Parę lat temu dostałam się na studia i musiałam wyprowadzić do innego miasta. Rodzice pojechali mnie „zainstalować” i kupić pralkę. W wynajmowanym przeze mnie i koleżankę mieszkaniu była tylko stara Frania, więc umówiłyśmy się, że pralkę kupię ja, a ona coś tam innego, żeby potem nie było problemu przy podziale. Przyjechaliśmy, córunia zainstalowana, pralka kupiona — ale dostawa następnego dnia, a jeszcze panowie dostawcy mogą zabrać poprzednią pralkę z mieszkania, jeśli klient sobie życzy. Pożegnałam się z rodzicami, podziękowałam, pojechali. Następnego dnia dzwonek do drzwi, panowie przyjechali z pralką. Weszli, wstawili, i jeden pyta: „A stara jest?”.
Na co ja rezolutnie odpowiedziałam: „Mamy nie ma w domu”.
Koleżanka opowiadała mi o jakichś swoich łóżkowych fetyszach, więc zażartowałem sobie: „Zapamiętać — nigdy nie iść z tobą do łóżka, ha, ha, ha”. Popatrzyła na mnie rozbawiona i powiedziała: „Spooooko, nie ma obaw, trzeba się szanować, mam jakieś swoje normy, nie? He, he, he”.
He, he.
He.
:(
Od 7 lat pracuję jako księgowy i mam już serdecznie dość tej roboty. Kilka tygodni temu ze znajomymi zrobiliśmy sobie maraton i obejrzeliśmy wszystkie części „Piratów z Karaibów”. W nocy przyśniło mi się, że jestem na Karaibach i zaciągnąłem się na piracki statek. Niby super sen, ale kim zostałem na tym pirackim statku? Księgowym...
Od 17 lat dudnią mi w głowie słowa mojego ojca: „Przyszedł list z sądu, macie iść do domu dziecka, idę się powiesić...”.
Dla dziesięciolatka, który kilka miesięcy wcześniej stracił mamę, to był koszmar.
Ojciec żyje, ale popadł w alkoholizm, a ja po tylu latach mogę śmiało powiedzieć, że pobyt w bidulu wyszedł mi na dobre. Tylko te słowa nie chcą wylecieć...
Pokochałem ją od pierwszego spojrzenia. Te oczy, ten uśmiech, te zaczepne odzywki, poczucie humoru, piersi, tyłek, nogi… No ideał. Miała w sobie ten magnetyzm, który sprawiał, że za każdym razem, gdy pojawiała się koło mnie, moje serce na chwilę przestawało bić, a potem tłukło jak wściekłe, usiłując wyskoczyć mi z klatki i upaść wprost na dłoniach obiektu mych cichych westchnień.
Osiem lat się za nią uganiałem. Lubiła mnie. Nawet bardzo. Ale jako swego najlepszego przyjaciela.
Pewnie niejeden raz już słyszeliście te historie o facetach, którzy to utknęli w „friendzone” i nie byli w stanie wyplątać się z tego paskudnego układu. No, to wyobraźcie sobie, że ja wczoraj stanąłem z nią przed ołtarzem. Wciśnięty w elegancki garnitur, prężyłem się dumnie przed zgromadzoną w kościele rodziną i naszymi wspólnymi przyjaciółmi. Spełniłem jej gorącą prośbę i zostałem świadkiem na jej ślubie...
Chyba nigdy nie byłam na tak tragicznej randce. Umówiła nas moja kuzynka, mówiąc, że to fajny kolega i w końcu przyda mi się jakieś wyjście z domu poza pracą, a może nawet coś wyjdzie z tej znajomości. Zgodziłam się.
Byliśmy umówieni na 15 w kawiarni. Spóźnił się 30 minut, tłumacząc tym, że musiał dopić piwo z kolegą. Zamówiliśmy po kawie i ciastku, gdy w trakcie wyszłam do toalety, on zjadł połowę mojego ciastka, ale udawał, że nic takiego nie miało miejsca. Następnie, zamiast zacząć od nieco luźniejszych, zapoznawczych tematów, prosto z mostu zaczął mnie pytać, czy jestem feministką („Bo ja tych k%$#w nienawidzę”), później było: „Ale mam nadzieję, że popierasz PiS?”, aż w końcu: „Ale w przyszłości chyba zamierzasz się poświęcić dla rodziny i prac domowych, jak prawdziwa kobieta?”. Dowiedziałam się również, że gejów nie znosi, ale lesbijskie porno jest zajebiste...
No i warto dodać, jakie ten pan miał maniery.
Ja rozumiem, że każdemu się zdarza i nie zawsze da się to powstrzymać, ale nie zliczę, ile razy beknął albo spierdział się przy jedzeniu. Do tego straszne mlaskanie, mówienie z otwartą buzią, aż mu kawałki ciastka wypadały. W pewnym momencie zapadła niezręczna cisza. Aby ją przerwać, pan westchnął: „Ach, jak ja nie cierpię tych feministek, co dzieci abortują, wystrzelałbym je wszystkie”. Po tych słowach miałam już dość, postanowiłam w końcu iść. Pan wyjechał do mnie z tekstem, że możemy iść do niego i nie pożałuję tej decyzji. Gdy z bardzo wyraźną dezaprobatą oznajmiłam, że nie chcę, on się zaśmiał, twierdząc, że żartował, bo chciał sprawdzić, czy nie jestem łatwa jak prawie wszystkie kobiety. Brak słów... Ostatecznie wyszliśmy, pożegnałam się i wróciłam do domu.
Na wieczór dostałam SMS-a, że proponuje kolejne spotkanie: „Spodobało mi się to, że nie kwestionujesz moich poglądów i znasz swoje miejsce, a do tego masz zajebisty dekolt”.
Chyba nie muszę mówić, że nie odpisałam, a kuzynkę czeka poważna rozmowa, bo nie wierzę, że umówiła mnie z kimś takim z innych powodów niż dla żartu.
Sytuacja miała miejsce kilka lat temu. Byłem wtedy studentem i w ramach praktyk terenowych przebywaliśmy nad morzem w celach badawczych. Obserwacja morza miała trwać także w nocy. Jako że na plaży w nocy jest dosyć niebezpiecznie, stwierdziliśmy, że lepiej, aby dziewczyny robiły badania w dzień, a w nocy sprawę przejmą mężczyźni. Z kolegą wzięliśmy więc namiot na plażę i przygotowaliśmy potrzebny sprzęt do badań.
Około godziny piątej rano do namiotu wleciał jakiś niezidentyfikowany owad. Ugryzł mnie dość boleśnie. Zacząłem stękać: „Boli... mmm... ale boli...”. Po kilku chwilach usłyszeliśmy, że ktoś obok przechodzi. Wystawiliśmy nasze łby, żeby zobaczyć, co się dzieje.
Mina pana na plaży, który zobaczył dwóch chłopaków wystających z namiotu, gdzie przed chwilą stękałem, jak bardzo boli, była bezcenna.
Poznałam go 7 lat temu. Od razu zaiskrzyło i po 2 miesiącach byliśmy już parą. Te same pasje, ten sam temperament. Nigdy nie doświadczyłam takiego uczucia. Za każdym razem, gdy go widziałam, trzęsły mi się nogi, robiło mi się gorąco... Nie mieszkaliśmy razem, ale widywaliśmy się prawie codziennie. Raz u niego, raz u mnie... Wspólne wypady na weekend, zakupy. A po kilku latach poznał moją mamę (oboje mieszkamy za granicą, wiec spotkania rodzinne raczej nas omijają). W końcu zaliczyliśmy wpadkę mimo zabezpieczania się. Cały czas powtarzałam mu, że ja raczej dzieci mieć nie chcę. On się z tym zgadzał, więc kiedy okazało się, że jestem w ciąży, pierwszą myślą nas obojga była aborcja. Jednak z każdym dniem powoli przekonywałam się, że może to nie jest konieczne... Mam faceta, który mnie kocha, oboje mamy dobrą pracę, więc może rodzina wcale nie jest złym pomysłem. Tak więc poszłam jeszcze raz z nim o tym pogadać. Pierwszy raz widziałam go takiego... Powiedział, że albo usunę to dziecko, albo on się zabije. Nie planowaliśmy tego, on tego nie chce i to nie jest dobry czas, że jeśli chce dziecko, to w przyszłości, ale nie teraz i nie tak... Popłakałam się, byłam nawet gotowa go zostawić i zostać samotną matką. Ale przekonał mnie w końcu, że tak będzie lepiej, że nie jesteśmy gotowi. Byłam zaślepiona miłością i zgodziłam się... Bardzo to odchorowałam, wpadłam w depresję i miałam próbę samobójczą. On był przy mnie, mówił, że sobie poradzimy, ale jednak był nieco bardziej zdystansowany.
Zmagałam się z depresją ponad rok, nadal byliśmy razem, ale widziałam, że przestawało mu zależeć. A ja? Kochałam go, ale w tym stanie nie potrafiłam o nas walczyć. Zrobiliśmy sobie przerwę. Po dwóch miesiącach przyszedł do mnie, mówiąc, że nie może żyć beze mnie. On był facetem, który nie przepadał za zbytnim okazywaniem uczuć, wiec jak zobaczyłam go płaczącego, uwierzyłam, że naprawdę mnie kocha… Oświadczył mi się.
Byliśmy ze sobą jeszcze cztery miesiące. Dlaczego? Ponieważ zupełnym przypadkiem w innym mieście (oddalonym o jakieś 20 km) zobaczyłam go z inną kobietą i dzieckiem! Okazało się, że ten skurwiel miał już rodzinę i przez 6 lat prowadził podwójne życie! On mnie nie zauważył. Nie podeszłam do niego. Wróciłam do domu, spakowałam rzeczy, które miał u mnie, i zaniosłam pod jego drzwi. Zablokowałam numer i wyjechałam na tydzień do domu rodzinnego.... Może powinnam pójść do jego żony, może powinnam zrobić awanturę? Może...
To było pół roku temu. I nie, nie ma dobrego zakończenia. Dwa miesiące spędziłam w szpitalu psychiatrycznym przez załamanie nerwowe, po aborcji mam komplikacje i moje szanse na kolejną ciążę są bardzo niewielkie, straciłam pracę, bo przez tę całą sytuację olałam wszystko, nabawiłam się nerwicy, a każdy wieczór spędzam, pijąc przynajmniej pól butelki wódki... W wieku 30 lat jestem wrakiem. Straciłam połowę swoich włosów, przytyłam 10 kg...
Nie wydaje mi się, że jestem jakąś głupią, naiwną dziewuchą, ale skoro facetowi udawało się przez 6 lat mnie oszukiwać, to chyba jednak się mylę.
Moja żona w życiu by się do tego nie przyznała, więc ja wam napiszę anegdotkę.
Kiedy ją poznałem, była szczupłej budowy ciała. Pierwszy raz jej ciało się zmieniło, jak zaszła w ciążę. Wyglądała przepięknie, a brzuszek sobie rósł i rósł. Pewnego razu usiadła na sofie i oglądała swoje stopy. Patrzę na nią i pytam, co w tych stopach takiego ciekawego, a ona: „No nic... już dawno ich nie widziałam...”. Z biegiem czasu zauważyłem, że martwią ją dodatkowe kilogramy, ale pocieszałem, że ma czas i żeby sobie tym nie zawracała głowy. Zresztą dla mnie wyglądała coraz piękniej. Nasz syn urodził się w styczniu cały i zdrowy, a w czerwcu mojej żonie brakowało jakieś tam dwa kilogramy do wagi wyjściowej. Tłumaczyłem, że nie musi się aż tak spieszyć, że mnie w ciąży podobała się jeszcze bardziej. Wtedy żona się odwróciła i mówi: „Pamiętasz, kiedy nie mogłam widzieć swoich stóp? No właśnie. Nie widziałam też tego, co się dzieje przede mną... Chciało mi się naleśników, miałam na sobie sweter i zapalił się od gazu”. Zamarłem, a ona na to: „Nic się nie stało... Wzięłam kubek wody i zgasiłam. Ale wiesz, co jest najgorsze? W radio leciała ta piosenka Alicii Keys „This girl is on fire”. Od tamtej pory nie słucham jej i ćwiczę”.
No nic, nie jestem orłem kobiecej logiki, ale kłócił się nie będę. Najważniejsze, że kuchenka wymieniona na elektryczną, tak na wszelki wypadek.
Ostatnio matka zrobiła mi awanturę, bo stwierdziła, że skoro już nie mam dziewczyny, to na pewno się masturbuję... Na początku wziąłem to za żart, ale ona mówiła serio. Skończyło się na tym, że nie odzywała się przez tydzień i stwierdziła, że nie będzie tolerować takiej haniebnej czynności, że mogę robić, co chcę, ale nie u niej w domu.
Jestem facetem i mam 23 lata.
Dodaj anonimowe wyznanie