Jestem kierowcą ciężarówki. Zdarza się, że tiry muszą się wyprzedzić na autostradzie, ja jadę 85, kolega przede mną 81 i robi mi to ogromną różnicę na przestrzeni, dajmy na to, 600 km (nawet na mniejszej, jeżeli zbliża się koniec czasu jazdy, a miejsc na parkingach coraz mniej). No więc biorę się za wyprzedzanie, mamy w Polsce prawie zawsze dwa pasy, więc przez kilka minut blokuję lewy, nie ma innej możliwości. Dojeżdżam do kabiny kolegi, i w tym momencie dojeżdża mi do tyłka osobówka, która robi mi dyskotekę długimi... I teraz mam pytanie do wszystkich, którzy tak choć raz w życiu zrobili. Co autor miał na myśli? Co ja mam zrobić? Zepchnąć tira z prawego do rowu, żeby ten z tyłu przejechał? Zahamować, schować się na prawy i przepuścić waćpana? A może włączyć super turbo, bo przecież tiry mogą jechać 300 km/h, ale nie jeżdżą, bo po co?
Napisałem dość ogólnie, bo zdarza mi się to regularnie. Życzę więcej zrozumienia i kierowcom małych, i kierowcom dużych.
Wieczorem po pracy, wchodząc do domu z moim facetem, poczułam dziwny zapach.
Rzuciłam komentarzem: „Co tu tak jeb**?!”.
Okazało się, że mój mężczyzna przyrządził romantyczną kolację, kupił kwiaty.
A ten dziwny zapach pochodził od krewetek...
Kilka lat temu wzięłam ślub. Jestem tak głupia, że biorąc ten ślub, już wtedy czułam, że to nie jest to, czego chcę.
Minęło kilka lat, a ja jestem nieszczęśliwa. Mamy dom, spłacamy za niego kredyt. Mąż już naciska na dzieci, a ja? Jestem w potrzasku. Nie chcę dzieci, gdyż wiem, że wtedy już nigdy się od niego nie uwolnię. Nie jest złym mężem, mimo to irytuje mnie niesamowicie. Jest dobrym człowiekiem. Myślę, że mnie kocha. A ja nie jestem w stanie odwdzięczyć się tym samym.
Kobieta krzywdzona, wiadomo, że powinna jak najszybciej uciekać od męża. Jest na to społeczne przyzwolenie. A co z kobietą, która ma męża i wegetuje każdego dnia? Praca, dom, praca, dom. Nie mamy wspólnych pasji, zainteresowań, nie mamy o czym rozmawiać, nudzimy się ze sobą. Czuję, jak życie przecieka mi przez palce. Boję się rozwodu, boję się odejść, boję się, co stanie się z kredytem, boję się, że mąż sobie nie poradzi psychicznie. Boję się, że ja nie poradzę sobie w życiu.
Pewnie usłyszę, że się nudzę i wymyślam. Ale ja naprawdę każdego dnia wstaję bez chęci do życia, bez jakiegokolwiek optymizmu, bo wiem, że lepiej nie będzie.
W telewizji leci reklama rajstop uciskowych. Niby nic dziwnego, ale zdanie „Czy marzysz o tym, by swobodnie wyciągnąć nogi?” kojarzy mi się z reklamą stryczka i śmiercią.
Chyba coś ze mną nie tak.
Zwróciliście kiedyś uwagę, jak bardzo uważamy, żeby nie urazić osób, które mają „kilka nadprogramowych kilogramów”? A zastanowiliście się, co czują osoby szczupłe? Pomyśleliście, że one też mogą się nie akceptować?
Często słyszę komentarze typu: „Ale ty jesteś chuda. Ale ci fajnie!”, „Ale masz chude nogi! Jak ty to robisz?”, „Ale ci zazdroszczę, ile ja bym zrobiła, żeby tak wyglądać”.
I to, co boli mnie najbardziej: „Ale ty jesteś chuda. Jesz coś w ogóle?”.
Ostatnio nawet moja wychowawczyni (która ma świetną figurę – jest szczupła, ale jednocześnie całkiem mocno zaokrąglona tam gdzie trzeba ;)) zapytała mnie, jak ja to robię, że tak wyglądam. Bo ona to całe życie gruba jest.
I wiecie co? Nie jest to fajne.
Tak, jem. Mam 18 lat, 173 cm wzrostu i ważę ok 48 kg. Mam znaczną niedowagę i jest to jeden z moich największych kompleksów. Nie mam biustu ani tyłka. Wystają mi żebra, obojczyki, ramiona, miednica. Generalnie wyglądam jak wieszak. Kupowanie ubrań, a szczególnie spodni, spódnic i sukienek, to męczarnia, znalezienie „dobrego rozmiaru” graniczy z cudem. Nie mówię już o kwestiach zdrowotnych (m.in. nieregularne i bardzo bolesne miesiączki, zawroty głowy przy gwałtownym wstawaniu, łatwe męczenie się,...)
Może powiecie, że to moja wina, powinnam jeść więcej itp. Tylko że po tacie mam taką przemianę materii, że mogę jeść, ile chcę (tabliczka czekolady i paczka ciastek dzień w dzień? proszę bardzo) i praktycznie nie tyję. Każdy kilogram jest walką. Ostatnio kiedy stanęłam na wadze po raz pierwszy od dłuższego czasu i okazało się, że przytyłam 2 kg, prawie popłakałam się ze szczęścia.
Pomyślcie następnym razem. Może ranicie kogoś, nie zdając sobie z tego sprawy.
Mój brat jest 3 lata ode mnie starszy. Gdy miałam około 4-5 lat, jak to mały brzdąc, wierzyłam we wszystko, co mi mówił. Raz mi nagadał, że jeżeli do zwierząt będę mówić miłe rzeczy, np. „Piesku, jaki jesteś ładny”, to zwierzątko zrozumie na odwrót, czyli że jest brzydkie. Więc powinnam mówić do zwierząt nieładne rzeczy.
No więc potem taka mała dziewczynka biegała za psem i się darła: „Łatek, ty brzydki ch*ju!” i myślała, że mówi mu największy komplement.
Usłyszała to sąsiadka i poszła powiedzieć rodzicom, a potem bratu nieźle się dostało :D
Znacie piosenkę zaczynającą się od „W latach 90. nie miałaś tożsamości”? Pod wpływem tej piosenki postanowiłem się podzielić kawałkiem ze swojego, powiecie marnego, ale życia.
Mieszkałem w małym mieście – 15 tys. dusz i kilka elementów bez duszy. Moje problemy zaczęły się w podstawówce. Byłem chudy, miałem wiecznie zgarbione plecy, byłem słaby i chuderlawy, ale miałem kilku kolegów, z którymi się bawiłem. Nasza szkoła składała się z dwóch placówek, klasy 1-6 i gimnazjum 1-3. Mieliśmy oddzielne podwórka, ale część korytarzy i sale do WF-u były wspólne.
W drugiej klasie zwróciłem na siebie uwagę starszego o dwa lata Mateusza. Był to patologiczny twór, zawsze obcięty prawie na zero, z twarzy na kilometr biła agresywna aparycja i ciuchy w stylu skeate. Bałem się go jak cholera i robiłem wszystko, żeby nie pojawić się w jego polu rażenia. Na moje nieszczęście raz ześlizgnąłem się ze schodów i prawie spadając, zrzuciłem go z kilku ostatnich stopni. Nikomu wtedy nic się nie stało, ale w tamtym momencie skończyło się moje dzieciństwo. Po szkole czekał na mnie razem z kilkoma innymi starszymi chłopakami. Rozrzucili wszystkie moje książki i rzeczy z plecaka, okulary korekcyjne wylądowały na dachu pobliskiego kiosku, a ja dostałem sporo plaskaczy i kopniaków. Trwało to jakieś pół godziny.
W domu nie mogłem szukać pomocy.
Przez wszystkie lata podstawówki i następnie gimnazjum byłem nękany średnio 3-4 razy w tygodniu. Bity, popychany, kopany... Straciłem wszystkich kolegów i koleżanki, bo wszyscy bali się, że Mateusz zwróci swoją uwagę na nich, gdy będą w moim towarzystwie.
Nie ma tu zwrotu akcji. Dopiero pójście do zawodówki 20 km od mojego domu rozwiązało problem szkolny, choć na miasto wyjść i tak nie mogłem, a i też nie miałem z kim. Skończyłem szkołę, od razu po odebraniu świadectwa wyjechałem z kolegą z ławki do UK. Pracowaliśmy na budowach, zaczęły się dobre pieniądze, miłe życie. Wtedy zaczął we mnie kiełkować plan zemsty, czułem, że całe dzieciństwo zostało zniszczone przez tego typa i jego kumpli. Najpierw chciałem przybrać trochę masy, pewności siebie i odwagi. Kasa była, więc wydawałem ją na trenerów i w końcu na sterydy, testosteron i zajęcia z MMA i boksu. Po 2 latach nie poznałem siebie w lustrze i byłem z tego piekielnie zadowolony.
Będąc w odwiedzinach u rodziców, odnalazłem Mateusza na social mediach. Wytropiłem go w mieście, zasadziłem się na niego i pomściłem tego chłopca, którym kiedyś byłem. Poczułem, że jestem o krok bliżej piekła niż nieba, ale w tamtym momencie widok płaczącego oprawcy, proszącego, bym go zostawił, był jak miód na me serce. Pierwszy raz poczułem, że odzyskałem jakikolwiek spokój.
Teraz wiem, że cierpiałem na PTSD i dopiero wizyty u psychologa pomogły, ale zemsty nie żałuję...
Wiecie, co mnie wkurza? Podejście do osób, które nie idą na studniówkę z własnej woli. Ja byłam tą osobą i chyba każdy chciał mi wmówić, że będę tego żałować. A jestem teraz studentką drugiego roku i powoli szykuję się do praktyk i rozpoczęcia pisania licencjatu i wiecie co? Wcale nie żałuję, że nie poszłam.
Po prostu nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy sądzą, że chodzenie na studniówkę to swego rodzaju obowiązek. Najlepsze, że pytałam wtedy swoje koleżanki, czemu niby mam iść. Ich odpowiedź: Bo tak. Serio?!
Były też jaja, bo wychowawczyni chciała mi nawet wpisać uwagę: „Nie angażuje się w życie klasy”! Wierzę jednak, że po prostu miała wówczas zły humor, bo tak mniej więcej wyglądała nasza rozmowa na godzinie wychowawczej (pewnie presja rówieśnicza czy coś):
Nauczycielka: Powinnaś się angażować w życie klasy, dlatego muszę wpisać ci uwagę. Jako wasza wychowawczyni muszę dbać o wasze zgranie bla, bla, bla...
Ja: Z całym szacunkiem, ale niech dobrze zrozumiem: Chce mi pani wpisać uwagę za to, że nie chcę uczestniczyć w imprezie, która jest NIEOBOWIĄZKOWA? Przepraszam, ale to najgłupszy powód, jaki słyszałam.
Pani była chyba zaskoczona moją odpowiedzią, bo tylko wydusiła: „Masz rację” i przeszła do innych tematów.
PS.: W dniu studniówki byłam z mamą w odwiedzinach u dziadków i miło spędziliśmy razem czas z planszówkami i babcinym i maminym jedzonkiem :D
Matka wzięła mnie na rozmowę. Powiedziała, że słyszała, jak ostatnio z moim kumplem jęczeliśmy u mnie w pokoju i mówiliśmy sobie, jacy jesteśmy twardzi... No i w ogóle, że mnie kocha i zaakceptuje mnie takim, jakim jestem.
Tylko że my motywowaliśmy się przy ćwiczeniach z ciężarkami...
Był to grudzień 2010.
Pierwszy raz w życiu pojechałam na harcerskie zimowisko, stres przed wyjazdem wręcz mnie pożerał, ponieważ wiedziałam, że będę tam jedną z najmłodszych osób. Wyjazd okazał się wcale nie być katastrofą, całe dni spędzaliśmy na stoku, gdzie byłam w swoim narciarskim żywiole, wracaliśmy pod wieczór i nawet nie miałam siły ani czasu zatęsknić za rodzicami.
Mówiłam, że wyjazd wcale nie okazał się być katastrofą? Faktycznie tak było.... DO CZASU.
Spaliśmy w salach po ok. 15 osób na łóżkach, czułam się nieswojo w nowym miejscu, więc codziennie w nocy budziłam się parę razy. Pewnej feralnej nocy obudziłam się jak zwykle, ale tym razem coś mi nie pasowało. Wszędzie zalatuje moczem, jest mi mokro, niewygodnie... mój mały dziewięcioletni mózg przeanalizował dane i wystawił wniosek: ZSIKAŁAM SIĘ DO ŁÓŻKA. Byłam pełna paniki, bo wiedziałam, że jak prawda wyjdzie na jaw, to nie będę miała życia. Po cichu wyskoczyłam z łóżka, zdjęłam spodnie od piżamy, skitrałam na dnie plecaka i założyłam zwykłe spodnie. Pozostała tylko sprawa materaca... Chodziłam na palcach po całej sali, szukając rozwiązania, kiedy dosłownie na nie wpadłam. Przywaliłam nogą w łóżko mojej koleżanki Basi (której szczerze nie lubiłam) i nad moją głową pojawiła się zapalona żaróweczka, zwiastująca diabelski pomysł. Basia była znana z tego, że ma tak mocny sen, że nic nie jest w stanie jej wybudzić z błogiego snu. Jak najostrożniej sturlałam ją z posłania na podłogę i podmieniłam materace. I z uśmiechem na twarzy, że nic mi nie grozi, położyłam się spać. Potem codziennie rano wymykałam się i wracałam na pobudkę, a gdy wszyscy pytali czemu jestem w spodniach, to odpowiadałam, że wstałam wcześnie i nie miałam co robić, to poszłam się umyć.
PS: Mój nikczemny plan wypalił i nikt mnie nie podejrzewał, za to Baśka została oskarżona o zsikanie się w posłanie. Do dzisiaj mam wyrzuty sumienia.
Dodaj anonimowe wyznanie