Moja przyszła teściowa jest okropną kobietą. Wmawia swojemu mężowi, że sobie bez niej nie poradzi, odsunęła go od rodziny z jego strony. Kobieta jest kompletnie odklejona od rzeczywistości. I w dodatku ma kochanka... Możecie sobie wyobrazić, jakie to było obrzydliwe trafić na wiadomości na jej telefonie, jak to jej kochanek ma na nią ochotę i co by jej robił.
Teraz pracuje za granicą, ale za kilka dni ma wrócić. I chcielibyśmy z narzeczonym coś zrobić, żeby jej podwójne życie się wydało, ale żeby nie było wiadome, że to przez nas się wydało. Muszę coś zrobić, bo albo oszaleję, albo zatłukę tę babę, jak tylko przyjedzie.
Kiedy miałam 13-14 lat, uwielbiałam wchodzić na różnego rodzaju internetowe czaty. Zapewne wielu z was pamięta, jakim skupiskiem zboczeńców były takie portale przez te kilka lat po dwutysięcznym roku.
Pewnego razu napisała do mnie Ola. Dziewczyna powiedziała, że jest w podobnym wieku i od pewnego czasu zastanawia się, czy może nie woli kobiet. Wysłała mi swoje nagie zdjęcia i zapytała, czy też nie wyślę jej swoich. Sytuacja mnie zaintrygowała. Coś tam już wiedziałam na tamte tematy i spodobała mi się opcja wysyłania rozbieranych fotek. Na zdjęciach od Oli widać było nagą dziewczynę w wieku dojrzewania, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest tym, za kogo się podaje.
Złapałam za (jeden z pierwszych wtedy) aparat cyfrowy i zabrałam się do cykania fotek. Problem tkwił jednak w mojej niewielkiej nadwadze, skupiającej się głównie w okolicach brzucha. Ze względu na brak autorytetu w postaci instagramowych modelek, ukazujących jak wygiąć się, aby wyglądać najlepiej na tego typu zdjęciach, na każdym z nich widać było mój powód do kompleksów. Stwierdziłam więc, że nikomu takie fotki nic nie dadzą. No bo kto chciałby oglądać grube cielsko jakiejś nastolatki? Nie chciałam Oli dawać powodów do zniechęcenia się w poszukiwaniu samej siebie poprzez pokazanie jej własnego, odrzucającego wizerunku. Usunęłam dowody zbrodni i na długie lata zapomniałam o całej sprawie.
Dopiero któregoś dnia, kiedy byłam już pełnoletnia, zrozumiałam, co dokładnie się wtedy wydarzyło. Dzięki mojemu niskiemu poczuciu własnej wartości nie dałam satysfakcji jakiemuś pedofilowi. Nie sądzę bowiem, że młoda osoba, zamiast wejść na jakąś stronę, chciałaby z własnej inicjatywy wymieniać się swoimi nagimi zdjęciami z obcymi ludźmi.
Do dzisiaj martwi mnie kim była dziewczyna na tamtych zdjęciach, czy człowiek, któremu je wysłała (i z którym pisałam ja) nie zrobił jej krzywdy, oraz jak wiele dziewczyn nabrało się na jego oszustwo.
Nie jest to wyznanie, a opis sytuacji, których myślę, że w Polsce jest mega dużo.
Sąsiadka. Ma dwójkę dzieci, każde z innym facetem, przy czym z żadnym nie utrzymuje kontaktów. Znalazła kolejnego.
Nie ma pracy — jest na bezrobociu.
Dostaje 800+.
Dostaje również zasiłki.
I alimenty na dzieci.
Ciuchy i jedzenie też dostaje z opieki społecznej.
Mieszkanie również dostała od opieki społecznej.
Nie pracuje, bo nie musi.
Stać ją na auto, drogie ciuchy, smartfon...
A ty zapier*alasz cały miesiąc i ledwo do wypłaty wystarcza.
#Polska
Moja bliska przyjaciółka znalazła sobie chłopaka. To jej pierwszy poważny związek. Długo zwlekała z przedstawieniem go naszej paczce znajomych. Idealna okazja nadarzyła się podczas mojej imprezy urodzinowej.
Wszyscy byli bardzo przejęci, my – bo w końcu poznamy wybranka jej serca, ona – z oczywistych przyczyn i on – chcący wypaść jak najlepiej przed przyjaciółmi swojej dziewczyny.
To wypadł. Tak się upił, że obrzygał mi kota.
Od początku liceum nikt się ze mną nie dogadywał, wszelkie próby nawiązania z kimś kontaktu kończyły się fiaskiem. Nawet nie odpowiadali na prośby o podanie pracy domowej. Brakowało mi kontaktów z ludźmi, więc w każdy weekend spotykałem się ze znajomymi z podstawówki. Jednak w końcu nawet z nimi kontakt się urwał. Zostałem sam. Coraz więcej przesiadywałem w domu, w szkole ciągle robiłem coś na telefonie. Szukałem przez internet ludzi z mojego miasta. Proponowałem kilku osobom spotkanie, jednak żadna nie chciała się zgodzić. W końcu popadłem w depresję, z domu wychodziłem tylko do szkoły, zacząłem wagarować, a moja frekwencja drastycznie spadła, w tym oceny. Mama próbowała mnie z tego wyciągnąć, jeździliśmy do psychologa, a później psychiatry, jednak nic mi nie pomogło. Chciałem popełnić samobójstwo, jednak nie mogłem tego zrobić, gdyż jestem jedynakiem. Nie chciałbym, żeby mama przeze mnie cierpiała.
Cały dzień siedziałem na komputerze i pisałem z ludźmi z internetu. O swojej sytuacji powiedziałem jedynie kilku osobom. Pewnego dnia jedna dziewczyna z GG chciała mnie zapoznać ze swoją przyjaciółką, która również miała kiedyś depresję. Niechętnie się zgodziłem. Była to najlepsza decyzja mojego życia. Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, że jesteśmy prawie tacy sami, a jednocześnie tacy inni. Dogadywaliśmy się idealnie, a po kilku miesiącach znajomości zakochałem się w niej. Jednak bałem się jej tego powiedzieć, obawiałem się odrzucenia. W końcu nigdy się na oczy nie widzieliśmy. Po dwóch tygodniach od tego momentu zacząłem planować wyznać swoje uczucia. Układałem tę wiadomość w głowie cały dzień, by powiedzieć jej to wieczorem. Ale ostatecznie na nic się to zdało, gdyż to ona pierwsza napisała „kocham Cię”. Czułem się wtedy jak najszczęśliwszy mężczyzna na świecie, odpisałem, że ja ją też. Pierwszy raz od dłuższego czasu miałem chęć do życia.
Postanowiłem się z nią spotkać. Jednak był pewien dość duży problem. Odległość. Ona mieszka w Krakowie, ja w Warszawie. Mimo tego się nie poddałem, wszystko dokładnie zaplanowane. Mama zauważyła, że pierwszy raz od dawna mam chęć wyjść z domu, więc się zgodziła, pod warunkiem że pojedzie ze mną. Jej rodzice zgodzili się nawet na przenocowanie u niej. Były akurat wakacje, pojechaliśmy z rana i dotarliśmy w południe. Jak wreszcie dotarłem do jej domu i ją zobaczyłem, pierwszy raz od dawna byłem naprawdę szczęśliwy. Cudowne uczucie, chciałem, żeby ta chwila trwała wiecznie. Niestety nic nie trwa wiecznie. Wkrótce musiałem jechać. Jednak nadal mam jedno światełko, promyczek nadziei, którego się trzymam. W przyszłe wakacje znowu do niej jadę. Pod warunkiem że zdam maturę z dobrym wynikiem.
Przed przeprowadzką do innego miasta zorientowałam się z partnerem, że nie będziemy w stanie zabrać wszystkich rzeczy ze sobą w samochodzie. Niektóre ubrania musiałam wysłać paczką albo posprzedawać. Została jednak kwestia jedzenia. Szkoda wyrzucać, a brać też nie będziemy, bo zamiast kartonu jedzenia wolimy wziąć karton ubrań. Wrzuciłam więc ogłoszenie na mamusiową stronę, że mam do oddania karton jedzenia (makarony, kasze, sosy, kisiele, budynie, galaretki itp.).
Odezwały się cztery matki.
Dwie grzecznie zrezygnowały, gdy okazało się, że nie zawieziemy im tego jedzenia do domu. Trzecia poprosiła o zdjęcie, co to za jedzenie, po wysłaniu stwierdziła, że nie będzie jechała 10 km w jedną stronę, że ja mam jej to wysłać pocztą, bo szkoda jej na paliwo. A czwarta zaczęła mieć problem, bo opakowanie ryżu było otwarte i np. zamiast 4 woreczków, były tam 2, że kostki rosołowe też do połowy zużyte i że chcę komuś opchnąć resztki (nie widzę niczego złego w tym, że zamiast 12 kostek w opakowaniu jest 6-7 szt.).
Wkurzona usunęłam post i poszłam do sąsiadki z dołu, z którą przez wiele miesięcy zamieniłam może ze dwa zdania, ale zawsze pierwsza mówiła „dzień dobry”, to czemu nie? Wytłumaczyłam jej sytuację. Wzięła to jedzenie i jeszcze podziękowała.
Po co piszę to wyznanie?
Chyba po to, abyście się przypadkiem nie nabrali na żebrzące o pomoc mamusie na grupach na Facebooku — niektóre naprawdę są roszczeniowe i na tyle „bogate”, że pogardzą jedzeniem.
Moja szefowa wpadła ostatnio na genialny pomysł. Genialny według niej, oczywiście.
Zaproponowała swoim pracownikom (jest nas czwórka z panią X, ale ona o tym nic nie wie), żeby złożyć się na paczkę dla naszej koleżanki (panna X) na święta, bo ona jest w bardzo ciężkiej sytuacji rodzinnej. Każda z nas wie, jaka jest jej sytuacja. 22 lata, trójka dzieci. 5, 3 i 2 latka. Jej facet pracuje na budowie i połowę wypłaty wydaje na fajki i piwko po pracy, bo mu się należy.
Szefowa zaoferowała, żeby każdy z nas dał tyle, ile uważa za słuszne, a szefowa za te pieniądze kupi trochę słodyczy i zabawek dla dzieci. Sama z góry powiedziała, że od siebie wykłada 200 zł i bardzo się ucieszy, jak damy chociaż symboliczne 100 zł.
100 zł to nie tak dużo. Racja. Jednak święta kosztują, prezenty dla rodziny też, a za coś jednak muszę żyć poza tymi świętami.
Dwójka dorzuciła się po te 100 zł, ale ja nie dałam. Powiedziałam wprost, że ja to co najwyżej mogę kupić trzy czekolady i na mnie nie ma co liczyć, bo ja też mam swoje wydatki i niestety za coś żyć muszę. Zostałam nazwaną sknerą i bezduszną babą, bo jak tak mogę. Oczywiście padł argument, że nie mam dzieci, więc nie wiem, jak to jest, gdy nie można dać dziecku tego, czego pragnie.
Mają rację. Nie wiem, jak to jest. Nie bez powodu. Chciałabym mieć teraz dziecko, ale nie stać mnie na nie. Pracuję w małym osiedlowym popularnym sklepie za kasą i zarobię minimalną na miesiąc. Mój facet ma lepszą pracę, ale dużo więcej też nie wyciągnie. A jednak kredyt hipoteczny, opłaty, moje studia i pomoc finansowa dla jego chorej mamy kosztują. Wszystko kosztuje.
Pani X jest dla mnie nieodpowiedzialna. Nie stać ją nawet na zabawki dla dziecka, nasze koleżanki z pracy często oddawały jej jakieś ciuchy po dzieciach, bo wyrosły, czy zabawki, które od dawna leżą w kącie. Sama też czasem jej pomagam. Wychowałam się na wsi i jak moi rodzice do nas przyjeżdżają, to przywożą taką furę jedzenia, że dajemy to mamie mojego faceta albo pani X, bo u nas by to się zepsuło, w końcu co zrobić z 20 kg jabłek czy 10 kg marchewki prosto z pola. Takie rzeczy jak domowe dżemy czy powidła też chętnie oddam, bo nie jadamy ich w domu zbyt często.
Nie wiem właściwie, po co jej pomagam. Chyba tylko dlatego, że szkoda byłoby mi wyrzucać to jedzenie, a wiem, że jej dzieciaki się ucieszą. Nieraz zresztą dziękowała za pyszny truskawkowy dżem i mówiła, że dzieci uwielbiają naleśniki z tym dżemikiem i pytają, kiedy ciocia znowu da coś tak pysznego. Tym razem jednak się zbuntowałam.
Każda z nas zarabia tyle samo i fakt, że ktoś nie myśli o swojej przyszłości, tylko płodzi dzieci, jest dla mnie skrajnie nieodpowiedzialny. I ja łożyć na niego nie będę.
Od zawsze uczyłem syna, że ma się bronić przed agresją słowną, fizyczną i jak ma się bronić. Jak ktoś go uderzy, ma oddać dwa razy mocniej, ale nigdy nie wolno mu zacząć pierwszemu, jak ktoś go obraża, ma odpyskowywać. Zbierałem za to joby od żony i teściowej, że uczę dziecko przemocy i wyląduje przez to w wiezieniu, wiele razy się przez to kłóciliśmy. Wyobraźcie sobie, że zmieniliśmy synowi szkołę i kiedy przyczepiło się do niego dwóch chłopaków i w końcu zaatakowali go fizycznie, on nie czekał i nie dał się pobić ani zastraszyć, ale w obronie własnej połamał jednemu nos, a drugiemu wybił kilka zębów. Moja żona do dnia dzisiejszego nie przyznała mi racji i mówiła, że mogło mu się coś stać albo mógł coś zrobić tamtym chłopakom i mieć z tego tytułu kłopoty z prawem, a prawidłową reakcją powinna być ucieczka i opowiedzenie wszystkiego wychowawczyni i nam, a szkoła powinna to rozwiązać z naszą pomocą. Ręce mi już nie raz opadły, że mam taką nieżyciową żonę, która nie pamięta szkolnych realiów. Summa summarum, tamci i już w zasadzie nikt inny nie zaczepił więcej mojego syna, nie miał żadnych nieprzyjemności, że przekroczył obronę konieczną i nie skończyliśmy w sądzie, jak nas straszyli rodzice tamtych chłopaków. Problem rozwiązany. Ojciec dumny z syna.
Sytuacja miała miejsce we wrześniu, ale jej temat wrócił w ostatni weekend i zacząłem się zastanawiać, czy moja żona jedynie nie potrafi przyznać się do swojego błędu wychowawczego, że gdyby nie ja, to mogłaby zrobić z naszego dziecka szkolną ofiarę czy faktycznie nadal myśli, że ma rację, bo ciągle tkwi w swoim uporze.
Kobiety często cierpią przez facetów, którzy je biją, są alkoholikami, uciekają przed odpowiedzialnością wychowywania dziecka, są niezdolni do miłości empatii albo zdradzają. Wiem, że kobiety też potrafią ranić, ale statystycznie nie na taką skalę.
Boli mnie fakt, że tak ciężko znaleźć mi faceta, który ma dobre serce, jest ambitny i mogę na nim polegać. Statystyki mówią same za siebie: mężczyźni częściej są alkoholikami, porzucają dzieci, są mniej ambitni do pracy i nauki, częściej mają różne uzależnienia. Co jest nie tak z tym światem, w którym tylu facetów kompletnie nie nadaje się do związku albo nawet nie chce w nim być? Dlaczego na świecie jest tak mało dobrych facetów?
Moja siostra umarła kilka dni temu. Nawet nie miała 30 lat... Nagle, na nic nie chorowała. A ja już nie potrafię płakać. Chcę, ale już nie umiem.
Tak bardzo cierpię, była moją największą przyjaciółką. Miałyśmy tyle planów, które nagle runęły...
Dodaj anonimowe wyznanie