Od 1 września pracuję na pocztowym okienku. Dodajmy, że jestem facetem, więc początkowo dla części petentów byłem dość egzotycznym przypadkiem. Jest to moja trzecia praca w życiu. I nigdy, ale to nigdy nie przypuszczałem, że będzie to moja ukochana praca, do której będę biegać z chęcią.
Petenci naprawdę są różni, od prostackich i roszczeniowych chamów, którym wszystko się należy, a pracownik poczty to obiekt do wyładowania nerwów, przez wesołków, do uprzejmych i miłych ludzi, którym uśmiech nie schodzi z twarzy. Ale nic nie przebije pewnej pani, która przyszła zarejestrować kartę SIM. Była starsza i zapomniała lub nie wiedziała, że numer ma już zarejestrowany. Gdy jej to powiedziałem poprosiła, abym poszedł po naczelniczkę, bo ma do niej ważną sprawę. Naczelniczka przyszła, a starsza pani zaczęła wychwalać mnie pod niebiosa, że jestem najlepszym pracownikiem jakiego na poczcie widziała i jeszcze mnóstwo innych pochwał.
Nigdy nie byłem tak czerwony i tak uśmiechnięty. A do wszystkich mieszkańców warszawskich Włochów, którzy korzystają z poczty, powiem krótko: JESTEŚCIE NAJLEPSI :)
Mój brat ma żonę, dzieci, mieszka ze mną oraz rodzicami w dosyć małym domu i... jest okropnym lunatykiem.
W wakacje przyjechała do nas siostra z mężem na dwa tygodnie. Jako że pomieszczeń nie mamy za dużo, oni spali w moim pokoju, a ja w pokoju rodziców na materacu.
Pewnej nocy obudziłam się, ponieważ zobaczyłam, że przyszła do mnie siostra. Strasznie się śmiała, więc spytałam co tu robi.
Otóż spała spokojnie z mężem, kiedy do pokoju wszedł nasz lunatykujący brat i położył się między nimi. Jako że było ciasno, przyszła spać do mnie.
Wyobrażam sobie zdziwienie brata oraz szwagra, którzy rano zamiast żony, zobaczyli siebie nawzajem...
Moi rodzice się rozwodzą. Mam ponad 30 lat, więc nie jest to dla mnie problemem. Zabawne tylko, że tatuś, który zdradzał i oszukiwał moją matkę, twierdzi, że jestem zła, bo stanęłam po jej stronie i właśnie usunął mnie ze znajomych z Facebooka.
XXI wiek...
Facet przed sześćdziesiątką...
Kiedyś myślałam, że lunatykuję, więc żeby to sprawdzić, postanowiłam zastawić na siebie „pułapkę” – przez cały pokój rozciągnęłam taśmę. Jakbym lunatykowała, to byłabym nią obklejona.
Nad ranem wstaję, a taśmy nie ma ani w pokoju, ani na mnie...
Za jakieś 10 minut mój młodszy brat krzyczy, że ktoś obkleił go w nocy taśmą. Śmiałam się przez jakieś 20 minut :)
Mam 19 lat. Kiedy byłam w podstawówce, był to przedział 4-6 klasa, mieliśmy na lekcji historii temat o drugiej wojnie światowej, a dokładniej o ofiarach obozów koncentracyjnych. Moja prababcia brała udział w marszu śmierci (Stutthof).
Nie byłam jakoś lubiana w klasie, a dokładniej miałam miano kozła ofiarnego. Jednak kiedy wspomniałam na lekcji o tym, iż moja prababcia przeżyła mękę w obozie, jeden ze „śmieszków”, a zarazem najbardziej dokuczający mi chłopak, powiedział słowa, które w tamtym czasie nie za bardzo wywarły na mnie wpływ. Byłam małolatą i bardziej przejmowałam się tym, żeby wzbudzić u nich jakąś sympatię wobec mnie niż tym, co mówili o mojej rodzinie.
Powiedział mniej więcej coś takiego: „Szkoda, że twoja babcia wtedy nie zginęła. Wtedy by cię na świecie przynajmniej nie było”.
Nie powiem, smutno mi się zrobiło, ale żeby się nie wyróżniać, zaczęłam śmiać się wraz z nimi.
W drugiej klasie technikum wzięłam udział w konkursie związanym z drugą wojną światową. Popytałam się dziadka, jak wtedy było. Zaczął mi opowiadać o prababci, która już nie żyła, i jej zmaganiach, kiedy przyjechali Niemcy szukać u nich partyzantów. „Zawiązali jej na szyi pętlę i podwieszali na jabłonce, żeby wydała tych biednych ludzi”. Oprócz tego usłyszałam jej historię, kiedy naziści wyprowadzali ich z obozów i prowadzili na śmierć.
Wtedy spojrzałam na to z innej perspektywy.
Życzę Wam nigdy nie doświadczać smutku w oczach waszych dziadków, kiedy pytacie się o wojnę. I lepiej uważajcie na to, co mówicie innym, bez względu, czy kogoś lubicie czy nie. Szanujmy się wzajemnie.
Mam nadzieję, babciu, że teraz masz tam w niebie spokój. Amen.
Sytuacja miała miejsce bodajże w 3 klasie podstawówki. Jako ten „ładnie piszący” mogłem już pisać w zeszycie w linie, z czego zresztą byłem bardzo dumny. Uchodziłem też za dobrego ucznia i śpiewałem na małych akademiach w szkole (przez co pani nazywała mnie Elvis, ha, ha), dlatego czasami niektóre sprawy uchodziły mi na sucho.
Raz na lekcji polskiego pani dała nam polecenie „Opisz ogród wiosną”. Jako bystry, ale leniwy uczeń napisałem: „Ogród wiosną jest tak piękny, że nie da się go opisać”.
O dziwo, mimo że wypowiedź była mało rozbudowana, dostałem 5- :D
Lata temu, w gimnazjum, nadeszła ta najbardziej uwielbiana przez większość lekcja – WF. Już kiedy się przebierałam poczułam, że coś niepokojącego dzieje się z moim brzuchem. Postanowiłam jednak to zignorować. Gotowa do zajęć poszłam na salę gimnastyczną i wtedy nadszedł ten moment... Puściłam bąka i stałam jak gdyby nigdy nic. Po chwili jednak poczułam, co stworzyłam. Szybko uciekłam z terenu minowego z powrotem do szatni.
Siedziałam tam sobie, czekając, aż zapach się ulotni. Nagle wpadły koleżanki i oznajmiły, że chyba szambo na sali wybiło. Wracam na salę, a tam wielkie poruszenie. Wszyscy biegli w stronę wyjścia. Jedynie nauczyciele pośpiesznie otwierali okna. Smród był znajomy. Okazało się, że to wszystko przez mojego bąka...
Tak oto ja i mój bąk ewakuowaliśmy salę gimnastyczną.
Do dziś nikt nie wie, że to byłam ja.
Miałam 17 lat, od pół roku pierwszego partnera i nagle brak okresu... Panika, lament, bo młoda i szkoła... Wizyta u ginekologa – wszystko OK, stres itd. Zaproponował antykoncepcję w postaci spirali. Na początku go zlałam, chciałam tylko wyjść z gabinetu ciesząc się, że nie będę młodą mamą. Kiedy emocje opadły, wróciłam i wyszłam zabezpieczona po szyję.
Po 3 latach czas na wyciągnięcie owej spirali. Nie było wtedy netu, aby poczytać, dowiedzieć się co i jak. Z opowieści koleżanek wiedziałam tylko, że będzie boleć.
Jestem w gabinecie, zaproszenie na fotel, wziernik, doktor mówi, że zrobi znieczulenie. Po chwili odchodzi mówiąc: „Już po strachu, dziękuję”. Wtedy ja podziękowałam, nóżki razem i hop z fotela. Dwa kroki do parawanu, a wtedy doktor mówi: „JESZCZE TYLKO WZIERNIK WYCIĄGNĘ!!!”. On w śmiech, a ja czerwona wróciłam na fotel, no bo jak można nie czuć w sobie wziernika?!
Od jakiegoś czasu próbuję znaleźć pracę. Nie szło mi najlepiej, ale nie poddawałem się.
Dziś, gdy usiadłem przed kompem, on nagle sam „zdecydował”, że się uruchomi ponownie, aby zainstalować aktualizacje... nie pytając mnie o zdanie.
Dlaczego o tym mówię? Ano dlatego, że w chwili gdy się wyłączał, byłem na rozmowie kwalifikacyjnej na Skype...
Nigdy nie narzekałam na to, że starsi ludzie wykonują pewne czynności wolniej. Wolniej odliczają pieniądze przy kasie, wolniej wchodzą czy wychodzą z autobusu itd. Rozumiałam to, w końcu wiek robi swoje, nie ma się co dziwić. Byłam cierpliwa, często nawet spoglądałam z ukosa na sapiących z niezadowoleniem ludzi, którzy swoim zachowaniem ostentacyjnie dawali do zrozumienia, że starzec powinien się pospieszyć. Nie jego wina, prawda? Jednak któregoś razu oniemiałam.
Miałam jechać do innego miasta w pewnej sprawie. Nie mam prawa jazdy, więc zdana byłam na autobus. Wyszłam wcześniej, by wstąpić do sklepu po coś do picia na drogę. Weszłam do środka, stanęłam za pewnym starszym panem. Staruszek poprosił o wodę, po czym zamyślił się głęboko, bo nie pamiętał, co miał jeszcze kupić. „No nic, mam jeszcze całe dziesięć minut, zdążę” – pomyślałam. Stoję w tej kolejce, za mną była jedynie kobieta na oko 40 lat. Dziadek nadal myśli, o coś jeszcze poprosił, dalej myśli, zastanawia się, drapie po głowie, pogrąża się w zadumie. Spoglądam za zegarek – coraz mniej czasu, ale trudno, szkoda mi dziadka, poczekam, na pewno zdążę. W końcu starszy pan dostał wszystko, co chciał. Myślałam, że najpierw zapłaci, by ekspedientka mogła się zaraz zająć innymi klientami, ale nie. Dziadek zaczął pakować zakupy. Najpierw wodę, potem chleb. Coś mu nie pasowało, więc chleb wyjął, wpakował coś innego, następnie znów coś innego, po czym znów wyjął zawartość torby i zaczął pakować od nowa. Nieco mnie to zirytowało, bo gdyby zapłacił najpierw, to sklepowa mogłaby zająć się innymi klientami, a dziadek mógłby spokojnie pakować zakupy, nikt by go za to nie skarcił. I tak pakuje, pakuje, przepakowuje i tak w nieskończoność. Parzę na zegarek – zaraz będzie autobus, następny dopiero za dwie godziny. Pomyślałam, że może zwrócę dziadkowi delikatnie uwagę, by zapłacił, bo w kolejce stoją jeszcze inni. Dziadek mnie uprzedził. Wyprostował się, spojrzał na mnie i na kobietę stojącą za mną i zjadliwym tonem rzekł:
– Młode są, to sobie w kolejce poczekają!
Po czym zamiast zapłacić, po raz któryś zaczął przepakowywać torbę. Krew mnie zalała, powiedziałam półgębkiem, dość nieprzyjemnym tonem:
– Ale autobus nie poczeka…
Dziadka to nie ruszyło, zajął się ponownym pakowaniem zakupów. Na szczęście ekspedientka, słysząc moje słowa, podbiegła szybko do kasy obok (była chyba sama na zmianie, bo nikogo prócz niej nie było), spytała, co chcę kupić, szybko skasowała mi ten jeden napój. Na autobus zdążyłam w ostatniej chwili. Gdyby sklepowa nie podeszła ze mną do innej kasy, musiałabym stać na mrozie, bo mieszkam o tyle daleko od przystanku, że nim bym doszła do domu, musiałabym się już wracać.
Dodaj anonimowe wyznanie