Nie lubię użalać się nad sobą, nienawidzę być w centrum uwagi, a gdy byłam młodsza, lubiłam sobie popłakać. Ot tak, bez żadnego powodu, bo miałam taką ochotę. Relaksowało to moje ciało i umysł. Nie wiem czemu.
Brzmi niegroźnie, prawda?
Jednak czasem pozwalałam sobie popuścić wodze fantazji, lecz niestety, jak się okazuje, za bardzo. Otóż odkąd pozwoliłam sobie na dopuszczanie do siebie niebezpiecznych, abstrakcyjnych i niedorzecznych myśli, zaczęłam stawać się coraz bardziej podejrzliwa, do tego stopnia, że w mgnieniu oka wszędzie dostrzegałam spiski i intrygi. Mimo że doskonale wiem, że to nieprawda, zawsze zachowuję ostrożność, robiąc DOSŁOWNIE wszystko. Ktoś obcy podejmuje ze mną rozmowę? Na pewno rodzina/ludzie, którzy znają mnie z widzenia, zapłacili mu, bo chcą się pośmiać/coś ode mnie wyciągnąć. Idę do sklepu? Na pewno wszyscy mnie obserwują i patrzą, co kupuję. Zdarzały się nawet sytuacje, w których odmawiałam sobie czegoś właśnie ze względu na ludzi. O znajomościach w internecie nie ma nawet mowy. Nie potrafię zaufać ludziom, nawet najbliższym. Nikomu nie mówię o swoich problemach od wielu, wielu lat.
Wiem, że to wszystko niedorzeczne. Być może to mój podświadomy instynkt samoobronny. Sama jestem sobie winna.
Kilka dni temu moi rodzice obchodzili dosyć zaawansowaną rocznicę ślubu. Miała być impreza niespodzianka, chciałam zaskoczyć rodziców. Jako że moje rodzeństwo nie miało za bardzo pomysłów co przygotować, przejęłam inicjatywę i moja wizja została odebrana pozytywnie. Na ten dzień upiekłam tort, przygotowałam kolację i miło spędziliśmy czas w skromnym gronie domowników.
Minęło parę dni, nikt nie wracał do tematu rocznicy rodziców. Myślałam, że wszystko jest w porządku, aż do wczorajszej rozmowy z mamą. Od słowa do słowa, niechętnie przyznała się, że jest strasznie zawiedziona i rozczarowana tym, co od nas dostali. Wprost mnie zamurowało, aż nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie miałam pojęcia, że mój pomysł był tak tragiczny, świetnie też zamaskowali swoje niemiłe zaskoczenie, gdy go dostali. Teraz tylko wszystko składa mi się w całość i zaczynam rozumieć, że on nawet stoi w miejscu, którym nazwałabym miejscem hańby. Wiem, że to normalne, że czasem zdarza się nietrafiony prezent i nie ma co z tego robić afery, jednak nie miałam pojęcia, że aż tak źle to odebrali. Rozczarowanie mamy było tak ogromne, że podczas rozmowy aż poleciały jej łzy. Uważa, że takim badziewiem okazaliśmy brak szacunku do tak wielkiego jubileuszu, jakim była dla nich ta rocznica ślubu. Moje przyznanie się do bycia autorką pomysłu na prezent mama podsumowała tylko tym, że jak na swój wiek jestem dziecinna i mam straszne pomysły.
A ja... nigdy nie czułam się gorzej, niż mając tę świadomość. Bo naprawdę nie chciałam, by było im przykro, nie chciałam, by prezent wywołał tyle złych emocji. Gdybym miała więcej pieniędzy, wszystko wyglądałoby inaczej. Chciałam dobrze, a wyszło jak zawsze. Jest mi potwornie głupio i wstyd, chodzę przybita i nie potrafię spojrzeć rodzicom w oczy. Nie mam pojęcia jak zatrzeć to złe wrażenie, jak to naprawić. Chciałabym cofnąć czas i dać im coś, co ich ucieszy, a nie smuci przy każdym spojrzeniu na to. Mam lekką zdiagnozowaną nerwicę i ta sytuacja stresuje mnie do tego stopnia, że mam mdłości, trzęsą mi się ręce, nie mogę spać i mam ochotę płakać na samą myśl. Czuję się koszmarnie.
Tylko ja znam prawdę, rodzeństwu nic nie mówiłam. Wystarczy, że ja mam ochotę schować głowę w piasek z powodu prezentu, który, jak widać, ma ogromne zdolności do wywoływania złych emocji.
Zdarza się, że ustawiam budzik w telefonie taki sam jaki mam sygnał na dzwonek, po czym odbieram i udaję, że rozmawiam z dziewczyną, której nie mam. Ale co tam, niech inni myślą, że też mam jakieś życie towarzyskie.
Od jakiegoś czasu urządzamy z narzeczonym planszówkowe wieczory. Dzisiaj zaprosiliśmy kilku znajomych i zasiedliśmy do Taboo (taka gra w odgadywanie haseł), było przy tym sporo krzyku, ale i dobrej zabawy.
Po pewnym czasie do naszych drzwi zapukała policja, ponieważ zaniepokojeni sąsiedzi zgłosili... podejrzenie przemocy domowej.
Dziś się dowiedziałem, że istnieją na świecie ludzie gotowi na to, by cię pobić, tylko dlatego, że nie pomyślałeś o tym, żeby przepuścić ich przed siebie w oczekiwaniu na zielone światło na przejściu dla pieszych. I jeszcze z twarzą do mnie, że nic a nic nie myślę i teraz się jej Dżesika spóźni przeze mnie do szkoły. W sumie jakby Dżesiki mamusia tyle nie pyskowała, to pewnie by zdążyła...
Zima w pełni, a ja z zepsutą kurtką. Trzeba było wymienić suwak, więc wyprułam stary, następnie wszyłam nowy, zorientowałam się, że wszyłam nie ten, co trzeba, więc go wyprułam. Następnie dokładnie sprawdziłam, czy kolejny suwak jest OK i... tak, był OK, więc go przyszyłam. Założyłam na siebie kurtkę i... okazało się, że wszyłam ten suwak do góry nogami. Teraz to już pierdzielę, wcale nie potrzebuję tej kurtki.
Dzisiaj w tramwaju byłam tak zaspana, że podczas kontroli biletów dałam kanarowi wizytówkę do dentysty.
Niedawno po wielu miesiącach smutku, płaczu i nieprzespanych nocy udałam się do psychiatry. Diagnoza: depresja. No cóż, przede mną miesiące leczenia. Przepisano mi leki, przy których muszę ograniczyć spożycie alkoholu, a najlepiej do zera. Dla mnie to nie problem, chcę w końcu wyzdrowieć i cieszyć się życiem. Problemem jest natomiast reakcja rodziny i znajomych. „Ale jak to depresja, przecież wszystko było okej”, „Każdy ma jakieś problemy, nie użalaj się tak nad sobą”, „Kilka piwek ci nie zaszkodzi, he, he...”. Oczywiście nie wszyscy, są i tacy, którzy mnie bardzo wspierają. Natomiast nikt mimo moich tłumaczeń nie jest w stanie zrozumieć, że alkohol mnie nie zabije, ale może pogorszyć mój stan psychiczny, a terapia nie przyniosłaby żadnych rezultatów. Boli mnie to, że nie chcą rozumieć. Co takiego jest w alkoholu, że już bez niego niektórzy nie potrafią sobie wyobrazić spotkania, to nie wiem...
Jestem studentem wynajmującym mieszkanie razem z dwójką kumpli. Nieskromnie powiem, że jestem jedyną osobą w tym domu, która ma ambicje i co najważniejsze – pracę. Dorabiam sobie jako grafik, dzięki czemu zawsze mam parę groszy na opłacenie czynszu i napełnienie żołądka jakąś strawą. Tymczasem tamci dwaj… Są wspaniałymi ludźmi, ale ich podejście do życia przypomina balansowanie na pograniczu menelstwa, żebractwa i radosnej wiary w łut szczęścia.
Ostatnio zajechałem sobie na stację benzynową, aby zatankować auto. Zalałem bak na bogato, za całe 100 zł i poszedłem zapłacić. Przy kasie wyjąłem z portfela banknot stuzłotowy i już chciałem odejść, gdy pani zawołała: „Halo, proszę pana! Żarty sobie pan robi?”. Babka wręczyła mi moje pieniądze, mówiąc, że ma zły dzień i absolutny brak ochoty na takie szczeniackie numery. I wtedy to zobaczyłem... Te dwa barany wyjęły z portfela moje jedyne 100 złotych, a następnie zastąpiły go wydrukowanym na uczelnianej drukarce banknotem o nominale (minus) 0 zł i podobizną Janusza Panasewicza, pod którego nieco zapitym obliczem znajdował się napis „Nie gniewaj się, królu złoty. Pożyczyliśmy, ale oddamy...”.
Najadłem się wstydu jak nigdy wcześniej, gdy mój tatko przyjechał na stację, aby uiścić rachunek za mnie. I jeszcze mnie zrugał przy naburmuszonej kasjerce, mówiąc: „Weź ty, synek, zrób coś wreszcie ze sobą. Miej jakieś ambicje, znajdź pracę...”.
Oddałem wszystkie pamiątki mojej matki na cele charytatywne, a czego oddać się nie dało, spaliłem w piecu na jej oczach. Matka po udarze jest przykuta do łóżka i nic nie może.
Dlaczego tak zrobiłem?
Bo byłem bity, zastraszany i we własnym domu nie miałem żadnych praw. Cokolwiek otrzymałem, było mi zabierane. Byłem bity za sam fakt, że moi rodzice musieli chodzić do pracy. Nie pili, ale bili ostro. Nieważne, co zrobiłem, a czego nie zrobiłem, obrywałem. Czasami, gdy mieli lepsze dni, dawali mi jakieś drobiazgi, w święta nowe ubrania – które po Wielkanocy wywalali przy mnie z szafy i oddawali kuzynowi, którego rodzice mieli bardzo dużo pieniędzy i który był ubrany znacznie lepiej niż ja. Czasami na osobności prosiłem ciocię, żeby mi je oddała, ale ona zawsze zdążyła je wyrzucić. Do następnego roku nic już nie pamiętała.
Mnóstwo ludzi ostatnio opisuje swoje „przeboje” z dzieciństwa, podobne do moich. Ja niemal uciekłem z domu, poszedłem do pracy, sam się utrzymywałem, aż pewnego dnia matka zadzwoniła, że ojciec miał wylew – ratuj, kochane dziecko! Kochane dziecko odpłaciło im tym samym, co oni dali mi. Gdy szanowna mama płakała po śmierci tatuńcia, celowo rozdawałem pamiątki po nim i paliłem zdjęcia m.in. z ich ślubu. Pytała, dlaczego jestem taki zły, oni mi tyle życia dali, poświęcili... Wypomniałem jej wszystko. Udawała, że nie pamięta. Skąd wiem, że udawała? Bo gdy wspominałem odebrane mi pluszaki, zabawki, ulubione rzeczy, za każdym razem tłumaczyła ze szczegółami okoliczności, dlaczego je oddała...
Dodaj anonimowe wyznanie