#4tblz

Najbardziej anonimowy temat dla mnie – fantazje w trakcie robienia sobie sami-wiecie-czego z wibrującym kumplem. Z chłopakiem mamy bardzo otwarte podejście w tego typu sprawach, a nawet jemu nigdy nie powiem, o czym wtedy zdarza mi się myśleć.

BDSM w totalnie hardkorowej formie – amputowanie kończyn (robienie takiego bezradnego kadłubka), masakryczne tortury z lejącą się krwią, zostawianie kogoś na pewną śmierć, przypalanie rozżarzonymi prętami, rażenie prądem... i inne w tym klimacie.

Klimaty bardziej „średniowieczne” – trzymanie kogoś w metalowej klatce, która utrzymuje go w cholernie niewygodnej pozycji, zakopywanie w ziemi z samą wystającą głową i zwabianie mrówek. Przywiązywanie nago do drzewa i smarowanie miodem (pszczoły, wiadomo). Karanie za przewinienia publicznym, wielokrotnym gwałtem.

Klimaty SF – używanie ludzi do posranych publicznych eksperymentów, np. podłączanie nago do odpowiedniej aparatury i sprawdzanie, jak długo wytrzyma psychika w stanie maksymalnego podniecenia bez możliwości osiągnięcia orgazmu. Albo ostatnio jeszcze świeża – trzymanie ludzi w takich dużych akwariach, również nago, z podłączonym tylko powietrzem do ust i żywieniem dożołądkowym, skrępowanymi kończynami, również oczywiście publicznie. Jak wiadomo, załatwiać potrzeby fizjologiczne muszą, więc robią to w tę wodę przy tłumach gapiów. Woda jest filtrowana, ale nie od razu...

Jeszcze fantazje, gdy mam doła – wtedy dochodzę w trakcie wyobrażania sobie, jak umieram z ręki ukochanej osoby. On mi np. rozcina żyły i czeka, aż się wykrwawię, przytulając mnie i mówiąc, że mnie kocha. I takie tam.

Tak poza tym mam normalne, udane życie łóżkowe. Nic z tych fantazji nie chciałabym za nic w świecie nigdy realizować... Zwykle po wszystkim jest takie WTF... o czym ja myślę...

#5lkFD

Jestem w związku już pięć lat. Właśnie leci szósty rok. Oświadczył mi się dwa lata temu. Na początku wszystko było świetnie. Dogadywaliśmy się, super spędzaliśmy czas ze sobą, często wychodziliśmy. Jednak od pewnego czasu jest inaczej.

Od początku wiedziałam, że komputer jest jego światem. W końcu jest programistą, lubi gry, ale chyba nie dostrzegałam tego, jak bardzo. Ostatnie miesiące (nie chcę przyznać, że lata) wyglądają tak, że on siedzi przed kompem – najpierw praca, później odpoczynek, a ja pracuję od rana do wieczora, a gdy mam wolne, to ogarnę chatę i siedzę przed telefonem lub oglądam Netflixa. Co jakiś czas spotykamy się ze znajomymi, a niestety mamy ich garstkę. Jednak nie mam co marzyć o jakimś spacerze, chyba że odbędę z nim rozmowę, w trakcie której albo się popłaczę, albo huknę na niego i wtedy coś zatrybi. Na moment. Zawsze gdy pytam, czy pójdziemy na spacer, czy gdzieś wyjdziemy, żeby się poszlajać, to nie, bo albo bolą go zatoki, albo mięśnie... I tak cały rok. Powoli mam tego dosyć. Mamy piękną zimę, właśnie spadło tyle śniegu, że ulice są zasypane. Spytałam się go, czy pójdziemy może jutro do lasu, pooddychać powietrzem. W głosie słyszałam, że nie, ale stwierdził, że „zobaczy, jak się będzie jutro czuł” (bo ma zakwasy po treningu).

Czuję, że dłużej tego nie wytrzymam, jestem jak ptak w klatce, duszę się. Nie jestem typem jakiejś ekstrawertyczki, ale mam też swoje granice. Bardzo go kocham, ale boję się, że my nie jesteśmy razem, tylko obok siebie, a nie o to chodzi chyba w związku. Powoli zaczynam się chyba nudzić tą zabawą w klatkę, jestem bardzo osowiała. On wysyła mnie do psychologa (mam swoje traumy i problemy), ale powoli zastanawiam się, czy problem nie jest we mnie, a w NAS.

Na jesień mamy wyjechać z kraju. Jednak wiem, że gdy wyjadę, będę zdana na niego z powodu języka i braku znajomości miasta. Czyli siedzenie w domu (+praca) w obcym kraju. Boję się, że nie dam rady. Zdziczeję jak lis. Zeświruję. Szybko wrócę, ale nie wiem, czy wtedy będzie miejsce dla niego i jego introwertyzmu. Nie wiem, co mam dalej robić.

#TcO5n

Babcia oprócz bajek na dobranoc opowiadała mi też historie wojenne. Uwielbiałem słuchać kawałków o radzieckich żołnierzach, którzy mieli obsesję na punkcie zegarków (wszystkie kradli, bo uważali, że są magiczne) lub o tym, jak rodzina szwagierki babci ukryła partyzantów w dołku pod deskami podłogi w oborze, gdy Niemcy przeszukiwali gospodarstwo i uratowało ich to, że krowy nalały i narobiły na te deski w trakcie inspekcji.
Zapytałem się raz babci, czy był taki moment w jej życiu, kiedy naprawdę się bała.
Odpowiedziała mi, że na początku wojny, gdy Niemcy zajęli gospodarstwo i dom pradziadka, by w nim stacjonować czy skorzystać w jakiś inny sposób. Jeden z niemieckich żołnierzy kazał jej, 15-letniej dziewczynie, oskubać jednego z kurczaków na obiad. Babcia jako krewka nastolatka odpyskowała mu po polsku w typowym dla siebie stylu: „A w d**ę ci obiore!”. I był to błąd, miała bowiem do czynienia ze Ślązakiem, który znakomicie władał polskim, okazało się też, że nie był byle szeregowcem. Ustawił babcię pod płotem, ustawił kilku żołnierzy w szeregu i kazał rozstrzelać ją na oczach wszystkich zgromadzonych. Przerażona babcia zrozumiała, że znalazła się na własnej egzekucji.
Wtedy podszedł do nich jakiś wyżej postawiony nazistowski wojskowy i powiedział do Ślązaka: „Daj spokój, Hans, to jeszcze dziecko, puść ją i daj jej oskubać tego kurczaka”.

Tym oto sposobem dowiedziałem się, że Niemiec uratował życie mojej babci.

#IwirV

Do dziś nikt nie wie, że to moja wina.

Kiedy byłam dzieckiem, moi rodzice często się kłócili. Właściwie dogadywali się tylko wtedy, gdy akurat przyjeżdżał ktoś z rodziny albo jacyś przyjaciele. W tamtych czasach przyjeżdżała też do nas ciocia, którą bardzo lubiłam, bo kupowała mi prezenty, zabierała w różne miejsca itd. Mój dziecięcy móżdżek połączył te dwie rzeczy i doszedł do prostego wniosku – jeśli ciocia z nami zamieszka, rodzice przestaną się kłócić, a ja częściej będę dostawać prezenty.
Co postanowiłam zrobić? Nie, nie poprosiłam jej, żeby z nami zamieszkała. Zamiast tego wykorzystałam to, że mama miała zapasowe klucze do mieszkania cioci i gdy ta była w pracy, ja weszłam do jej mieszkania, odpaliłam świece i porozstawiałam je w całym domu blisko zasłon i innych łatwopalnych przedmiotów... Zadziałało.

#udlAd

Gdy byłam dziewczynką, często szłam na autobus z rana i ze szkoły wracałam późno. Nie mieszkałam w spokojnej okolicy, więc często napotykałam tzw. Sebixów, którzy patrzyli się z taką dziwna miną. Zamiast uciekać czy przyspieszać kroku bądź napisać SMS-a, że się boję albo coś, zwalczałam strach bardzo niekonwencjonalnym sposobem.
Wszystkim ludziom, których się bałam, mówiłam: „Dzień dobry” lub „Dobry wieczór”.

#Md6YJ

Ojciec od kilku(nastu) lat robi porządek w piwnicy. Jak na polską rodzinę przystało, mamy tam masę rzeczy zachomikowanych przez lata. 
Sprawdzam dzisiaj maila, a tam mail od ojca z zestawieniem w Excelu wszystkich możliwych przetworów, z uwzględnieniem pochodzenia (od których dziadków, który sklep), datą produkcji i spożycia, objętością i ilością. W spisie znalazły się też rzeczy, których nie ma.

Więc jeżeli spytasz mnie np. o brzoskwinie, to powiem Ci, że mamy dwie puszki, Harvin, ważne do 2012, znajdujące się na regale z kompotami.

#TAH40

Latem kolega z pracy zaprosił mnie i jeszcze kilka osób z firmy na grilla. Przyjechaliśmy, pogoda ładna, jedzenie apetyczne. Dzieciaki się bawiły niedaleko. W pewnej chwili tuż obok mnie zauważyłem, jak starszy syn gospodarza mocno okłada pięściami młodszego i nie przerywa, mimo że ten już się rozpłakał. Jako że działo się to tuż obok mnie, to interweniowałem: „Hola, hola, kolego, nie powinieneś bić swojego braciszka, popatrz, on jest dużo mniejszy od ciebie”. A on na to krzyknął: „To czemu tata bije mnie?”. Atmosfera zrobiła się cokolwiek niezręczna.

#oSoW7

Jestem dosyć wysoką osobą i ludzie często w pewien sposób to wykorzystują. Co chwilę słyszę coś w stylu: „Chodź pomóż, bo ja nie sięgnę”, a że nie umiem odmawiać, to całkiem często zdarza mi się coś robić dla kogoś.

Pewnego dnia mama chciała, żebym pomogła jej zdjąć zasłony z okien. W salonie mamy karnisz bardzo wysoko, więc żeby się tam dostać, musiałam stanąć na oparciu fotela. Oczywiście żebym ja nie spadła, to ktoś inny musiał na tym fotelu siedzieć – usiadła tam moja mama.
I wszystko szło bardzo dobrze, tylko w pewnym momencie zadzwonił jej telefon, a ona odruchowo wstała, żeby go odebrać. A grawitacja zrobiła swoje...

Przez długi czas potem nie prosiła mnie o pomoc w pracach na wysokości ;)

#h9M7y

Jestem kierowcą ciężarówki. Zdarza się, że tiry muszą się wyprzedzić na autostradzie, ja jadę 85, kolega przede mną 81 i robi mi to ogromną różnicę na przestrzeni, dajmy na to, 600 km (nawet na mniejszej, jeżeli zbliża się koniec czasu jazdy, a miejsc na parkingach coraz mniej). No więc biorę się za wyprzedzanie, mamy w Polsce prawie zawsze dwa pasy, więc przez kilka minut blokuję lewy, nie ma innej możliwości. Dojeżdżam do kabiny kolegi, i w tym momencie dojeżdża mi do tyłka osobówka, która robi mi dyskotekę długimi... I teraz mam pytanie do wszystkich, którzy tak choć raz w życiu zrobili. Co autor miał na myśli? Co ja mam zrobić? Zepchnąć tira z prawego do rowu, żeby ten z tyłu przejechał? Zahamować, schować się na prawy i przepuścić waćpana? A może włączyć super turbo, bo przecież tiry mogą jechać 300 km/h, ale nie jeżdżą, bo po co?
Napisałem dość ogólnie, bo zdarza mi się to regularnie. Życzę więcej zrozumienia i kierowcom małych, i kierowcom dużych.
Dodaj anonimowe wyznanie