#xiqhs

U mojej mamy wykryto nowotwór. Ostatnie stadium. Mimo to rzuciła się do walki i początkowo wygrywała. Z czasem jednak ten drań uodpornił się na chemię i skończyły się możliwości. Stan paliatywny. Szukaliśmy jakiejkolwiek pomocy. Jakiegoś promyka nadziei. I nagle jest! Klinika, która zajmuje się leczeniem za pomocą witaminy C i różnych dziwactw. Poszliśmy, co nam pozostało? Płaciliśmy grubą kasę za nadzieję, którą wlała w nasze serca „pani doktor”: „Wyciągniemy z tego panią”.
Wydawało się, że jest lepiej. Mama miała lepszy apetyt, lepiej wyglądała. Do czasu.
Któregoś dnia po „zabiegach” zrobiło jej się słabo. Pogotowie, szpital – płyn w płucach, jedna nerka padła, druga ledwo daje radę. Jakoś jeszcze ją odratowali. Męczyła się jeszcze przez miesiąc. Podłączona do tlenu, z założoną stomią, w pełni świadoma powolnego duszenia się i zatruwania organizmu, gdy druga nerka też się poddała.
Po tym wszystkim gnębiło mnie przeczucie i znalazłam w internecie informację, że duże dawki witaminy C mogą doprowadzić do niewydolności nerek (jedna z nich i tak była zaatakowana przez nowotwór). Gdybym wiedziała to wcześniej, to nigdy bym nie pozwoliła na takie „leczenie”. Przyczyniłam się do jej śmierci i to moja wina, że tyle się wycierpiała.

#Z8c1n

Nie lubię zupy mlecznej. Tylko pomyślę o niej, to wykręca mi twarz. Nie pamiętam, czy zawsze jej nie lubiłam, czy od tej przygody, która spotkała mnie w przedszkolu.

Godzina 9:00, czas drugiego śniadania. W ofercie była tylko zupa mleczna. Wszystkie dzieci usadzone, „Proszę, macie zjeść wszystko, smacznego”. No to zaczynam. Skoro kazali, to staram się, bo niejadek był ze mnie znany. Chyba przedobrzyłam z jedzeniem, bo całą zupę, którą zjadłam, zwróciłam z powrotem do talerza. Pamiętam obrzydzenie dziecka obok. Kolor zupy się nie zmienił, na moje nieszczęście...

Powiedziałam pani, co się stało, a ona mi na to, że znów wymyślam! Że ona widzi, że mi nic nie ubyło! Że jak tak mogę kłamać! Że mam jeść, bo nigdy nie urosnę! 
Co miałam zrobić? Tak mnie zakrzyczała, że zjadłam...

#JGfgY

Opowiem Wam coś, co ciągle robię i jest mi z tego powodu jednocześnie źle i dobrze.

Kilka lat temu zaprzyjaźniłem się z naprawdę świetnym chłopakiem. Chudy, delikatny, miły, taka puchata kulka. Jednak im dłużej z nim przebywałem, tym bardziej coś mi nie grało. Niby zawsze się uśmiechał, wychodził z naszą paczką znajomych na miasto, ale kiedy zadzwoniłem do niego wieczorem, słyszałem, jak płacze. Od tamtej pory zacząłem spędzać z nim więcej czasu na rozmowie i po około pół roku powiedział mi wszystko. Próbował zakończyć swoje życie. Matka miała do niego pretensje, że w ogóle próbował i ubzdurał sobie całą tę depresję. Zacytuję jej słowa: „Nie ośmieszaj mojej rodziny takimi błahostkami”. Tak mu powiedziała. Depresja syna i jego chęć zniknięcia ze świata były dla niej niczym.

Po tym, jak mi to powiedział, starałem się mu pomagać, tłumaczyć wszystko, odbierać telefony nawet o trzeciej nad ranem, bo dzwonił często, kiedy śniły mu się koszmary. Wielokrotnie namawiałem go na terapię, jednak zawsze kategorycznie odmawiał i tutaj właśnie zacząłem robić to, co robię do dziś... Zaszantażowałem go, że powiem o jego problemach jego znajomym, czego najbardziej chciał uniknąć. Nigdy nie chciał, żeby wiedzieli co go dręczy i myślę, że gdyby się dowiedzieli, dla niego byłby to koniec świata. I wierzcie mi lub nie, ale po tym, co zrobiłem, pozwolił zapisać się na terapię.

Od tamtej pory minął już rok, on czuje się już lepiej, dostał leki, nadal widuje się z psychiatrą. I wierzcie mi lub nie, ale wygląda o wiele lepiej. Czuje się lepiej i to po nim widać. Nie dzwoni w nocy, nie ma koszmarów, sam z siebie zaczął wychodzić do ludzi. Czasami kiedy nie chce mu się iść na sesję z lekarzem, nadal muszę go zaszantażować. Wiem, że zrobiłem i robię źle, ale jest mi dobrze z tym, jak na niego teraz patrzę... Wydaje się szczęśliwszy, nie jest jednym wielkim kłębkiem nerwów.

#ZKBI2

Wracając do domu, zawsze bałem się przechodzić koło dużego drzewa rosnącego przy chodniku. Od kilku lat krążyła plotka, że ktoś się na tym drzewie powiesił. Gdy to usłyszałem, pierwszego dnia przechodząc koło tego drzewa, poczułem, jak ktoś mnie ciągnie do tyłu. Strach był nie do opisania, a sytuacja powtórzyła się kilka razy.

Wczoraj zauważyłem, że to co mnie ciągnie do tyłu, to stercząca gałąź, o którą zahaczałem plecakiem. :D

Już teraz wiem, dlaczego ludzie tak dziwnie reagowali, gdy widzieli moje głupie i przerażone miny.

#f2TRo

Mój starszy brat od dwóch lat jest strażakiem. Jednym z tych ludzi, którzy są bohaterami, dla wielu ludzi, szczególnie dla dzieci. Kiedy wyje syrena, nieważne, czy jest w pracy (w tej samej miejscowości i luźne godziny pracy), w domu, czy jest środek nocy – zawsze bieganie do straży i jest jedną z pierwszych osób, jeździ na większość akcji. Często niebezpiecznych. Jest też najgorszym bratem na świcie. Kiedy byłam w wieku od 8-14 lat molestował mnie, jest 4 lata starszy, więc on już wiedział, o co chodzi. Pamiętam, jak w wieku 11 lat nie miałam jeszcze okresu, ale martwiłam się, że będę w ciąży, więc biłam się w brzuch, próbując „zabić” to dziecko. Potem jakoś samo z siebie się to skończyło, ale zaczęło się wyżywanie się na mnie. Rodzice uważali to za normalne, kiedy się im skarżyłam, bo rodzeństwo zawsze się kłóci, samej mi wydaje mi się, że byłam nieco nadwrażliwa, ale byłam też w wieku dojrzewania i naprawdę mnie to bolało. Wyzwiska typu szmata, pies, idiotka i tym podobne były na porządku dziennym, często też mnie bił, nie było żadnych złamań, jedynie siniaki i raz mocno stłuczona ręka, ale bez interwencji lekarza. Były chwile, kiedy uważałam się za największe gówno na świecie, napiszę wam kilka cytatów z mojego pamiętnika: „nienawidzę go, przez niego coraz częściej myślę o samobójstwie”, „czy naprawdę tak powinna wyglądać rodzina?”, „oni mnie nienawidzą”, „na myśl, że umrze wcale nie jest mi przykro”, „ktoś taki jak ja nie powinien żyć, powinnam już dawno wisieć na drzewie, ale jestem tak żałosna, że nie potrafię nawet ze sobą skończyć”, „Mama: są z tobą same problemy, dlaczego nie możesz być normalna?”, „tak, wiem, jestem nikim” itp. Potem były okresy, kiedy próbowałam być silna i pisałam o tym, że muszę pozbyć się wszystkich uczuć. Może brzmi to melodramatycznie, ale czytając ten pamiętnik, widzę jak bardzo byłam zagubionym dzieckiem, bo to wszystko pisałam w wieku 13-15 lat.

Teraz mam 17 lat, a on 21. Mieszkamy na piętrze, a rodzice na dole. Nie mamy praktycznie kontaktu, mijamy się tylko w domu, czasem tylko rzuci wyzwiskiem dla zasady. Jak to wszystko na mnie wpłynęło? Stresuję się, kiedy mam siedzieć obok niego albo jechać z nim sama samochodem, kiedy przechodzi obok instynktownie napinam się i przygotowuję się do obrony.

Tak wygląda historia jednej z milinów normalnych rodzin. Brata strażaka, lubianego, mającego wielu znajomych i jego młodszej, nikomu nieznanej siostry.

#KUUYq

O agresji w szkole będzie, ale z trochę innej strony.

Mam o 4 lata młodszego brata, dajmy na to Wojtka, z którym od zawsze byłam mocno związana. Rzecz działa się w czasach głębokiej komuny, gdy nauczyciel w oczach ucznia to był ktoś. Otóż w naszej szkole pojawił się nowy chłopak, załóżmy Dawid, niewiele starszy od Wojtka. Chłopak chciał się chyba popisać przed kolegami i znalazł sobie ofiarę w moim bracie, który wtedy był taką małą, nieśmiałą kluską, która nie do końca potrafiła sama się obronić. Dawid był bardzo agresywny, wyzywał i bił (potrafił robić to w taki sposób, że Wojtek choć dostawał naprawdę mocno, praktycznie nie miał śladów). „Ustawienie go” drogą pokojową w ogóle nie przynosiło rezultatów, wpadłam więc na „genialny” pomysł.

W szkole było tak, że podczas przerwy nauczyciele przechadzali się po korytarzach, pilnując uczniów, wśród nich był też nasz fizyk – postrach szkoły. Kazałam Wojtkowi trzymać się blisko miejsca, gdzie dyżuruje fizyk, a ja cierpliwie czekałam, aż Dawid znowu zaatakuje. Gdy w końcu nadszedł ten moment, podeszłam do niego i powiedziałam, żeby dał mojemu bratu spokój albo pożałuje. Ten zaczął mnie wyzywać i szarpać, a ja sprzedałam mu plaskacza. Chłopak chyba był zaskoczony, bo momentalnie mi oddał. Mocno, aż się zatoczyłam. I tutaj do akcji wkroczył nauczyciel, który widział tylko, jak Dawid mnie uderzył.

Od tego czasu Wojtek miał spokój. Numer przeszedł, bo byłam uważana za osobę, która nie wpadłaby na takie pomysły. Uderzyłam młodszego od siebie chłopaka, z czego dumna nie jestem, może był jakiś inny sposób, żeby Dawid dał spokój, nie wiem.

PS Wojtek szybko przestał być „nieśmiałą kluską” i potrafił już sam się o siebie zatroszczyć.

#oHNL2

Często na anonimowych pojawiają się wyznania o ludziach, którzy przeszli za dzieciaka piekło z winy swoich rodziców. Często cieszą się, że wyszli na prostą i urwali z takimi „rodzicami” kontakt. Chwali się, ale często też ludzie nie wiedzą jednej ważnej rzeczy o alimentach. Nie mówię tutaj o alimentach względem rodzica na dziecko... ale o sytuacji odwrotnej. Nie musicie mi wierzyć na słowo – wystarczy, że wygooglujecie odpowiednie hasła, jak np. dziecko i obowiązek alimentacyjny wobec rodzica.

Można się z tego wybronić i przed tym zabezpieczyć – tylko to trzeba działać z wyprzedzeniem. Generalnie dobrym pomysłem jest dokumentowanie zachowań, jak np. zdjęcia masy butelek po wódce (a w rodzinie bieda), w razie pobić itp. obdukcja lekarska – na przyszłość, żeby była. Metod jest oczywiście więcej, ale to są te najprostsze.

Zanim ktoś napisze „Ale moi rodzice to pijacy i nawet nie ogarną, że mogliby, skoro ja się dowiedziałem/dowiedziałam o tym z tego wyznania, a nie jestem patologią” –spokojnie, panie z MOPS-u podpowiedzą i będą wtórować: „Pozywać, pozywać!” (znam taki przypadek).

Tak czy inaczej, gdy uda się zabezpieczyć tego typu dowody, wtedy śmiało podczas ewentualnej rozprawy można powoływać się na przepis prawa cywilnego dotyczący naruszenie prawa podmiotowego. W tej sytuacji dziecko może podnosić, że roszczenie rodzica o alimenty stanowi nadużycie przysługującego mu uprawnienia. Domaganie się bowiem przez niego alimentów jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego.

Dlatego działajcie już teraz, żeby za kilkanaście lat nie musieć wydawać na „rodziców” jakichkolwiek pieniędzy!

#mcHbp

Lenimy się z moim wybrankiem, gdy na jego twarzy ni stąd, ni zowąd pojawiają się oznaki intensywnego myślenia. Pytam więc, co mu chodzi po głowie.
– Chciałbym mieć tak półtora centymetra wzrostu więcej...
– Dlaczego? – dziwię się, bo chłopak do niskich bynajmniej nie należy.
– Bo wtedy byłbym od ciebie wyższy idealnie o długość mojego penisa!
No tak.
Dodaj anonimowe wyznanie