Dobiegam czterdziestki. Mam dobry kontakt z mamą, a z ojcem prawie wcale. Ojciec bił mnie i na jednym klapsie kończyło się tylko wtedy, gdy mama była w pobliżu. Mama zawsze mnie broniła, ale nie zawsze widziała, co się dzieje. Kiedyś nienawidziłam ojca, obecnie jest mi obojętny. Kiedy odwiedzam mamę i go zastanę, rozmawiam z nim jak z obcym człowiekiem, chociażby widywanym rzadko sąsiadem.
Kilka dni temu mama poprosiła, żebym złożyła ojcu życzenia urodzinowe, bo brakuje mu kontaktu ze mną, a będzie okazja do rozmowy.
Sama nie wiem, czy chcę z nim rozmawiać. Siostra mówi, że powinnam całkowicie zerwać z nim kontakt i tak jak ona widywać się z mamą poza ich domem.
Przyjaciółka radzi mi spróbować, bo może przemyślał, co mi zrobił i po latach chce się pogodzić.
Mąż dał mi radę, do której najbardziej się skłaniam, czyli poczekać do moich urodzin. Są dwa tygodnie po urodzinach ojca. Jeżeli to naprawdę inicjatywa ojca, a nie pomysł mamy na zjednoczenie rodziny, sam zadzwoni do mnie.
Myślę, że jednak nie zadzwoni, a jeśli jednak, będę miała kolejny dylemat, bo pojednanie pojednaniem, ale nie zgodzę się, żeby miał kontakt z moimi dziećmi.
Nie potrafię wybaczyć mojej matce tego, co robiła mi w dzieciństwie. Dla obcych była super miła i urocza, ale w domu wychodził z niej prawdziwy potwór. Biła mnie, przeklinała i krzyczała. Kiedy płakałam, wmawiała mi, że to moja wina. Kiedyś, kiedy chciała mnie uderzyć, uciekłam do łazienki i zamknęłam drzwi. Ona zaczęła się strasznie drzeć i pobiegła do garażu, by wziąć śrubokręty ojca i odkręcić zamek. Na szczęście wszystko usłyszała babcia i odepchnęła mamę i zabrała mnie do swojego pokoju, gdzie ukryłam się za fotelem.
Była również niezwykle nadopiekuńcza i do 16 roku myła mnie w wannie. Krępowałam się być z nią nago, ale nie miałam wyjścia. Każde sprzeciwienie się kończyło się krzykami. Kiedyś kazała mi wąchać brudne gacie po tym, jak krew z miesiączki wylała mi się na nie. Była bardzo nerwowa i uważała, że muszę być idealna. Mam autyzm i jestem niesamowicie słaba z matematyki. To bardzo drażniło moją mamę. Kiedy nie potrafiłam po drugiej próbie odpowiedzieć na odpowiedź, to biła mnie po plecach lub tyłku i robiła aferę na cały dom. Ale to nie była moja wina, że nie potrafię odpowiedzieć na pytanie z matematyki – po prostu byłam z niej słaba i tyle. Po pierwszej złej odpowiedzi tłumaczyła mi, po drugiej krzyczała i przeklinała, po trzeciej już nie wytrzymywała psychicznie i biła.
Wciąż mieszkam z moją mamą, mam 23 lata i przez mój autyzm problem z utrzymaniem pracy. Mama się zmieniła, już nie bije, tylko czasami mocno krzyczy i przeklina. Pomogła mi uzyskać orzeczenie o niepełnosprawności i wspierała mnie w ciężkiej depresji. Zaczęłam ją kochać i nasze relacje się poprawiły, ale jakoś po prostu nie mogę wybaczyć jej tego, co robiła mi w dzieciństwie. Mama dba o mnie, kupuje mi to, czego chcę i pomaga mi finansowo, jestem jej za to niesamowicie wdzięczna, kocham ją i chcę dla nas dobrze, ale kiedy głębiej się zastanowię, to pomimo całej wdzięczności za to, co dla mnie robi, nie mogę jej w pełni wybaczyć.
Nie wiem, czy jestem niewdzięczna, czy to dobrze, że nie mogę jej wybaczyć, bo nie powinno się bić dziecka. Moja mama pochodzi z biednej wielodzietnej rodziny, musiała od dzieciństwa pracować na roli, była najstarsza z rodzeństwa i musiała się wszystkimi siostrami i braćmi zajmować. Ale nie wiem, czy trudne wychowanie to to, przez co mnie tak źle traktowała. Mam 23 lata i wciąż nie mogę się pozbierać, by się wyprowadzić, u nas wokoło same wsie, a najbliższe małe miasteczko jest godzinę drogi autobusem.
Mam kota, którego nie chcę zostawić samego, więc muszę liczyć się na dodatkowe koszty, by utrzymać go w bloku (jest to dziki kot, którego ciężko utrzymać w domu).
Jestem pewna siebie, umiem stawiać granice, mam dystans do siebie, odpowiednie poczucie własnej wartości, kocham i akceptuję samą siebie, mam poczucie humoru. Wydaje się, że taka osoba powinna być ogólnie lubiana i mieć dużo znajomych. Nie mam. Zazwyczaj gdy próbuję poznać kogoś nowego, to albo ma już swoją paczkę znajomych, albo nie odpowiada mu charakter (pewnie często to, że nie pozwalam sobie na przekraczanie moich granic). Jednakże gdy już mi się uda zakumplować z jakąś dziewczyną, to często są zazdrosne o mój wygląd (jestem uważana za atrakcyjną 17-latkę) i widzę to po ich zachowaniu, np. często próbują mi „dosrać” jakimś komentarzem na temat mojego wyglądu lub myślą, że będę próbowała odbić im chłopaków (podczas gdy nawet z nimi nie rozmawiam), ogólnie traktują mnie jako konkurencję. Z kolei chłopacy, gdy już się ze mną zakumplują, to w dużej ilości przypadków proponują mi związek. Mam dość bycia postrzegana tylko ze względu na wygląd. Czemu nie może mnie ktoś polubić za charakter?
W piątej klasie podstawówki razem ze znajomymi poszliśmy kolędować przed Bożym Narodzeniem po domach. Dużo sobie żartowaliśmy, w pewnym momencie, jak mieliśmy przerwę, nie mogliśmy opanować śmiechu, koleżanka rzuciła tekstem: „Zaraz się zsikam ze śmiechu”, a wtedy ja faktycznie się zsikałam. Na domiar tego weszłam jeszcze w psią kupę i nie dość tego, że śmierdziałam moczem, to jeszcze psim gównem. Do końca kolędowania trzymałam się z tyłu, by inni nie wyczuli.
Kompletnie nie potrafię rozróżnić ładnego człowieka od brzydkiego. Poważne. Koleżanki, którym to mówiłam, nie chcą mi wierzyć. A dla mnie ktoś musi mieć naprawdę rażąco „inną” twarz, żebym mogła stwierdzić, że jest brzydki. Kiedy przez cały okres szkolny koleżanki rozmawiały o tym, który to z chłopców jest najprzystojniejszy, ja zawsze siedziałam cicho i nie wiedziałam w sumie, dlaczego akurat on. Dla mnie prawie wszyscy są tacy sami, na takim samym poziomie piękna.
Ostatnio, kiedy „spodobał mi się” pewien człowiek (pokochałam jego opiekuńczość, poczucie humoru i to, że był niebywale miły) przyjaciółka chciała, abym jej pokazała, który to. Pokazałam jej zdjęcie, wyśmiała mnie, że zasłużyłam na ładniejszego.
A z kobietami to w ogóle jest kosmos, tutaj kompletnie nie rozróżniam nic, nie jestem nawet w stanie stwierdzić, czy ja sama jestem atrakcyjna.
Cóż, przynajmniej mam pewność, że jak pokocham, to za charakter.
Zawsze byłam cicha i zamknięta. Na studia wyjechałam do dalekiego miasta, nie znając nikogo. W akademiku trafiłam do budynku, w którym mieszkali studenci z zagranicy (wymiany i nie tylko). Chcąc nie chcąc musiałam komunikować się z nimi po angielsku i wtedy odkryłam, że gdy jestem w „trybie” anglojęzycznym, jestem lepszą wersją siebie. Łatwo nawiązuję kontakty, swobodnie się czuję i jestem szczęśliwsza. Nawiązywanie kontaktu z polskimi rówieśnikami po polsku jest dla mnie niesamowicie trudne. Brak tematów, niezręczna cisza. Nie potrafię się zintegrować z grupą na studiach, nawiązywać bliższych kontaktów niż: „Hej! Co tam?” na korytarzu. Umawiania się z Polakiem i rozmawiania po polsku nawet sobie nie mogę wyobrazić.
Nie potrafię funkcjonować po polsku. Jestem osobą aspołeczną po polsku i duszą towarzystwa po angielsku. Ktoś jeszcze tak ma?
Czy to normalne, że rodzice mojego chłopaka praktycznie ze mną nie rozmawiają? Za każdym razem, kiedy odwiedzam mojego chłopaka, czuję się jak intruz. Jego mama niby mnie lubi, ale kiedy przychodzę do niego, ona najczęściej mnie praktycznie ignoruje. Jak dochodzi do jakieś rozmowy między nami, to jedynie jak jest obok mój chłopak, lecz wtedy zwraca się tylko do niego, nawet jak sprawa dotyczy także mnie. To samo z ojcem. Mam wrażenie, że nie chcą mnie zbytnio poznawać. Jestem im obojętna. Strasznie źle się czuję w ich towarzystwie. Mówiłam o tym mojemu chłopakowi. Odpowiedział, że oni tacy są. Zauważyłam jednak, że do kolegów i koleżanek mojego chłopaka są bardziej otwarci. Nie wiem, co robić. Czy to ze mną jest coś nie tak?
Kiedyś w trakcie sprawdzianu z historii miałam megaorgazm, bo tak mocno ścisnęłam uda, żeby się nie zesrać. Przycisnęło, a wyjść z sali się nie dało, bo test.
Przynajmniej się nie zesrałam.
Wszystkim znajomym powiedziałem, że wyjeżdżam na pół roku do pracy za granicę, a tak naprawdę jutro idę do więzienia.
Wczoraj podczas rozmowy telefonicznej z przyszłą teściową usłyszałam: „Kocham cię, kocham was, będzie dobrze, dacie radę”, po czym zapadła cisza.
Było to podnoszące na duchu, ale i też było to jak cios w policzek. Moja własna mama nigdy mi tego nie powiedziała.
Dodaj anonimowe wyznanie