z angielskiego" (bo miała śmieszny breloczek w formie małej uroczej świnki).
No ale przecież nie napiszę do niej SMS-a "Cześć, podsłuchałem twój numer, może wyskoczymy na kawę?", więc wiedziałem, że jeżeli chcę mieć nadzieję na cokolwiek, to muszę go otrzymać od niej bezpośrednio. Nie mogłem się jednak zebrać na odwagę, żeby zagadać.
Pewnego razu na sam koniec kursu przyszedłem sporo wcześniej na zajęcia i zauważyłem, że siedzi sama na ławce przed budynkiem. "Taka okazja już się nie powtórzy" pomyślałem i niezwłocznie do niej podszedłem. Zaczęliśmy rozmawiać, najpierw o kursie, potem na ogólne tematy. W końcu wyjąłem telefon i wydusiłem z siebie coś w rodzaju "Może daj mi swój numer, to będziemy w kontakcie?".
Uśmiechnęła się, wyciągnęła swoją komórkę z torebki i mówi, żebym najpierw dał jej swój. Serce zabiło mi mocno, w głowie fajerwerki, co za sukces! Podałem jej numer, ona go wpisała do telefonu i zadzwoniła do mnie, żeby wyświetlił mi się jej numer. Patrzyliśmy obydwoje na wyświetlacz mojego telefonu, czekając na połączenie i po chwili zaczął dzwonić. A na wyświetlaczu wielki napis, że dzwoni "ŚWINKA Z ANGIELSKIEGO".
Momentalnie przybrałem barwę ceglanego muru przy którym siedzieliśmy, a ona popatrzyła na mnie totalnie zdegustowana, wstała i bez słowa odeszła. Kurs się skończył i nigdy więcej już jej nie widziałem.
Ponad rok temu nowotwór odebrał mi córkę, miała zaledwie 17 miesięcy. Dwa tygodnie temu na nodze mojego sześcioletniego syna odkryłam mały guzek i bardzo się boję. Czekanie na wyniki badań mnie wykańcza. Nie mam komu tego powiedzieć, rodzina ma mnie za wariatkę i twierdzą, że wymyślam dziecku choroby. A ja po prostu doskonale znam onkologiczne piekło, nie chcę tam wracać, nie przeżyję tego drugi raz.
Mam 21 lat i wciąż wyobrażam sobie w głowie historię z celebrytami. Nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego, gdyby nie to, że zwykle tworzę całe uniwersum, w którym ja i dana osoba żyjemy przez kilka miesięcy.
Nie są to sceny miłosne, a raczej rozbudowane historie różnych gatunków. Kiedy emocje z "tamtego świata" za bardzo wpływają na moje prawdziwe życie, głównie uczuciowe, w jakiś sposób uśmiercam aktualnego bohatera i uczę się żyć bez niego, dopóki znowu nie zwrócę uwagi na jakąś sławną osobę.
Mieszkam na blokowisku, wiecie, takim, że wyglądając przez okno widzę cztery inne bloki i rząd garaży. Przed każdym blokiem jest pas zieleni, ławeczka, jakiś trzepak, natomiast za garażami mamy niewielki park, w którym wszyscy miejscowi wyprowadzają psy. Ja też to robię, a idąc tam przechodzę zawsze pomiędzy tymi wszystkimi blokami i "pasami zieleni".
Byłam już przy garażach, kiedy mój pies postanowił obsikać krzaczek. Stoję, czekam, za moimi plecami ktoś wyjeżdża z garażu. I nagle słyszę, jak jakaś kobieta głośno komentuje, że "pańcie po swoich psach nie sprzątają" i "teraz takie wygodnickie panienki psy kupują". Odwróciłam się, spojrzałam na panią, która chyba rozmawiała z duchem świętym, bo jej mąż wyprowadzał samochód z garażu i nie uczestniczył w rozmowie, a jako że byłam jedyną osobą w pobliżu, to zapytałam, czy pani do mnie mówi. Tak, oczywiście, że mówi do mnie, mam natychmiast posprzątać po swoim psie! Odpowiadam, że mój pies akurat sika i nie wykręcę krzaczka jak szmaty ani w żaden inny sposób moczu nie pozbieram. Kobieta poczerwieniała jak dorodny pomidor, zaczęła wykrzykiwać na całe blokowisko, że jej to nie obchodzi, że ona nie widzi, co ten pies robi, a pomiędzy tym wyzywała mnie od - cytuję - "smarkatej gówniary", która jest o sto lat za młoda, żeby mogła jej pyskować. Odpowiedziałam, że to ona jest sto lat za stara, skoro zaczyna mieć wzrokowe omamy. Babsko wpadło w szał, cały czas wyzywała mnie od gówniar, a nawet próbowała wezwać męża na pomoc, ale facet całą pyskówkę zignorował, więc postanowiła postraszyć mnie innymi swoimi "sprzymierzeńcami" - policją, jeżeli nie założę psu kagańca. Poleciłam pani zapoznanie się z przepisami, którymi mnie straszy, bo jako że mój pies jest na smyczy, a przy tym jest niedużą i niegroźną rasą, nie mam obowiązku zakładania mu kagańca.
Chyba zabrakło jej argumentu lub ciętej riposty, bo oburzona wsiadła do swojego pojazdu i już miała odjechać, gdy nagle opuściła szybę iii... oświadczyła (to dokładny cytat): "SAMA JESTEŚ ZA STARA!", po czym zamknęła okno, a biedny facet wreszcie mógł spokojnie odjechać :D
Od niedawna pracuję w przedszkolu. Opowiem wam sytuację, która poważnie mną wstrząsnęła.
To było pierwszego dnia mojej pracy. Dzieci po ok. 5 lat. Rozdałam im książeczki z obrazkami. WSZYSTKIE dzieci w celu przewrócenia na drugą stronę przesuwają palcem od prawej do lewej lub z góry na dół...
Moi rodzice od zawsze byli wyluzowani, żartowali z siebie nawzajem, jednym słowem poczucie humoru bez ograniczeń...
Pewnego wieczoru tata podlewając trawnik woła mamę, żeby wyszła na dwór. Mama oczywiście domyślając się głupiego powodu zlała taty prośbę. Na co mój tata (nie poddając się ani trochę) krzyczy, że przyszła do niej koleżanka na plotki. Mama zaciekawiona, któż to może być wychodzi i pyta, co to za koleżanka. Na co mój tata pokazuje mamie siedzącą przy furtce ogromną i obrzydliwą ropuchę...
Kilka dni temu podczas przerwy znajoma Y powiedziała mi, że ma jakieś problemy ze swoim smartfonem. Jako że średnio znam się na telefonach, poradziłem jej, żeby porozmawiała z panem X. To typ geeka, który cały czas majstruje przy komputerach i smartfonach. Oddała mu swój telefon i następnego dnia działał jak nowy.
Zadowolony z tego, że byłem w stanie pomóc, poszedłem do szatni przebrać się przed WF-em. Tam pan X siedział otoczony przez większość chłopaków z naszej klasy i pokazywał im coś na smartfonie. Zaciekawiony spytałem o co chodzi. Okazało się, że X oprócz naprawienia komórki pogrzebał trochę w karcie pamięci i znalazł roznegliżowane zdjęcia Y i ściągnął je na swój telefon. Co więcej, otaczający go koledzy dopraszali się, żeby wysłał im te fotki. Ani jednego głosu potępienia dla jego poczynań. Naprawdę, klasa maturalna, a zachowują się jak banda gówniarzy...
Rodzina 2+2. Rodzice pracują, dzieci chodzą do szkoły. Całkiem dobrze się uczą. Dzieci chodzą na zajęcia dodatkowe. Wszystko wygląda jak bajka. Dziecko lat 9 wchodzi do domu. W drzwiach stoi ojciec z uśmiechem. Dziecko ściąga kurtkę, plecak. Ojciec mówi: „Słyszałem, że smakują ci papierosy”. W tym momencie ojciec zaczyna tłuc dziecko. Bije wszędzie, wszystkim, co ma pod ręką. Ręka zabolała? Czas na pas, smycz... Dziecko drze się jak opętane, błaga ojca, żeby go zabił. Po 30 minutach katowania dziecko dowiaduje się, że ktoś powiedział ojcu, że ono pali. To kłamstwo. Ojciec biegnie do szkoły na drugi dzień. Dowiaduje się, że o konkretnej godzinie dziecko było na zajęciach i nie było opcji, żeby to była ta sama osoba. Co robi ojciec? Po powrocie do domu uderza dziecko ręką w tył głowy: „Żebyś pamiętał, szczeniaku”.
To ja jestem tym dzieckiem... Mam prawie 40 lat, a ciągle to pamiętam. I wiele innych sytuacji.
Mam 35 lat. To raczej będzie wyznanie w stylu żeby nigdy nie tracić nadziei i cieszyć się tym co się ma. Miałem raczej patole w domu. Matka alkoholiczka, ojciec uciekł gdy miałem 8 lat. Często nie mieliśmy co włożyć do gara. Gdyby nie dziadkowie albo bym nie żył albo bym wpadł w złe towarzystwo. W wieku 14 lat mnie przygarnęli. Dziadek zmarł gdy miałem 16 lat więc wychowanie przez samą babcię, która wiedze o wychowywaniu miała żadną. Nie mogłem z nią pogadać o niczym osobistym bo odpowiadała na wszystko, że ona miała gorzej. Nigdy nie byłem w niczym dobry. Wszystkie objawy jakiegoś talentu np. muzyki były kwitowane "nie mamy pieniędzy" "Z tego się nie wyżyje". W wieku 18 lat kupiłem swoją pierwszą gitarę ale ten słomiany zapał do niczego mnie nie doprowadził. I tak ze wszystkim. Miałem problemy w szkole od kiedy pamiętam. Nie zdałem technikum, raczej byłem tym gościem co nie zda bo jest "leniwy". Ja żyłem w wiecznej nienawiści do wszystkiego i wszystkich grając w towarzystwie tego zabawnego typa na luzie. Miałem swojego przyjaciela od 6 roku życia. W wieku 19 lat jakimś cudem założyła się paczka, która liczyła 5 osób wraz z moim przyjacielem. Oni byli moim przystankiem gdzie mogłem być zrozumiany i wysłuchany. I tak się żyło. Reszta poznajdywała partnerów/partnerki z którymi są do dziś. A ja? Parę paroletnich związków zniszczonych przez mój strach o utratę wszystkich i popadanie w coraz to większy marazm. Mijały lata. Coraz bardziej myśl o byciu samym na starość robiła się normą. Braku rodziny. Brak perspektyw. Reszta pracuje za większe lub trochę mniejsze pieniądze ale raczej zadowoleni. Ja w tym czasie pracowałem za trochę ponad najniższą na UoP. Mając 27 lat poznałem jedną osobę, która wywróciła mój świat do góry nogami. Cicha myszka, spokojna, ze swoimi problemami i zainteresowaniami w których ją wspieram. Ja dostałem to samo. Po 2 latach związku wpadliśmy. Nie chciałem mieć dziecka bojąc się o zwalenie sprawy bycia ojcem. Milion myśli. Uciec jak mój? Zapadła decyzja, że wychowam by miało lepiej niż ja. W tym samym czasie mój najlepszy przyjaciel ze swoją żoną też spodziewali się dziecka. Wszyscy się cieszyli. Ja się bałem. Bałem zawieść wszystkich dookoła... Rodzice mojej dziewczyny stwierdzili, że dostaniemy dom po nich a oni się wyprowadzą "do nas" (jej mieszkanie na kredyt). Mija 5 lat od urodzenia syna i widok gdy biega za albo ucieka przed kurami na ogródku wypełnia mnie radość. Mój przyjaciel przyjeżdża do nas ze swoją założoną rodziną. Staliśmy się jedną wielką rodziną o której jeszcze 5 lat temu bym nie pomyślał. Myślałem, że skończę sam nie mając nikogo albo gdzieś zachlany z desperacji. Zacząłem o siebie bardziej dbać i znalazłem trochę lepszą pracę. Znalazłem nowe zajawki i nie porzucam ich po 3 razach. Nie traćcie nadziei bo w końcu ona umiera ostatnia.
Kiedy przypomnę sobie moją historię z dzieciństwa, nadal robi mi się przykro. Miałam w sumie może ze dwie koleżanki, które i tak za moimi plecami wyśmiewały się ze mnie i z mojej rodziny. Wszystko dlatego, że byliśmy biedniejsi, żyliśmy ubogo, ale szczęśliwie, mimo że brakowało chleba, w domu panowała miłość, było nas dużo. Mama ledwo wiązała koniec z końcem, tata nas opuścił. Do niej mam największy szacunek i podziw. Dała radę mimo wszystkim przeciwnościom losu wychować naszą szóstkę samotnie.
W szkole zaczęły się poniżania. Dopiero gdy najstarszy brat dorósł bronił nas, lecz nie zawsze o wszystkim wiedział. Na ulicach wytykano mnie palcami. "Ta co wszy roznosi", "Matka zadbać o te dzieciaki nawet nie potrafi", "Patrz jak wiejsko ta mała meliniara wygląda" - non stop wyzwiska, upokorzenia. Nie mieliśmy luksusów, ale mama starała się jak tylko mogła.
Gdy najstarszy brat trafił do więzienia za kradzież, na osiedlu nie mieliśmy życia. Mama chorowała. Nie chciała nas wypuszczać, nie mogła znieść ludzi, którzy tak nas upokarzali na każdym kroku. Pedagog w szkole zawsze dodawała nam otuchy, rozumiała moje problemy, zawsze wysłuchała i pomagała. Kiedy brat wyszedł z więzienia, zaczął legalnie pracować i wziął nas do siebie. Razem z mamą dbali o nas jak tylko mogli. Mam 25 lat i każde z naszej piątki (nie licząc braciszka) wyszło na ludzi. Skończyłam szkołę, mając 19 lat sprzedawałam kwiaty na ulicy, a dzisiaj mam w Choszcznie własną, wymarzoną, śliczną kwiaciarnię. Sukces udało mi się osiągnąć dzięki ukochanej mamie i opiekuńczemu bratu. Czy bogaty czy biedny, każdy jest człowiekiem i zasługuje na szczęście. Najważniejsza osoba w moim życiu wciąż walczy z rakiem. Wszyscy jesteśmy z Tobą, mamo! Nigdy się nie poddamy!
Dodaj anonimowe wyznanie