Miałam przyjaciółkę, którą poznałam w podstawówce. Już wtedy byłyśmy inne. Zamiast lalek wybierałyśmy piłkę nożną. O tym, że jest transseksualna, dowiedziałam się, gdy miałam 12 lat. Mówiła, że chce być mężczyzną, że się dusi. Ja w gimnazjum stałam się bardziej „dziewczyńska”, ona przeciwnie. Mimo to nasze relacje się nie zmieniły.
Na studiach zamieszkałyśmy razem. Na trzecim roku poddała się operacji zmiany płci.
Zawsze byłam tolerancyjna, ale to mnie przerosło. Nadal myślę o niej jako o Kamili. Nie mogę się dostosować. Niedobrze mi się robi, gdy podrywa moje koleżanki z roku, które o niczym nie wiedzą. Kamil uczestniczy w tolerancyjnych manifestach, otwarcie mówi o swojej przemianie. Nie mam nic przeciwko temu, ale... Od czasu zmiany płci to już nie jest ta sama osoba. Ze strachliwej, spokojnej studentki stała się odważnym, wulgarnym mężczyzną. Nie widzę już żadnego podobieństwa między Kamą i Kamilem. Inne zainteresowania, inne plany na przyszłość. Nie daję już rady w tym mieszkaniu, duszę się. Ona wymaga ode mnie 100% tolerancji, chce, abym podzieliła jej zainteresowania sportem. Tymczasem ja już nie mam siły. Chcę iść z nią w góry bez ogłaszania wszem i wobec, że obok mnie stoi trans.
Ona mnie nie rozumie, ja nie rozumiem jej. Czy ten jeden chromosom musi zmieniać aż tak wiele?
Jesteśmy z mężem 8 lat po ślubie, a wcześniej jeszcze 4 lata byliśmy razem, tak że mamy spory staż. Na początku wszystko układało się dobrze, sytuacja finansowa była stabilna, oboje pracowaliśmy. Potem urodziła się nam córka, a gdy mała miała 2 lata, mąż stracił dobrze płatną pracę. Zaczął pracować dorywczo, nie mógł znaleźć nic stałego. Było coraz gorzej, z mojej wypłaty ledwo starczało na rachunki i jedzenie, a wiadomo, dziecko to sporo wydatków. Wspierałam męża, ale ten w końcu zaczął zaglądać coraz częściej do kieliszka. Uzależnił się. Prosiłam, żeby przestał pić, żeby poszedł na terapię. Było coraz gorzej, jego wyrzucali z pracy, a on po każdej takiej akcji coraz trudniej zbierał się w sobie i szukał następnej. Mąż nie był pijany dzień w dzień, ale z każdym miesiącem tych trzeźwych dni jakby ubywało. Kłóciliśmy się coraz częściej, córka tego słuchała. Wyrzucałam go z domu, a on po kilku dniach u wracał i obiecywał poprawę. W końcu podczas kłótni zaczęliśmy się szarpać, to nawet chyba ja zaczęłam – nigdy do tej pory nie podniosłam na niego ręki, ale wtedy już nie wytrzymałam. W końcu mnie odepchnął i upadłam na szklany stolik. Szkło wszędzie, moja krew także. Potem szybko – szpital, składanie zeznań i kolejne obiecanki męża. I choć w to nie wierzyłam, to dzień, w którym moja głowa rozbiła stolik, był dniem, w którym on był pijany ostatni raz. Jesteśmy razem, mąż nie pije, w końcu znalazł stałą pracę, ma sporą szansę na awans w przyszłym roku.
Do czego zmierzam? Do „zjazdów rodzinnych” u męża.
Każda okazja jest dobra, żeby postawić wódkę na stole i namawiać męża „na kielicha”. Odmawiał. Odmawiał za każdym razem. W końcu rok temu, gdy przed jego nosem ojciec postawił kieliszek. Mąż pokłócił się z rodzicami. Oni nie rozumieją, jak alkohol zniszczył naszą rodzinę, dla nich mojemu mężowi „w dupie się poprzewracało” i „wydziwia i cuduje, zamiast napić się jak prawdziwy facet”.
W tym roku nie byliśmy u nich na święta, teściowe się obrazili i rozpowiadają po rodzinie, jak to synowa im syna zepsuła. A ja w końcu przeżyłam święta bez zastanawiania się, czy mąż w końcu nie wytrzyma i się napije.
Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić pewną historią, a właściwie jej głównym, a może bardziej gównym wątkiem. Też tak macie, że jak czytacie tutaj historie zastanawiacie się, co za chorym pojebom to się przytrafia? No tak, ja też tak miałam do tego dnia... Zacznijmy od początku.
Ja i mój chłopak, Janek, prowadzimy dość ciekawe życie erotyczne. Np. wiecie, kiedy nie widzimy się cały dzień, lubimy nakręcać się gorącymi smsami czy zdjęciami. Tak było i tym razem. Ja jestem fanką brutalności i uległości, a mój wybranek nie przepada za byciem dominującym. No ale, wracając do historii, znacie to uczucie kiedy przez wasze jelita przepływa cała marynarka wojenna? Kiedy jest tam tak ciasno, że nie zmieścilibyście szpilki?
Tego dnia mieliśmy awarię łazienki w pracy, więc nie zdążyłam załatwić pewnej ważnej sprawy. Wracając do domu wyobrażałam sobie jak moje jelita zaraz eksplodują, a we wszystkich miejscowych gazetach opiszą śmierć na wskutek której, ludzie zostali obrzuceni kałem. Miałam wrażenie, że na mojej twarzy opisana jest zawartość jelit i wszyscy dookoła wiedzą co tam się dzieje. Kiedy w końcu dotarłam do domu, nie myślałam o niczym innym, jak tylko usiąść na długo wyczekiwanym tronie, ale mój luby postanowił zrobić mi niespodziankę.
Otóż moją fantazją było upozorowanie gwałtu. Wiecie, Jaś miał zajść mnie od tyłu, obezwładnić, bez względu na mój opór zedrzeć ze mnie ubranie, przycisnąć do ściany i brutalnie wziąć mnie od tyłu. No i zaczęło się. Krzyczałam na całe mieszkanie "Jasiu proszę, nie teraz", ale Janek chociaż raz postanowił nie być pizdą i zdominować mnie zupełnie. Według niego wszystko szło zgodnie z "planem", a ja stawiałam coraz większy opór, co nadawało całej sytuacji coraz to większego realizmu. Doszło do momentu, w którym zaczął ściągać mi spodnie, a ja eksplodowałam niczym bomba atomowa na Hiroszimę. Koleś dostał złoty strzał z gówna. Złoty strzał, bo zakończyło to nasze wspólne życie.
Niby trochę tęsknię, ale nie jestem w stanie spojrzeć mu w oczy po tym wszystkim.
Wyznanie #Zpxxq o kreskówce Winx przypomniało mi dość podobną sytuację, która zdarzyła mi się w dzieciństwie.
Będąc w podstawówce mieszkałam w małej miejscowości, gdzie panowała wśród moich rówieśniczek ogólna moda na Witch. Zafascynowana gazetkami przyjaciółka migiem wkręciła mnie w świat czarodziejek i po niedługim przeszkoleniu z poprzednich części komiksu, sama zapragnęłam kolekcjonować dosłownie wszystko co miało chociażby logo Witch. Nie było w tym nic dziwnego - trzecia, może czwarta klasa podstawówki, ogólny szał na czarodziejów/wróżki/mutantów/sayanów i innych wśród dzieciaków.
Kiedy przeprowadziłam się do większej miejscowości, dzieciaki "z dzielni" nie traktowały mnie jak swoją. Pamiętam, że mieliśmy zrobić na jakieś zajęcia w mojej nowej szkole gazetkę ze swoimi zainteresowaniami. Mama zaproponowała, rzecz jasna w dobrej wierze, żebym zrobiła ją o Witch. Nie przewidziała, że przez moje zainteresowania dzieciaki zaczną ze mnie szydzić. W tamtej okolicy na topie było Bravo i kącik z pytaniami do tego czasopisma, które wszyscy moi rówieśnicy czytali z wypiekami na twarzy, gdy nauczycielka nie patrzyła. Jak można się domyślić, dla nich byłam nie dość, że "nowa", to jeszcze zdziecinniała.
Mimo wszystko, kupowałam dalej Witch, choć czułam przy tym ogromny wstyd. Chciałam to wszystko rzucić i postarać się być taka jak reszta, dopasować się jakoś do towarzystwa. I wtedy przeczytałam list do redakcji Witch od dziewczyny, która miała wtedy bodajże 19 lat. Nie pamiętam co dokładnie się w nim znajdowało, ale na pewno napisała, że mimo wieku nadal zbiera i czyta przygody Witch. I żeby żadna z czytelniczek nie przejmowała się szyderstwami kierowanymi w ich stronę z tego powodu, bo przecież są to nasze zainteresowania i to nam mają się one podobać, a nie reszcie naszego otoczenia.
Teraz masz pewnie koło 30 lat. Nie mam pojęcia czy czytasz Anonimowe, ale DZIĘKUJĘ.
Mam 23 lata i do tej pory uwielbiam ten komiks. Nie wstydzę się też tego, że mimo upływu czasu nadal oglądam kreskówki. Co prawda niektórzy nadal krzywo się na mnie patrzą, kiedy zobaczą na moim telefonie tapetę ze Star Butterfly kontra Siły Zła albo w trakcie jakiejś rozmowy powiem, że w telewizji w sumie najczęściej oglądam powtórki Wodogrzmotów Małych albo Stevena Universe. Ale co z tego? Większość osób, nawet jak uważa to za dziecinne, przymyka na to oko. Moi znajomi się przyzwyczaili i nawet niektóre kreskówki sami zaczęli oglądać. Rodzice natomiast przewracają oczami kupując mi nowe DVD z bajkami Disneya na urodziny. Reszta? A kto by się nimi przejmował? ;)
Wczoraj zerwała ze mną dziewczyna.
Powód?
Uznała, że jej nie kocham, ponieważ mam ją na samym końcu kontaktów.
Ma na imię Zosia.
Historia, której byłam świadkiem jakieś dwa lata temu.
Stałam na przystanku w Krakowie, gdy zobaczyłam niewidomego proszącego o jakąś materialną pomoc. Pierwszą osobą do jakiej podszedł był typowy drechol gdzieś w wieku 25 lat, taki co to pluje na ziemię i używa przekleństw jako spójników i przecinków. Niewidomy grzecznie zapytał o jakieś drobne.
Widziałam, że dres już na początku dialogu nerwowo zaczął przebierać nogami, a gdy starszy pan skończył swoją prośbę, ten znienacka zamachnął się na niego i wyprowadził cios. Moje przerażenie zamieniło się momentalnie w ciekawość, gdy zobaczyłam, że atakujący kilkadziesiąt centymetrów przed twarzą zatrzymał rękę, popatrzył z ciekawością na swój cel i widząc, że nie reaguje on na bodźce tak jak człowiek widzący, wyciągnął z kieszeni portfel i dał starszemu panu 20 zł.
Morał z tej historii chyba każdy potrafi sobie sam wyciągnąć.
Na pewnym etapie edukacji uczęszczałam do szkoły katolickiej, już to mocno zachwiało podstawami mojej wiary. Na studiach w wolnych chwilach pracowałam, a tym samym moje wizyty w kościele były coraz rzadsze. Niemniej kiedy miałam wolną niedzielę, to w kościele byłam, pilnowałam także, by dwa razy w roku przystępować do spowiedzi.
Rzecz miała miejsce, kiedy miałam ok. 20 lat i chciałam przystąpić do powyższego sakramentu. Nie zdążyłam nawet dojść do moich grzechów, gdy proboszcz parafii, rozsierdzony informacją o tym, że ostatni raz u spowiedzi byłam pół roku temu, zaczął mieszać mnie z błotem i wyzywać od największych grzeszników. Kiedy doszła do tego moja krótka lista grzechów (byłam dziewicą, mówiłam prawdę, nie kradłam i nie kłóciłam się z ludźmi, ani źle o nich nie mówiłam, więc siłą rzeczy na liście grzechów znalazło się głównie nieuczestniczenie w mszach czy jedzenie mięsa w piątek - rzecz, która nota bene grzechem nie jest) proboszcz wybuchł. Zaczął krzyczeć, że nawet papież chodzi do spowiedzi co tydzień i ma się z czego spowiadać, a ja śmiem przychodzić co pół roku z takim nędznym arsenałem grzechów?! Ledwie przeczekałam jego tyradę, otrzymałam rozgrzeszenie jakby nigdy nic, ale nie doczekałam nawet końca mszy i wyszłam w trakcie rycząc. Moja i tak mizerna w tamtym czasie pewność siebie pozwoliła mi tylko na tyle. Gdyby coś takiego zdarzyło się dzisiaj, pewnie wstałabym w trakcie i wyszła.
Ksiądz skutek odniósł odwrotny do zamierzonego. U spowiedzi już nigdy się nie pojawiłam, na mszach bywałam sporadycznie i tylko jako osoba towarzysząca. Moja niechęć była tak duża, że nawet nie chciałam zwiedzać kościołów w czasie wycieczek. Zainteresowałam się filozofią i etyką, poukładałam co nieco w swojej głowie. Szanuję katolicyzm, jak również każdą inną religię, ale zrozumiałam, że nikt nie ma monopolu na prawdę. No i szerzącego się ultrakatolicyzmu traktującego wszystkich innych za wrogów i innowierców nie potrafię zrozumieć.
Moje oczy to zbiór najróżniejszych wad wzroku, więc zakup nowych okularów to dla mnie niemały wydatek i spore wydarzenie w życiu. W zeszłym tygodniu odebrałem nowe oprawki, po czym wybrałem się z kumplami na piwo w plenerze. Następnego dnia obudziłem się cały uwalony błotem, oczywiście bez nowiuteńkich okularów. Nie pomogło wspólne prześledzenie wydarzeń wieczoru ani wielogodzinne poszukiwania. Zgadnijcie, kto musi wydać 3/4 wypłaty na nowe szkła.
Zostałam zgwałcona przez mojego męża (on uważa to za stosowną karę). Uwaga, on mnie zgwałcił za to, że urodziłam „martwe” dziecko. Był to synek i byłam w 7 miesiącu ciąży. Robił to niejeden raz, często wymuszał to siłą, a im bardziej się opierałam, tym bardziej krwawy i bolesny był stosunek.
Obecnie biegam po sądach i się rozwodzę.
Współlokatorka pożyczyła sobie ode mnie ostrze do skalpela, o czym poinformowała mnie po moim powrocie do mieszkania. Nie mam pretensji, jedno takie ostrze w sterylnym sreberku to koszt jakichś 25 groszy (sprzedawane są po 100 sztuk). Jak kogoś ciekawi po co mi ostrza do skalpela, to studiuję medycynę, choć na razie jestem na 1 roku, to sobie czasem operuję i zszywam kurczaka na obiad :)
Współlokatorki czasem sobie pożyczają skalpel, jak mają jakieś robótki, wycinanki czy mają otworzyć paczkę. Pytam się, po co jej był skalpel. Odpowiedziała, że musiała sobie krew pobrać, a nie znalazła strzykawek. Zrobiłem duże oczy i pytam się naiwnie: Po co ci krew?
Odpowiedziała, że robiła test ciążowy i potrzebowała krwi, to wzięła ostrze i delikatnie nacięła kciuk, tak żeby kropla krwi spłynęła na próbnik.
Myślałem, że się udławię własną śliną i plwocinami ze śmiechu. Uświadomiłem ją, choć to daremny trud.
Potem zrobiła kolejny test i okazało się, że nie jest jednak w ciąży. Odetchnąłem z ulgą, nie żebym miał się czego bać, ale jednak szkoda dziecka, żeby miało taką "madkę". I choć dziewczyna ładna i fajna, to teraz już wiem na pewno, że nigdy się z nią nie umówię, bo jeszcze by nasze ewentualne dzieci po niej inteligencję odziedziczyły.
Dodaj anonimowe wyznanie