#9aCVz

Jestem kimś trochę ważnym w pewniej poważnej firmie. Moim obowiązkiem jest opiekować się pracownikami, pomagać w rozwoju i takie tam. Mam jednego podopiecznego, który zdaje się w myślach non stop nabijać ze mnie i kwestionować moją pozycję. Tego się nie da wytłumaczyć naukowo, ale i ja, i on to wiemy.

Wczoraj na zebraniu grupy zadawał niby głupiutkie pytania, tylko po to, by mnie ośmieszyć. Było to niebywale irytujące. Co mówił mi pierwszy odruch? Ano podejdź do pana, poproś o zdjęcie okularów i przypier*ol w buźkę tak aby obejrzeć jego numer buta. Co zrobiłam? Powiedziałam, że świetne pytania i bardzo się cieszę, że je zadaje, bo nasza współpraca nabiera właściwego tempa. Następnie wyjęłam zestaw materiałów z teczki i mu dałam, sugerując, że ta energia musi zostać wykorzystana, więc widzimy się za tydzień na grupowym spotkaniu, gdzie zreferuje to, czego się nauczył na ten temat (ku rozwojowi całej grupy oczywiście).

Pierwszy raz widziałam coś jakby szacunek w jego oczach. :D

#1Cjmp

Udało mi się schudnąć ponad 20 kg, zmieniłam styl i fryzurę. Odwróciła się ode mnie większość rodziny (nie licząc mamy i taty).
Reszta znajomych wyciąga syfy z mojego życia i spekuluje, w jaki sposób udało mi się to osiągnąć - bo na pewno nie ciężką pracą i wyrzeczeniami.


Gdy byłam gruba, wszyscy mnie kochali.

#NubD0

Moja historia miała miejsca 3,5 roku temu. Poznałam wtedy naprawdę fajnego chłopaka. Znaliśmy się dosyć krótko, jednak bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Nie chciałam na razie przedstawiać go rodzicom, ponieważ tyle co zakończyłam 2 letni związek. 

Z racji tego że mieszkałam nadal z nimi, a oni akurat wychodzili na imprezę do znajomych postanowiłam że zaproszę nowego wybranka na kolację. Tak też się stało. Przyjechał autobusem (dojazd do mojej małej miejscowości nie jest prosty, a on pochodził z większego miasta) z butelką Jacka Danielsa. A ja że nie jestem mistrzem patelni, to zakończyłam swoje gotowanie fiaskiem. Nic nam do jedzenia nie pozostało, więc zabraliśmy się za picie. 

Czas nam tak dobrze minął, że nawet nie zauważyliśmy która jest godzina. Ostatni autobus pojechał już ze dwie godziny wcześniej. Ja już w stanie upojenia położyłam się na łóżku i zasnęłam. Gdy mój wybranek kombinował sobie powrót, okazało się że jego kumpel mieszka w tej samej miejscowości jakieś 5 km ode mnie. W tym miejscu warto zaznaczyć, że był środek zimy. Postanowił, że pójdzie do niego na noc na nogach. Ja byłam półprzytomna, więc było mi wszystko jedno. 

Mój towarzysz wziął sprawy w swoje ręce, pozmywał, zostawił wszystko tak jak było, ubrał płaszcz, buty, wszedł na piętro żeby się że mną pożegnać i... moi rodzice w tym momencie weszli do domu. Zaczęłam panikować, obcy facet w naszym domu o godzinie 1 w nocy i pijana córka. Lepiej być nie mogło. Jednak uratował mnie balkon w pokoju... 

Od momentu kiedy on znalazł się na balkonie rozpoczęła się najgorsza noc w jego życiu. Moja mama tak jak myślałam poszła od razu spać (nasze sypialnie są koło siebie), tata jednak nie spełnił moich oczekiwań i postanowił oglądać telewizję. Mijały godziny, ja coraz bardziej zmęczona zasypiałam i budziłam się, by sprawdzić czy tata już poszedł spać (schody z piętra wchodzą prost do salonu). Mój towarzysz wchodził co chwilę żeby się ogrzać i wracał na balkon tworząc rozmaite wersje ucieczki z tej pułapki, m. in. że będzie skakał. 

Nadeszła godzina 6 rano mój tata wyłączył telewizor i poszedł spać. Jesteśmy uratowani, tylko zejść na dół powoli, wyjść drzwiami i koniec. Schodziliśmy obydwoje i został nam ostatni stopień gdy po schodach zaczęła schodzić moja pół przytomna mama. Udzieliłam szybkich wskazówek gdzie jest tylnie wyjście i jak otworzyć. Jednak on schował się w pralni! 

Moja mama za mną podążyła do kuchni. Wytłumaczyłam rodzicielce że chciało mi się bardzo pić. Wzięłam kubek wody i udałam się do swojej sypialni. Wysłałam SMS aby on był cicho. Mama wróciła do góry, a ja usłyszałam tylko donośny trzask drzwiami, głośny bieg pod moim balkonem i ogromny huk. Gdy wszyscy wstali okazało się, że drzwi otwarte, ślady męskich butów na śniegu i przewrócona część płotu (myślał że przeskoczenie będzie łatwiejsze niż otworzenie bramy). Nikt nie był w stanie tego wytłumaczyć. A ja z nim do dzisiaj jesteśmy parą i mamy taką małą tajemnicę.

#x6qoP

Mój dziadek Józek przez całe życie przyjaźnił się z Kazikiem. Na łożu śmierci dziadek wydukał ostatnie słowa "Muszę iść, Kazik po mnie przyszedł", po czym zmarł. Dzień później okazało się, że Kazik zmarł parę minut przed dziadkiem. Zawsze gdy to wspominam przechodzą mnie ciarki.

#Kyta1

Sytuacja miała miejsce bardzo dawno temu. Nie jestem nawet w stanie powiedzieć dokładnie, ile miałem wtedy lat. Na pewno nie więcej niż siedem. Całą sytuację pamiętam jak przez mgłę, ale często wspomina ją moja mama.

Mieszkam w bloku. W jednej klatce ja z rodziną, a w drugiej moja babcia. Pewnego ranka, gdy moja mama gotowała obiad, powiedziała mi, abym poszedł do babci po jedną główkę czosnku. Ja, dłużej nie czekając, pognałem zrealizować prośbę mamy. Babcia jak to babcia, dała mi tego czosnku oczywiście więcej niż trzeba było. A ja zawsze byłem bardzo posłusznym dzieckiem...

Kiedy wróciłem do mieszkania, zdałem mamie relację, że babcia dała mi dwie główki czosnku, ale mama chciała tylko jedną, więc jedną wyrzuciłem na dworze :D

#Kd66I

Upalny piątek po południu. Po skończonej pracy między mną i szefem wywiązała się krótka, luźna rozmowa. Było spokojnie, do momentu gdy szef spytał: "To jakim autobusem wraca pani do domu?" (tu chodziło mu o numer linii, która jedzie w moją stronę).
Ja (bez zastanowienia) odpowiedziałam: "No mam nadzieję, że klimatyzowanym!".

Uwierzycie mi, pierwszy raz w mojej karierze widziałam, jak ten człowiek zanosi się śmiechem. Myślę, że będzie mi to zapamiętane na długo...

#0u6zR

Czasem mam wrażenie, że ludzie zamiast mózgu mają wiatr w głowie albo chomiki grające w ping ponga.

Sytuacja sprzed kilku lat. Moi rodzice mieszkają na wsi, w związku z tym zawsze mieliśmy psy, żeby nikt nie wchodził bez pozwolenia. Odkąd pamiętam mieliśmy dość „cięte” psiaki, szczególnie nie niektórych, więc może dlatego kilka z nich zostało otrutych przez sąsiadów. Ale nie w tym sens wyznania.

Pewnego dnia chciał wejść do nas sąsiad, upity w 3D, i choć rodzice zawsze mówili KAŻDEMU dookoła, żeby nie wchodzić samopas, a jak już, to strzelić kilka razy bramą (w sensie jak jest luz, to jest ten dźwięk uderzania), on hardo wszedł na posesję. Dwa psy (jeszcze żyjące) od razu do niego doleciały, a ten dekiel, zamiast się wycofać, to jednego z psów kopnął, a w drugiego chciał kamieniem rzucić. Nie zdążył, bo go pokąsały po kostkach i łydkach.
A potem wielkie żale, wyzwiska, że powinny być uwiązane, że niebezpieczne, że taka sytuacja.

Tylko się pytam: skoro jest tabliczka, to ona chyba po coś jest, prawda?

#x2qtz

Mój syn jest strasznie głupi. Od zawsze taki był. Wiecznie czegoś nie rozumiał, nie umiał, pomagałam mu odrabiać lekcje i uczyłam go do sprawdzianów w szkole przez cały okres jego edukacji. Bez mojej pomocy po prostu nic mu nie wychodziło, nawet jak się starał. Do tego korepetycje oczywiście. A maturę ledwo zdał, za drugim podejściem. Jeśli ktoś o to zapyta - tak, badałam syna, kilka razy dla pewności, jest zupełnie zdrowy, więc jego niska inteligencja nie jest spowodowana chorobą.

Syn obecnie ma 20 lat. Nie było opcji na żadne studia, więc zaczął pracować. Niestety ja mam już go dość. Wiem, że nie wypada tak mówić o własnym dziecku, ale mimo tego, że bardzo go kocham, wciąż czuję, jakbym miała do czynienia z 5-latkiem. Syn jest strasznie naiwny. Ostatnio niewiele brakowało i wziąłby kredyt-chwilówkę, bo nie zrozumiał, że całą tę kasę + odsetki trzeba później spłacić. Z pracy ostatnio też prawie wyleciał. Pracuje jako kelner i nawet z tym sobie nie radzi, bo zapomina co miał zrobić, myli zamówienia i jest strasznie niezdarny. Nigdy nie był maminsynkiem, zawsze z mężem staraliśmy się go dobrze wychować. Pomagaliśmy mu kiedy trzeba było, gdy popełniał błędy, tłumaczyliśmy mu, a za złe zachowanie zawsze wyciągaliśmy konsekwencje typu kara na komputer albo konieczność pomocy w domu, natomiast za dobre zachowania nagradzaliśmy. Nie wiem dlaczego mimo tego taki jest. Nie chcemy z mężem, aby wiecznie z nami mieszkał, bo sam sobie nie umie poradzić, ale chyba nie mamy wyjścia. Próbowaliśmy z nim rozmawiać na temat jego przyszłości, ale jemu się wydaje, że jest wszystko w porządku. A w rzeczywistości ma problem, żeby iść na pocztę i odebrać przesyłkę, zadzwonić do banku albo chociaż zarejestrować się do lekarza. Coraz mniej mu pomagamy w takich sprawach, aby nauczyć go zaradności, ale jak zwykle kończy się na tym, że on się obraża na cały świat, bo nie wie co ma na poczcie powiedzieć, gdy chce odebrać przesyłkę. Mam tego już naprawdę dość, bo trzeba go ciągle pilnować, aby nie zrobił jakiejś głupoty. Ostatnio znalazł sobie w końcu jakieś zainteresowanie, mianowicie z kolegą nagrywają rap, ale niezbyt mi się to podoba. Już dwa razy byłam świadkiem, jak jego kolega naciąga go na pieniądze, a ten jak zwykle daje. A potem przychodzi i pyta mnie co ma zrobić, skoro kolega mu nie oddał. Na moje tłumaczenia, aby po prostu już więcej mu nie pożyczał albo nawet poszedł na policję, mój syn stwierdza, że bez tego kolegi on nie zostanie raperem, więc jednak nic z tym nie zrobi. No ręce opadają.
Dodaj anonimowe wyznanie