Nie wiem od czego zacząć... Mam 21 lat i nigdy nie byłem w poważnym związku. Ktoś powie, że na wszystko mam czas. No i tak było, tyle, że to wynikało głównie z trudnej przeszłości, przez rodziców, którzy zburzyli mi obraz miłości. Unikałem tego jak ognia, bo nie chciałem być jak oni i potencjalnie zranić drugiej połówki. Nie było mi z tym źle, ale chyba mam kompletnie zniszczone postrzeganie bycia w związku. Myślałem, że to normalne, że przywiązanie, że trzeba walczyć każdego dnia, budować zaufanie i choćby nie wiem jak źle się działo, to starać się naprawiać. Przez to cholernie szybko przywiązuję się do ludzi i walczę o utrzymywanie kontaktów, strasznie boję się strat, bo w przeszłości zawsze kogoś traciłem.
Nastąpił przełom... zakochałem się w najlepszej przyjaciółce, a przez to też ją straciłem. Zaangażowałem się jak nigdy, bo nigdy dotąd nikt nie dał mi tyle, co ona – bliskość, zaufanie i poświecenie uwagi. Wszystko się waliło wokół, ale była ona. Teraz już nie ma i płaczę każdego dnia, żałuję, że wyznałem swoje uczucie. Po raz kolejny okazało się, że miałem rację i kogoś tylko zraniłem. Została tylko jedna wielka pustka, mimo ludzi wokół nikt praktycznie nic o mnie nie wie. Jestem kompletnym wrakiem udającym, że wszystko u mnie w porządku. Zrozumiałem, że miłość to chyba moje największe marzenie i bez tego nic innego nie ma sensu. Mieć kogoś i być dla kogoś.
Zacznijmy od tego, że mam kota. Jest to mega pieszczoch, nakręca się zwłaszcza gdy jest odpychany – przyłazi kolejny raz i jeszcze następny, żeby go miziać.
Dzisiaj nie miałam czasu, zmęczona po pracy walnęłam się spać, totalnie olewając kota i jego zachcianki co do nadmiernej miłości. On też mnie olał... swoją kupą, która idealną stróżką popłynęła w dół mojej twarzy. Niewiele myśląc zaspana chciałam pozbyć się mokrego uczucia na twarzy, więc przejechałam po niej dłonią. No i roztarłam to gówno jak jakąś maseczkę na twarzy. Gdy poczułam smród, od razu zerwałam się na równe nogi i pobiegłam się umyć. Odór kocich odchodów jest ciężko zmywalny, jak i siki...
Gdy wróciłam do pokoju, kot siedział na szafce z dziką satysfakcją w oczach, jakby chciał powiedzieć: „Było miziać, suko”.
PS I tak go kocham ;)
Co uważacie na temat zaburzenia równowagi uczuć w związku. Zawsze będąc w takiej relacji starałem się ją utrzymać na jak najwyższym poziomie. Zawczasu zapobiegać niektórym problemom, aby nie dopuścić utraty drugiego człowieka. Kwiaty bez okazji, różne prezenty, romantyczna randka, aby moja kobieta mogła poczuć się wyjątkowo i ubrać jakąś sukienkę. Długie rozmowy do bladego świtu przy winie. Czułe słowa, że cieszysz się z obecności drugiego człowieka, jak i ogólna chęć dążenia do częstych spotkań. Zapewnienie drugiej połówki, że zawsze na tobie może polegać w różnych sytuacjach. Oraz zapewnienie, że nie musi być zazdrosna o nikogo innego, bo najważniejsza jest ona. Ogólnie to zawsze starałem się taki być i wychodziło mi to bez większych problemów. Jednak moje związki kończą się bez większych powodów i następował okres cierpienia. Znajomi mówią mi, że za szybko pokazuję duszę romantyka i muszę dłużej poczekać z takimi rzeczami. Z kolei inni znajomi twierdzą, iż coś takiego jak zaburzenie równowagi uczuć nie istnieje. Wiem, że jest też zasada niedostępności. W końcu lepiej coś smakuje, gdy nie można mieć tego całego. Jednak będąc w związku, nie chcę grać w jakieś różne gry psychologiczne i robić coś wbrew sobie. Dużo się mówi o tym, jak to kobiety są źle traktowane przez niedojrzałych facetów i po prostu cierpią. Więc co tu nie gra? Po rozstaniu długo walczyłem o ostatnią kobietę, jednak widzę, że jest to bez sensu.
Jest 22:00 i to jest pierwsza noc w nowym mieszkaniu. Z tego co zaobserwowałem, mieszkam w bloku, w którym sąsiedzi to głównie starsi ludzie (ja mam 26 lat). W związku z tym założyłem, że okolica jest raczej cicha.
No ale leżę teraz o tej 22:00, słuchając, jak sąsiadka obok (na oko 80 lat) puszcza Black Sabbath, Led Zeppelin czy Iron Maiden.
Nie mogłem trafić na lepszą „hałaśliwą” sąsiadkę :-D
W moim „domu” zawsze było mnóstwo obelg pod moim adresem, wyzywania, czasem bicia, a wszystko za sprawą alkoholu.
Chciałam tylko wyznać, że pogrzebałam na działce, w zamarzniętej ziemi, mojego najlepszego przyjaciela. Gruby był najcudowniejszym kotem na świecie. Przez 16 lat służył mi jako wierny kompan niedoli i poduszka emocjonalna. Tylko on widział te wszystkie siniaki i łzy przez nie wylane. Słyszał obelgi, często pod naszym wspólnym adresem. To z nim spędziłam wiele wigilijnych wieczorów, racząc się ciepłym mlekiem i szprotkami z puszki.
Mam 20 lat, a od trzech dni nie mogę wrócić do żywych. Chodzę jak w amoku, bo czuję, że odebrano mi cząstkę mnie. Nie mogę spać, nie chce mi się jeść. Dla kogoś to był tylko „głupi kot, jakich wiele”. Dla mnie najlepszy terapeuta świata.
Czy oszalałam, że tak mi smutno?
Miałam 7 może 8 lat, nigdy nie lubiłam jeździć do rodziców mojego ojca, ale nie mówiłam dlaczego, bo się bałam. Za każdym razem kiedy tam zostawałam „mój dziadek” mnie dotykał w miejscach intymnych, kąpał się ze mną, dotykał mnie... Byłam mała i tego nie rozumiałam. W wieku 9 lat powiedziałam o tym mojej mamie, była zdruzgotana po tym, jak się dowiedziała, zgłosiła sprawę na policję, ale oni nic z tym nie chcieli zrobić, bo dziecko to dziecko, dużo mówi... Po tym wszystkim poszła załatwić to po swojemu, do rodziców mojego ojca, którzy wszystkiego się wyparli. Zapomniałam dodać, że „moja babka” doskonale wiedziała, co się dzieje, ale nic z tym nie zrobiła, bo tak było wygodnie... Byłam później szantażowana, że jak będę opowiadać o tym, to stanie mi się coś złego, mój ojciec nigdy mi w to nie uwierzył. Wyśmiał mnie i moją mamę.
Dzisiaj mam 20 lat i nigdy nie uprawiałam seksu, przy jakimkolwiek zbliżeniu powraca do mnie przeszłość, która mnie blokuje, próbuję z całych sił wyprzeć to z pamięci, ale wraca ze zdwojoną siłą, co powoduje wstręt do samej siebie, mimo że nie jestem niczemu winna.
Mam wielką nadzieję, że uda mi się wygrać tę walkę i będę mogła żyć normalnie.
Mieliśmy przygotować, krótkie przedstawienie na lekcje języka angielskiego w parach.
Oczywiście wszyscy przygotowani, rekwizyty gotowe, lekki stresik, że powie się coś źle. Wchodzimy na lekcję. Pani stwierdziła, że porobimy coś innego. No to trudno.
W następny dzień przed lekcją wychowawczą stałam na korytarzu i gadałam z kolegą z trzeciej klasy (ja jestem w drugiej klasie liceum). Nagle rozmowę przerwała nam moja przyjaciółka, mówiąc, że pani od angielskiego stwierdziła, że teraz mamy jej przedstawić te scenki. Popędziłam do szafki po bluzkę od WF-u jako rekwizyt. Potrzebny był mi paragon, a jako że mój kolega, z którym wcześniej gadałam, ma ich wiele w portfelu, to dał mi jeden.
Scenka odegrana, wszystko dobrze poszło.
Oczywiście zapomniałam wziąć paragonu i został na biurku pani.
Siedziałam po wszystkim grzecznie na lekcji, po czym weszła pani od angielskiego i oddała mi paragon, mówiąc: „Jesteś na to za młoda”. I wyszła.
Na paragonie były nabite prezerwatywy.
:/
Czytałam tutaj wiele żenujących wpadek, więc postanowiłam podzielić się też swoją.
Kilka tygodni temu, kiedy siedzieliśmy w kuchni z mężem, nagle przybiegł nasz dziesięcioletni syn i trzymając w ręku mój wibrator i z przerażeniem w głosie powiedział: „Tato, tato! Znalazłem twojego penisa! Kto ci go odciął?”.
Mój wieloletni partner nadużywa seksistowskich żartów, a te głupie baby się z tego cieszą, ja czuję się zażenowana i zastanawiam się, dlaczego śpię z kimś takim w jednym łóżku, a on robi ze mnie drama queen.
Niedawno zdarzyło nam się uprawiać seks rano, po jakichś dwóch godzinach poszedł do fryzjerki, a ta poprawiała sobie ubranie, on prześmiewczo stwierdził: „Dobra, nie musisz się przygotowywać, ja już dzisiaj po”, a w odpowiedzi usłyszał: „To co, nie dasz rady drugi raz?”.
Tydzień temu jego urodziny, koleżanka składa mu życzenia, bla bla bla „…i dużo seksu!”. Na co on: „Tego ostatniego nie musisz życzyć, wystarczy, że podziałasz”… Krew mnie zalewa, nie uważam się za osobę spiętą, ale trochę taktu by się przydało… A już najbardziej obrzydza mnie fakt, że słowa zostały wypowiedziane przez najbliższą mi osobę, nie mogę na niego patrzeć.
Nie umiem przestać oceniać ludzi, patrząc jedynie na ich wagę. Jak widzę kogoś grubego, od razu go oceniam jako lenia i kogoś, kto nie dba o swoje zdrowie. Od razu też czuję się lepsza od tej osoby. Często pojawiają się w mojej głowie myśli „jak można się tak spaść”, „taka ładna dziewczyna, a taka gruba...”, „obleśny typ, gruby bebzol mu wystaje”. Nie chcę tego robić, ale to jakiś automatyzm. Zachowuję się, jakby waga była wyznacznikiem jakości człowieka. To samo się tyczy kobiet w ciąży, które się spasły, myślę to samo...„leniwa parówka”.
Sama byłam kiedyś gruba, ale dieta, ćwiczenia i konsekwencja zrobiły swoje. Obecnie jestem miesiąc po porodzie i ważę 4 kg mniej niż przed ciążą. Wiem, że wszystko można, a sama nie znam nikogo, kto byłby gruby, bo chory.
Dodaj anonimowe wyznanie