Czy słusznie odczuwam dyskomfort?
Powiedziałbym, że nienawidzę mojej siostry, choć nie wiem, czy nie przesadzę tak radykalnym określeniem. Nie lubię jej, czuję do niej niechęć, nie mam z nią wspólnych tematów, jedynie część życia. Jest moim dosłownym przeciwieństwem, w dodatku wykazuje cechy, których nie toleruję, nie trawię i przez które ciężko mi ją szanować. Oboje jesteśmy już teoretycznie dojrzałymi ludźmi przed trzydziestką, a jednak mam wrażenie, że ona pod względem kultury, zorganizowania, ogłady zatrzymała się gdzieś w gimnazjum. Jest wulgarna, niepunktualna, pali zioło, chleje alkohol, spotyka się ze znajomymi o ciekawych godzinach typu 2-3 w nocy 100 kilometrów od domu, jednocześnie obraża się na ojca, gdy ten nie da jej pieniędzy na takie wyjście – zwykle prosi o nie mniej niż kilkaset złotych. Niedawno zerwała ze swoim chłopakiem, który dostał wyrok za bardzo poważne pobicie. Minęły dwa dni, ma już kolejnego, planują ślub (znali się od dawna, po prostu od niedawna są bliżej, ale i tak dla mnie to śmieszne). Niezależnie, czy wyjdzie za tego, czy za jeszcze innego, ja wiem, że gdy dostanę zaproszenie, zwyczajnie nie pójdę.
Niedawno mój szef szukał pracownicy na stanowisko biurowe. Wiedział, że moja siostra jest po studiach administracyjnych, mnie ocenił jako świetnego, bezproblemowego pracownika i zapytał, czy może ona by się nie nadała. Myślałem długo co odpowiedzieć, był zdziwiony moim brakiem zdecydowania. Ostatecznie powiedziałem, że nie, nie uważam, by była dobrym kandydatem na to stanowisko. I mimo że jestem przekonany, że powiedziałem prawdę i postąpiłem słusznie, no, jednak piszę to wyznanie, a więc jakaś część mnie nie jest do końca przekonana.
Czuję, że jakieś wewnętrzne poczucie lojalności wobec stada okłada mnie kijem ilekroć podejmę decyzję nie na rękę osobie, której nie trawię, nie lubię, nie szanuję i w której nie widzę dużej wartości, ale z którą mimo wszystko łączą mnie więzi rodzinne. Nieprzyjemnych dla mnie sytuacji wynikających z jej kilku negatywnych cech, które przytoczyłem, było naprawdę wiele, jednak nie chcę Was zanudzać. Zwyczajnie czuję się dziwnie z tym, że osoba, z którą dorastałem, jest tak odmienna ode mnie, tak obrzydliwa, że nie potrafię jej nawet choć trochę lubić. Nie uważam, że ja jestem idealny, mam wady, ale pracuję nad nimi. U niej tego nie ma, wręcz przeciwnie, z wiekiem wad przybywa. Nie ma pracy, za to ma nałogi, wiecznie sieje ferment w rodzinie, nie może być chwili spokoju. Zero odpowiedzialności za siebie, za własne finanse, za własną karierę, nawet za atmosferę dookoła niej. Najchętniej bym się od niej odciął i czuję, że tak się to skończy. Po prostu przestanie dla mnie istnieć, przestanę odbierać telefon, odpowiadać na pytania o podwózki, pożyczki, przysługi, w zamian dostając jedynie nerwy i rozczarowanie.
Zawsze śmiałem się, czytając wyznania o osobach, które zostały oszukane przez dupę.
Już się nie śmieję. Mam nauczkę.
Przeglądając ostatnio swoje zdjęcia ze chrztu, zauważyłem coś bardzo ciekawego.
Mój chrzestny, który mnie trzymał, ustawił mi tak palce, że pokazywałem księdzu środkowy palec.
Takie tam trochę anonimowe wyznanie.
Zacznę od tego, że mam chłopaka. Jest dwa lata młodszy ode mnie. Poznaliśmy się przez wspólną znajomą w grudniu zeszłego roku, jednak aż do maja byliśmy tylko znajomymi. Potem zaczęły się wiadomości po nocach, rozmowy, śmiechy, żarty, idealne początki związku. Dzieli nas spora odległość, jednak on przyjechał do mnie na wakacje. Spędził u nas trochę czasu, poznał moją mamę, mojego brata i część „przyszywanej” rodziny. Potem sytuacja się odwróciła i to on gościł mnie. Podczas obu odwiedzin było nam razem dobrze, spędziliśmy razem czas na rozmowach, filmach, przytulaniu i nie tylko... Ideał, prawda? Jedynym problemem jest to, że obaj jesteśmy facetami. Żeby było zabawniej, ja jestem Bi, on do momentu spotkania mnie uważał się za heteroseksualną osobę, nie miał wcześniej nikogo poza jedną dziewczyną i jak sam twierdzi – zawróciłem mu w głowie (pozytywnie oczywiście).
Moja bardzo konserwatywna rodzina nie sprawia, że mam ochotę powiedzieć im o swojej orientacji oraz o tym, że „kolega”, który do nas wpadł w odwiedziny, to mój chłopak. Podobnie sprawa wygląda u niego.
I tak sobie żyjemy, ciesząc się sobą i licząc na to, że kiedyś wszystko się ułoży.
Pozdrawiam Anonimowych. Życzcie nam szczęścia.
Sytuacja miała miejsce dzisiaj. Wracałam z pracy tramwajem i pochłonęła mnie książka, ale na pewnym przystanku podniosłam wzrok i zobaczyłam starszą kobietę, która ledwo co mogła wejść. Ludzie pomogli jej, ja wstałam, zeszłam schodek niżej i ustąpiłam jej miejsca. Niestety, jak się potem okazało, staruszka ma stwardnienie rozsiane, nie może chodzić po schodach.
W końcu ktoś poprosił inną kobietę, żeby ustąpiła miejsca i kobieta usiadła sobie, zaczynając mówić o swoich problemach… Praktycznie miałam łzy w oczach, kiedy powiedziała, że pomagał jej jedynie wózek, który jacyś gówniarze ukradli na złom (nie wiem co ludzie mają w głowach, naprawdę). Jak już praktycznie wysiadałam, dodała jeszcze: „Najważniejsze jest to, że nie przytrafiło się to mojej córce i wnuczce. Tego bym już przeżyć nie mogła...”.
Życzę tym gnojom, żeby kiedyś to im ktoś zabrał coś, bez czego nie mogliby normalnie funkcjonować.
Krótko mówiąc: mój mąż po ulubionym obiadowym daniu składającym się z chrupiącego schabowego, pysznych ziemniaczków i wyborowej surówki... dostaje erekcji! Zauważyliśmy to już nie pierwszy raz.
Spokojnie... na mój widok też tak reaguje, więc nie wyżalam się tu :P
Na weekendzie może jakaś restauracja... Zobaczymy, czy też mu tam posmakuje... :D
Jestem strażakiem w pewnym dużym mieście na terenie Śląska. Niejednokrotnie jeździłem do pożarów, ale ten był chyba najbardziej komiczny w mojej „karierze”.
Pewnego poniedziałkowego ranka około godziny 8.30 dostajemy wezwanie. Syrena wyje, ja ledwo dobiegam i jakoś załapałem się na wyjazd. Jedziemy, ze zgłoszenia dowiedzieliśmy się, że mamy styczność z pożarem lasu. Dojeżdżamy do miejscowości 20 km dalej, na miejscu 30 zastępów i 2 cysterny + kilka samolotów.
Walka była trudna, ale w końcu pożar zażegnany. Zbieramy się do wozu, ale ZARAZ! Z lasu słychać jakiś krzyk! Bierzemy torbę medyczną i biegiem na miejsce. Dobiegamy, i co zastajemy? Parkę, która postanowiła zabawić się w lesie...
Nie wiem kto miał większego buraka na twarzy. My czy zabawiająca się na kocyku parka...
Mój dziadek przez całe życie idzie z niesamowicie pozytywnym nastawieniem do ludzi, z życzliwością i pogodą ducha. Do tego można dołączyć poczucie humoru i dystans do samego siebie. Równe 10 lat przepracował w pałacu młodzieży, zajmując się teatrem, ale też organizacją zajęć i opieką nad dziećmi w różnym wieku. Jak sam przyznaje, dzisiaj to pewnie by się jakieś babsko do niego przyczepiło i jeszcze by w pierdlu wylądował, bo kto to widział, żeby dorosły facet bawił się w kółeczku z dzieciakami? A dziadek swoją pracę kochał, znał wszystkie przyśpiewki, zabawy, umiał najbardziej podzieloną grupę zorganizować tak, że dzieciaki nie chciały wracać z rodzicami do domu. Podobno jeszcze długo po skończeniu tej pracy, jak już dziewczynki wyrosły na pannice, to rzucały mu się na szyję na ulicy z okrzykiem: „WUJCIU!”. Jak się już żyje prawie 90 lat, to i historii ma się sporo w zanadrzu.
Spory kawał czasu spędził w harcerstwie i zdarzały się najróżniejsze sytuacje.
1) Mieli na obozie dziewczynę w wieku podstawówkowym, która, jeśli tylko ją coś zdenerwowało albo zestresowało, to dostawała histerii. Takiej z krzykiem, piskiem, płaczem, rzucaniem się po ziemi. Nikogo nie atakowała, a i koleżankom zazwyczaj szybko udawało się ją uspokoić. Jednak któregoś dnia dziewczyny przybiegły do dziadka jako opiekuna grupy poinformować, że koleżanka za nic nie daje się uspokoić, leży w namiocie, wrzeszczy w poduszkę i chyba powoli zaczyna się zapowietrzać. Dziadek w te pędy poleciał do namiotu i oceniwszy sytuacje jako złą... Zasadził siarczystego, pięciopalczastego klapsa prosto w tyłek histeryczki. Efekt? Zaraz się uspokoiła, wysapała: „Dziękuję”, a dalej już zajęły się nią koleżanki. Dziadek potem doszedł do wniosku, że w sumie głupio mu – po pierwsze był przeciwnikiem używania bicia jako metody wychowawczej, po drugie to w końcu obce dziecko, jakaś kontrola mogłaby się przyczepić... Poszedł ją przeprosić i zapytać, czy żywi urazę. Uścisnęli sobie ręce na zgodę, kiedy dziewczyna stwierdziła, że nie. Przez resztę obozu było spokojnie, nikt nie robił problemów. Dzisiaj byłby kryminał ;)
2) Grupie chłopców nie chciało się przechodzić przez cały obóz, więc potrzeby fizjologiczne załatwiali pod lasem. Jak któregoś na tym opiekunowie złapali, to dostawał różne mało lubiane zajęcia za karę, no ale ciężko było non stop za nimi ganiać. Aż tu któregoś dnia miała być kontrola. Podczas gdy reszta obozu była zajęta ogarnianiem obozu, dziadek zorganizował wyżej wspomnianą grupkę na tzw. zbieranie kaktusów. Dość powiedzieć, że podobno była z tego kupa śmiechu, ale nikt nie protestował, ba, słowem nie pisnął nawet synalek jakiegoś kuratora, który zazwyczaj się chwalił, co to on nie jest. Porządek był, grupa zadowolona, kontrola zadowolona, wszystko cacy. Takie rzeczy tylko za PRL-u :P
Niedawno wyszłam za mąż za wpływowego człowieka. Jest między nami 15 lat różnicy, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Mąż ma znajomych, których żony zazwyczaj dopiero skończyły 20 lat i należą do tych niezbyt rozgarniętych życiowo, jeżeli wiecie, co mam na myśli. Mój mąż bardzo mnie kocha, jest to bardzo ważne w tym wyznaniu, ponieważ chciałabym uniknąć nieprzychylnych komentarzy na jego temat. Nie oceniajcie go po tej jednej sytuacji.
Mój małżonek wstydzi się inteligentnej kobiety. No dobra, może nie do końca wstydzi, raczej boi się, że nie odnajdę się w towarzystwie reszty żon, które zazwyczaj spędzają ze sobą dużo czasu, kiedy ich mężowie spotykają się na drinka, dlatego prosi mnie, abym była cierpliwa, bo one już tak mają. Na początku nie miałam nic przeciwko, przecież nie musimy od razu się przyjaźnić. Z czasem jednak coraz bardziej zaczęło mi przeszkadzać, że mój mąż rozmawia o poważnych sprawach, podczas gdy ja muszę słuchać o kolorach, psach, kwiatach i takich pierdołach. Prosiłam męża, aby pozwolił mi chociaż trochę spędzić czas z jego znajomymi, jednak on był bardzo niepewny i w końcu się nie zgodził. Wtedy naprawdę się zdenerwowałam. Stwierdziłam, że skoro wstydzi się mądrej, pracującej żony, to nie będzie takiej miał wcale. Zbliżał się wieczór pokera u nas w domu, więc była to idealna okazja do pokazania mężowi, co myślę o tych jego zasadach.
Znajomi się zebrali, wpakowali do salonu i rozpoczęli grę. Odstawiłam się jak stróż w Boże Ciało, wychyliłam się zza drzwi i spytałam delikatnie, czy byłby problem, gdybym popatrzyła na grę. Mąż już chciał mnie odprawić, ale jeden z nich zaproponował mi miejsce przy stole. Podczas całego spotkania śmiałam się dosłownie ze wszystkich żartów, robiłam głupie miny, uśmiechałam się nawet podczas poruszania poważnych tematów. Nazywałam męża PIMPUSIEM! Kulminacja nadeszła, gdy przyjaciel męża spytał, czy będziemy kupowali żywą choinkę na święta. Przysięgam, idę po Oscara w przyszłym roku za tę rolę: „AHAHAHA! GŁUPIŚ! Żywa choinka! Przecież choinka nie ma nóg!”. Ta cisza, te miny, to przerażenie mojego męża. Nie musiałam specjalnie udawać histerycznego śmiechu, bo ich miny były dodatkowym czynnikiem, przez który nie mogłam się uspokoić. Koniec końców wyszłam z salonu, odczekałam chwilę, weszłam ubrana już normalnie i wytłumaczyłam swoje zachowanie. Od tamtej pory znajomi męża mają do mnie zupełnie inne nastawienie, a i mąż nie boi się mnie wprowadzić w poważniejsze rozmowy. Pozostałe kobiety myślą, że owinęłam sobie wszystkich wokół palca. Żadna nie wie :)
Dawno temu, w liceum, miałam paczkę znajomych, dwoje z nich było dla mnie takimi prawdziwymi przyjaciółmi. Lata mijały, paczka się rozpadła, i tylko nasza trójka trwała.
Piotrek był przyjacielem wspaniałym, zawsze był dla mnie i vice versa. Leczyliśmy razem złamane serca i zacieszaliśmy z nowych zauroczeń. Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy poznałam mojego męża. Nasz kontakt osłabł, Patka (przyjaciółka) też czasu mieć za dużo nie miała – dzieci, dom, praca. Tym bardziej zastanawiało mnie, dlaczego Piotrek nie ma dla mnie czasu. Ciągle wymawiał się szkoleniami, pracą, urlopem. Rozumiałam, nie mieliśmy po 16 lat.
Kiedy zamieszkałam z moim chłopakiem (teraz mąż), Piotrek nagle się pojawił, bez zapowiedzi. Chciał pogadać. No i wyznał mi po wielu latach, że mnie kocha. Że widzi, że za późno, że jestem szczęśliwa, i dlatego stara się układać sobie życie beze mnie.
Przez kilka dni bardzo to przeżywałam, wmawiałam sobie, że to moja wina, że Piotrek jest nieszczęśliwy przeze mnie. Mąż oczywiście znał mnie dobrze, więc po naciskach z jego strony, powiedziałam prawdę. Mąż wie, że nigdy bym Piotrka nie pokochała, był dla mnie jak brat, tym bardziej że moje serce było już zajęte. Piotrek wyjechał, nie utrzymujemy kontaktu. Ja nie pisałam, nie zrobiłam żadnego ruchu w jego stronę, choć do tej pory bardzo mi go brakuje. Czasem Patka powtórzy o nim jakieś plotki i tyle.
Czytam tu czasem wyznania o friendzonie itp. Nie czekajcie chłopaki/dziewczyny tyle czasu. Nie warto. Jeśli ma coś być, to będzie, jeśli nie, to skończy się, trudno, zostaną wspomnienia. Piotrek czekał wiele lat, a może gdyby powiedział wcześniej, to byłabym z nim. Nikt tego nie wie. Ale happy endu z takiego kiszenia tajemnicy nigdy nie ma.
Dodaj anonimowe wyznanie