Mam 24 lata i odkąd pamiętam, jestem raczej nieśmiała. W podstawówce przeżywałam katusze na prawie każdej lekcji przyrody: nasza nauczycielka uwielbiała pracę w grupach połączoną z prezentacją wyników i zawsze wyrywała mnie do odpowiedzi. W końcu tak mnie wytrenowała, że wychodzenie na środek i opowiadanie o wynikach pracy nie stanowiło dla mnie żadnego problemu. Ba, z czasem wszelkie „prezentacje” zaczęły sprawiać mi przyjemność i starałam się moją publiczność zaskoczyć ich tematem. Dlatego przed obroną pracy inżynierskiej zaczęłam myśleć, że sobie świetnie poradzę, bo przecież to żadna stresowa sytuacja, nie ma w tym nic strasznego, nikt nie patrzy na mój wygląd, a oceniana jestem tylko za wypowiedź. Że przecież robiłam to tyle razy, że bez problemu opowiem o wynikach moich badań pewnym głosem, bez plątania się we własnych słowach.
Wyszłam na środek sali, przedstawiłam siebie i tytuł pracy i mój głos zaczął się łamać, przemknęło mi przez myśl, że muszę żałośnie wyglądać i... rozpłakałam się.
Pracę magisterską realizuję jednak w innym zakładzie, niż planowałam... ;)
Dodaj anonimowe wyznanie
Miał być, powiedzmy, Zakład Biotechnologii, a jest psychiatryczny, czy jak?
Też nie jestem pewien jak rozumieć pointę.
Wystąpienia publiczne nie stanowiły dla mnie problemu. Mogłam wyjść na środek i gadać. Maturę ustną zdałam nawet się do niej nie przygotowując.
Podczas obrony pracy inżynierskiej tak się zestresowałam, że zapomniałam dosłownie wszystkiego. Wyszłam na środek, postałam chwilę, nie wydukałam nic. Podeszła do mnie pani prodziekan i powiedziała, że jestem chora i nie przyszłam, dlatego przekładają mi termin na następny tydzień. Popłakałam się, ale za tydzień już normalnie zdałam.
Nie wiem, co mi się stało podczas tego pierwszego terminu. Ale pani prodziekan jestem ogromnie wdzięczna.