Wyjazd za granicę. Chęć zmiany swojego życia. Praca, miłość, dziecko. Myślałam, że uda mi się uciec od przeszłości. Od ciągłych awantur z ojcem alkoholikiem. Od cierpienia, które przeżywałam każdego dnia, patrząc na łzy mojej mamy. Nie mogłam nic zrobić, moje prośby, błaganie, żeby zerwał z nałogiem były bez skutku. To uczucie bezsilności i załamania towarzyszyło mi przez całe dzieciństwo. Wracając ze szkoły do domu, modliłam się, żeby tata chociaż dziś był trzeźwy. To uczucie wstydu, kiedy koleżanki śmiały się z pijanego ojca leżącego w rowie... Zaczęłam go nienawidzić, chociaż ciągle go kochałam i wiedziałam, że zrobiłby dla mnie wszystko. Niestety, dla alkoholu jeszcze więcej... Ale poznałam M. i zakochałam się na zabój. Był przeciwieństwem obrazu wzorca mężczyzny, jaki wyniosłam z domu. Dobroduszny, opiekuńczy i co najważniejsze – bez nałogów. Nieplanowana ciąża, ale i wielka radość. Przecież mój ukochany mnie nigdy nie zawiedzie... I przypadkowo przeczytany SMS do niego, którego treści wolałabym nigdy nie poznać. On bierze amfę. Wcześniej też to robił, nawet handlował tym gównem. Konkluzja? Teraz mieszkam z małym dzieckiem za granicą, z partnerem ćpunem i strachem o moją mamę żyjącą z alkoholikiem.
Kocham ich obu i nienawidzę jednocześnie. Bo wiem, że zrobiliby dla mnie wszystko. Ale dla używek jeszcze więcej...
Historia rozpoczyna się, gdy chodziłem jeszcze do przedszkola. Zawsze gdy nadchodziły ferie zimowe czy też wakacje, to rodzice najczęściej zawozili mnie do dziadków, gdzie zawsze czekał na mnie mój kuzyn.
Bardzo lubiliśmy się ze sobą bawić. U dziadków były duże plastikowe klocki (nie LEGO), a mój kuzyn często przywoził kolejkę. Pamiętam, że zabawa w budowanie mostu pomiędzy dwoma regałami czy też robienie tunelu nigdy nam się nie nudziły. Do czasu, gdy nastała nuda, kiedy pewnego razu kuzyn nie przywiózł kolejki. Szukaliśmy więc innej zabawy. Graliśmy w karty, chińczyka, warcaby, ale i to nam się szybko nudziło.
Wpadłem więc na pewien dziwny pomysł.
Dla jasności – mój kuzyn jest ode mnie starszy o jakieś 4 lata (wtedy był w podstawówce), więc mógł się nie zgodzić na moją zabawę, ale jednak to zrobiliśmy.
U dziadków nie było tak, że kąpaliśmy się osobno. Babcia wolała wykąpać nas razem, z racji oszczędności wody. To właśnie wtedy zaczął przychodzić mi ten pomysł.
Zanim poszliśmy spać, spytałem kuzyna, czy pobawimy się w nocy w szalonego doktora, który sprawdza pacjenta. Wtedy to spytał się mnie, co mu będę sprawdzać. Niewiele myśląc odpowiedziałem mu: „Sprawdzę, jak często pierdzisz”. Omówiliśmy jeszcze przebieg badania i już wszystko było gotowe.
No i się stało. Ja pod kołdrą z włączoną latarką z nosem przy jego rowie (oczywiście odsłoniłem mu księżyc dla lepszego efektu badań). Co chwila pytałem: „Pierdłeś już?” lub też oznajmiałem, że nic nie czuć. Kiedy on mi oznajmiał, że zaraz włączy gaz, to kierowałem latarkę na otwór, by zobaczyć, jak się otwiera (czy w ogóle tak się dzieje). Później zrobiliśmy eksperyment, jak długo wytrzymam z nosem w jego rowie z włączonym gazem.
Cóż, nie mogę uwierzyć, że się tak bawiliśmy. Na szczęście później nie wracaliśmy do tego.
Ciekawe, czy on ma to jeszcze gdzieś w swojej świadomości?
Na ostatniej lekcji religii ksiądz zadał mojej klasie zadanie domowe – napisać, czemu posiadanie nieślubnego dziecka jest ciężkim grzechem. Niby nic trudnego – przez wcześniejsze czterdzieści minut rowodził się nad tym, jak to takie rodziny powinno się tępić i wykluczyć z grupy chrześcijan, więc odpowiedzi mieliśmy podane jak na tacy.
Nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że moi rodzice nie mają ślubu, a ja przez całe zajęcia siedziałam spięta jak na tureckim kazaniu...
Za czasów studenckich, aby sobie dorobić, postanowiłem sprzedawać własnoręcznie kręcone fajki.
Mieszkałem w akademiku, gdzie wszyscy się znali i każdy wiedział do jakiego pokoju po co iść. Miałem zaufanie do moich znajomych z segmentu, więc często zdarzało się, że nie zamykałem pokoju wychodząc gdzieś na przysłowiowe pięć minut.
Po jakimś miesiącu zauważyłem, że znikają mi fajki, a hajs się nie zgadza... ktoś je po prostu kradnie (zawsze miałem nakręcone więcej). Przyczaiłem kolegę, który brał jak swoje fajki, które posiadałem na sprzedaż. Postanowiłem się zemścić i ukręciłem najbardziej zbitego i obrzydliwego papierosa. Pomagało mi dwóch przyjaciół i tak w skład tego zacnego fajka wchodził: tytoń, koza z nosa, włosy łonowe, paznokieć, włosy z nosa, „ostatnia kropelka”, „ukulaniec” z pępka i na koniec kolega przetarł ustnikiem po swoich gołych czterech literach... Teraz wystarczyło czekać.
Po dwóch dniach zauważyłem, że tego „giganta” nie ma, uradowany poinformowałem przyjaciela. Okazało się, że kolega wziął tego szluga przy nim i po raz pierwszy zapłacił. Zapłacił też za wcześniejsze fajki... po czym odpalił papierosa.
Nie mógł uciągnąć tego fajka samemu, więc stojąc z innymi ludźmi, zaczęli palić po „studencku”, czyli trzy buchy i podaje dalej... Tym fajkiem napaliło się sześć osób...
Do dziś nikt poza naszą trójką nie wie, co było w środku, a mnie dręczą wyrzuty sumienia, iż ucierpiały niewinne osoby.
Opowiem wam jedną z najbardziej żenujących, ale i zabawnych historii w moim 19-letnim życiu.
Otóż parę dobrych lat temu, w dzień świąt Bożego Narodzenia, jedziemy na Wigilię do siostry mojej mamy. Tak się złożyło, że po drodze do mojej cioci i wujka mieszka również rodzina mojego taty. Ogólnie rzecz biorąc, nie utrzymujemy aż tak bardzo bliskich kontaktów, no ale że święta, postanowiliśmy ich odwiedzić
Wiedzieliśmy, że wynajmują oni górne piętro (dolne zajmowała inna rodzina) w takim małym domu. Zatrzymujemy auto na podjeździe i razem z tatą wchodzimy do środka (mama wolała zostać w aucie). Po wejściu powiedzieliśmy: „Dzień dobry” i udaliśmy się od razu na górę, nie zwracając uwagi na to, kim są ci ludzi z dołu, wiedzieliśmy tylko, że mieszka tam sobie jakaś rodzinka, ale nigdy nie było okazji ich poznać. Gdy byliśmy już na piętrze okazało się, że w żadnym pokoju nie ma żywej duszy. No ale ja jako mały chłopiec chciałem jeszcze poszukać i zajrzałem do łazienki, a w niej siedzi na klopie, bez majtek, zupełnie mi obcy facet, któremu wszystko widać. Facet (chyba ze strachu) zerwał się na równe nogi i tylko zdołał wypowiedzieć: „Przepraszam”, niestety nie zasłaniając swoich intymnych części ciała. Podejrzewam, że zareagował tak, bo był już jednym z gości Wigilii, która odbywała się na dole oraz pewne nie spodziewał się żadnego dziecka, gdyż na parterze byli sami dorośli.
My z tatą, jak gdyby nigdy nic, stwierdzając, że dziadków (rodziców taty) nie ma w domu, zeszliśmy na dół i powiedziawszy: „Do widzenia” wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy dalej. Cała akcja trwała może parę minut.
Gdzie tu śmiesznie? To teraz wyobraźcie sobie takową historię z punktu tego mężczyzny.
Idziecie sobie na Wigilię do znajomych, rodziny – obojętnie. Musicie iść za potrzebą do toalety. Nagle do ubikacji wchodzi obcy, kilkuletni chłopiec. Mówi: „Dzień dobry” i wychodzi. Wiedząc, że na przyjęciu nie ma dzieci, pytasz się innych ludzi, kim było to dziecko. W odpowiedzi słyszysz od każdego: „Nie mam pojęcia” :D
PS Potem okazało się, że dziadkowie parę dni wcześniej przeprowadzili się gdzie indziej, zupełnie nas o tym nie informując.
PPS Do dzisiaj nie wiem czemu:
– tak z tatą postąpiliśmy,
– czemu facet załatwiał się w łazience na górze,
– czemu nikt z tych gości nie zapytał się nas, kim my w ogóle jesteśmy!
Kojarzycie ten moment w dzieciństwie, kiedy ogarniacie, że mama jest kobietą, a tata mężczyzną? No właśnie :D
Pewnego pięknego dnia znalazłam jakąś książeczkę z obrazkami. Wzięłam ją za kolorowankę i radośnie kolorowałam, leżąc pod stołem. Ale coś mi nie pasowało... Moja mama zastała mnie gapiącą się usilnie na obrazki nagich ludzi, kminiącą, co jest grane.
I dotarło do mnie. TO CHYBA PENIS! :D
Tak więc, owszem, byłam dumna, że odkryłam największa tajemnicę, jaką skrywają mężczyźni, ale jako mały naukowiec-artysta nie mogłam sobie pozwolić na brak potwierdzenia mojej teorii praktyką.
W skrócie? Jak przechodził koło mnie męski członek (he, he) rodziny w spodniach, łapałam go za penisa.
Mam naiwnie nadzieję, że tego nie pamiętają :D
Lata wyśmiewania, obelg i niezrozumienia. Własna matka była w stanie mi powiedzieć, że spasłam się jak świnia. Mąż też potrafił mi się śmiać w twarz podczas kłótni, że jestem gruba albo wyzywać od leni. Ciągła depresja, brak miesiączki, trudności z zajściem w ciążę, zaczątek wdowiego garbu... No po prostu dramat. Były dni, kiedy nie chciałam wstawać z łóżka, leczyłam się na depresję. Gdy poszłam do ginekologa, powiedział mi, że mam przestać chodzić do McDonalda, to okres mi wróci. Kolejny powtórzył to w mniej dotkliwych słowach. Trzeci postawił diagnozę, że to PCOS i mam brać inozytol, witaminę D i będzie lepiej. Nie było. Miałam za sobą specjalistyczne diety: niskowęglową, Dukana, keto, i wiele, wiele innych. Katowałam się na siłowni, byleby schudnąć, ale naprawdę nic to nie dawało i nikt mi nie chciał wierzyć, że naprawdę się staram, ale nie idzie. Po prostu widziałam tylko dno i trzy metry mułu naokoło.
Co się okazało po tych wszystkich latach?
Guz przysadki mózgowej. Uleczalny. Wycięli mi go i w ciągu roku schudłam, nie mam depresji, miesiączka wróciła. Chodzę na terapię małżeńską z mężem i mamy się powoli dobrze. Lekarz uratował mi życie, pomimo tego, że nie było zagrożone, chociaż myślę, że jeszcze kilka lat i pewnie byłabym w grobie. Od lat miewałam myśli samobójcze. To były tak straszne lata... Wiedziałam, że COŚ mi jest, a każdy mnie odsyłał z kwitkiem i mi nie wierzył. Żaden lekarz. Tylko teksty, że wymyślam, jestem przewrażliwiona, taka moja uroda. Własna rodzina mi nie wierzyła.
Nigdy nie sądziłam, że ucieszy mnie diagnoza guza, ale powiem Wam, że ucieszyła. Bo w końcu wiedziałam, co mi jest. Po prostu jestem przeszczęśliwa.
Kiedyś myślałem, że w sklepie samoobsługowym nie ma kasjerów, tylko klient sam sobie nabija towar (sam się obsługuje) i wrzuca gdzieś pieniądze, a właściciel co tydzień odwiedza sklep i je zabiera. Tak oto jako czterolatek zaplanowałem napad na pobliski market, w którym mieli mi pomóc tata i babcia. Na miejscu się boleśnie rozczarowałem.
W wieku 24 lat oświadczyłem się swojej dziewczynie. Byliśmy razem 5 lat, ale znaliśmy się od dawna, była to moja pierwsza poważna dziewczyna oraz pierwsza partnerka.
Miesiąc przed ślubem, świadek w postaci mojego najlepszego przyjaciela postanowił wyprawić mi niezapomniany wieczór kawalerski. A w sumie bardziej weekend niż wieczór. Nie jest ważne w tej opowieści to, gdzie byliśmy i co robiliśmy, a to, że finalnie postanowiłem, że zerwę zaręczyny oraz nie będę się żenić.
Podczas tego wieczoru pozostałych pięciu facetów bawiło się świetnie, każdy z nich starszy ode mnie, jest w stałym, wieloletnim związku. Opowiadali o swoich relacjach z partnerkami.
Jeden z nich stwierdził, że mógłby wraz ze swoją żoną napaść na bank, objechać cały świat, a gdyby była taka potrzeba, pomogłaby mu schować ciało... Kolejny przyznał, że jego narzeczona nieraz już wyciągała go z głupich sytuacji. Zachwalali, jak bardzo mogą polegać na swoich kobietach. W ciągu trzech dni usłyszałem jeszcze kilka podobnych stwierdzeń. W niewybrednych słowach opowiadali, jakie to ich kobiety są dobre w łóżku, że eksperymentują, bawią się, a przy tym dbają też o nich. Poczułem zazdrość...
Dotarło do mnie, że zostałem zmanipulowany, uświadomiłem sobie, że nie ufam narzeczonej, że ona nie lubi mnie, tylko to, co przeze mnie może dostać lub osiągnąć.
Wróciłem myślami do wszystkich sytuacji, w których wyśmiewała mnie, gdy jakiś mały interes, który próbowałem rozkręcić, mi nie wyszedł. A gdy w końcu zaczęło się kręcić i przynosić zyski, ale i problemy, to nie chciała nawet o nich słyszeć. Nigdy nie przyjechała do mnie, gdy do późna w nocy siedziałem i próbowałem dokończyć pracę, choćby po to, by pogadać albo przywieźć kawę ze stacji. Seks trwał tylko do momentu, aż ona doszła. Nie obchodziło jej, że ja jeszcze nie skończyłem... Potrafiła wstać i wyjść z sypialni, zostawiając mnie samego ze sobą. Czułem upokorzenie wiele razy, gdy przy swoich znajomych wyśmiewała moje rzadkie włosy (genetyki nie oszukasz), czułem smutek, gdy leciała na weekend z koleżanką do ładnego miejsca we Włoszech, oznajmiając mi to tylko, ale nie proponując, bym leciał też.
Po tym weekendzie wróciłem do mojego mieszkania (tak, rodzice bardzo mi pomogli) i oznajmiłem jej, że wraca do rodziców. Że ma zostawić kartę kredytową, pierścionek, spakować się i wyprowadzić. Powiedziałem, że jej nie ufam, że jej nie kocham i że ona na mnie nie zasługuje.
Teraz leżę na łóżku, minęło kilka lat. Czuję, że podjąłem najlepszą decyzję w życiu. Firma jakoś się kręci, pracuję dużo za dużo, ale mam też czas, by polecieć w ładne miejsce we Włoszech. Poznałem kogoś, jesteśmy na najlepszej drodze do szczęśliwego związku i... chyba pierwszy raz, tuż przed trzydziestką, czuję motyle w brzuchu i podniecenie na samą myśl o tym, że spotkam się z kobietą.
Dla niektórych może ta historia nie będzie wiarygodna, jednak dla mnie to najlepsza rzecz, jaka mi się w życiu przydarzyła...
W wieku 10 lat poznałam swojego najlepszego przyjaciela. Dokładnie to znalazłam go pod drzewkiem, gdzie był skazany na pewną śmierć... Nie będę go nazywać zwierzęciem, ponieważ dla mnie był kimś więcej...
A moim kompanem okazała się wiewiórka, a dokładniej wiewiór.
W momencie znalezienia miał jeszcze zamknięte oczka oraz był mniejszy od dłoni 10-latki... Wszyscy mówili, że jego szanse na przeżycie są nikłe, bo jak to ma się wychować bez matki? (Jakby ktoś nie wiedział, to wiewiórki karmi się kaszką dla niemowląt)
Jego pyszczek był tak mały, że musieliśmy karmić go strzykawkami...
Jednak po kilku dniach otworzył swoje małe, piękne, czarne oczęta. Wtedy też zaczął chętniej chodzić, a najszybciej człapał do mnie :)
Po pewnym czasie zaczął wychodzić na dwór (mieszkamy przy lesie), ale zawsze pod moim czujnym okiem. Wchodziłam z nim na drzewa, odganiałam od niego ptaki (które wyjątkowo często przy nas latały), chciałam robić wszystko, co zrobiłaby dla niego mama...
Nasz wiewiór niezwykle szybko się u nas zadomowił, później wychodził już sam na dwór, ale zawsze wracał na jedzenie i spanie. Nasz dom był jego domem i on dobrze o tym wiedział.
Żeby udowodnić jak mądrą był istotą, opiszę jak jadł, gdy był starszy...
Zawsze miał dwie miseczki (takie na jajka), w jednej znajdowała się kaszka, w drugiej woda, a obok wszystkiego leżała chusteczka. Ponieważ zawsze gdy jadł musiał się wytrzeć :')
Dzień jego śmierci pamiętam bardzo dokładnie, nie było mnie wtedy w domu... A mój tata nie praktykował tego, że na noc trzeba go wołać... Tej nocy budziłam się kilka razy, ponieważ cały czas śniły mi się koszmary...
A rano tata zadzwonił, że znalazł go pod drzewem...
Tak straciłam najlepszego przyjaciela.
Kogoś, kto nigdy mnie nie osądzał, tylko kochał ponad wszystko.
Dodaj anonimowe wyznanie