Mam 23 lata. Od paru ładnych miesięcy (jak nie ponad roku) trenuję na siłowni z trenerem personalnym. Nazwijmy go A.
A. jest niebieskookim blondynem i jak na trenera przystało, jest dobrze zbudowany (ale też bez przesady). Na początku wiadomo, relacja trener-adept, czyli sztywne relacje i nic ponadto. I tak wiele miesięcy. Lecz coś się ostatnio, przynajmniej z mojej strony, zmieniło. Kiedy zaczęłam mieć problemy ze spiętymi mięśniami, A. jako jedyny się przejmował (byłam u lekarzy – oczywiście wg nich udawałam, że coś mi jest). Kazał robić mi różne ćwiczenia na treningach, potem wciskał mięśnie dla ich rozluźnienia. Z treningu na trening coraz więcej mięśni mi się spinało, aż w końcu doszło do sytuacji, że nie dość, że kulałam na lewą nogę, to jeszcze nie kręciłam głową – szyja padła. Znów uciskanie mięśni i w tym momencie masaże (na siłowni wśród ludzi). Wszystko to mi pomogło i cóż powiedzieć więcej? Zakochałam się.
Teraz za każdym razem, jak przychodzę na siłownię, momentalnie mi się humor poprawia, mam ciary podczas pomiarów, a kiedy A. stoi za mną, jak jestem na bieżni, to jak coś powie, to umieram na zawał.
W tym momencie się wszystko psuje: nie umiem rozpoznać, czy mu się podobam, już nie mówiąc o zagadaniu. Pierwszy raz czuję coś do faceta, a nie chcę się pogrążyć, bo mogą się skończyć treningi i nigdy więcej go nie zobaczę...
A. jeśli to czytasz, to wiedz, że za każdym razem, kiedy mam mieć trening z tobą, to wraca mi energia do życia i mam motyle w brzuchu.
Jesienią wybrałam się z psem na spacer na sąsiednie osiedle, jakieś 20 minut na nogach. Chodzę sobie spokojnie i nagle puściłam soczystego bąka, dobrze, że nikt za mną nie szedł, bo by chyba zdechł od smrodu. Za kilka minut znowu... Tym razem był to śliski cichacz, także zabójca... Ale idę spokojnie dalej w głąb osiedla. I to był mój błąd. Gdy zbliżał się kolejny bąk, to ja już wiedziałam, że to nie będzie tylko sprężone powietrze z mojego tyłka, ale kupa. Postanowiłam wracać więc do domu, a wiedziałam, że nie mam blisko.
Idę wyprostowana z zaciśniętymi pośladami i udaję, że tak normalnie chodzę. Po drodze zaczęłam się rozglądać za jakimiś krzakami, ale gdzie tam... Jak był jakiś krzaczek, to bez liści i na widoku. Dobra, idę dalej, w głowie mam tylko jedną myśl – „Nie zesraj się, nie zesraj się. Już coraz bliżej”. Jeeest, widzę już swój blok, a tyłek od razu to wyczuł. Oczy mi wyszły na wierzch, pot mnie oblał, ale wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać. Będąc coraz bliżej klatki, szybko wyciągnęłam klucze, widzę, że nikogo nie ma, to biegnę. Otworzyłam drzwi od klatki i jakby mi trochę przeszło, więc stwierdziłam, że jak już mi tylko zostało dojść na to moje czwarte piętro, to spokojnie dojdę. Na drugim piętrze już nie było tak spokojnie, wiedziałam, że to ostatnia chwila. Zanim otworzyłam drzwi od domu, a wiadomo, w takich sytuacjach albo spadną klucze, albo nie można trafić do zamka... Jeeeest! Otworzyłam drzwi, lecę do kibla, w głowie już mam wizję, że zostałam bohaterem. Ale nieeee... Nie zdążyłam ściągnąć spodni... Zesrałam się w gacie. A jak już poszło, to dokończyłam bez ściągania spodni. I nie, to nie był klocuszek twardzioszek, tylko rasowa wodzianka, która wyleciała mi nogawką :(
Niedawno skończyłam studia, obrona poszła gładko. Ale nie o tym...
Przez całe studia dorabiałam na jednej z setek siłowni w moim mieście.
Poza wypłatą miałam kilka dodatkowych benefitów. Między innymi nielimitowany czas na siłowni po pracy, z dostępem do wszystkich stref. 30 minut w trakcie pracy było przeznaczone na trening typu zdrowy kręgosłup, gdyż większość dnia siedziałam lub stałam, to była super inicjatywa. Na koniec dnia wszystkie kanapki i tosty były dla nas lub do wyrzucenia. Tyle oficjalnie...
Od cholery ludzi zostawia na siłowni swoje rzeczy. Od bielizny przez buty, kurtki po elektronikę i zabawki erotyczne. Wszystko co zostanie znalezione ląduje w pudle i klient ma trzy dni na odbiór; jeśli to coś cennego jak portfel, telefon lub klucze od auta, to wszystko czeka rok. Po tym czasie mamy obowiązek wszystko wyrzucić do kosza, którego nie da się otworzyć bez klucza. Nikt nie pilnował tego, czy śmieci trafiają do tego kosza, tylko pilnowane było, by nic z niego nie szło wyciągnąć.
W ciągu trzech lat sprzedałam na necie dziesiątki par butów, toreb sportowych, elektroniki i wszystkiego innego. Oczywiście zachowałam wszystkie procedury, nigdy nie oszukiwałam, jedyny moment to było wynoszenie śmieci – to, co chciałam zabrać, w drodze do kosza wrzucałam do dużej torebki.
Nie czuję się z tym źle, nie mogłam oddać tych rzeczy, często nikt nigdy po nie się nie zgłaszał, a ja dorobiłam sobie do bardzo ograniczonego budżetu studenckiego. A bardzo było mi szkoda wyrzucić często prawie nowe, dobre, markowe rzeczy.
Przetrwałam i było warto.
Historia z dzieciństwa.
Mama często zabierała mnie do kościoła w niedzielę. Z racji tego, że nam się nie przelewało, to często nie dawałyśmy na tacę. Gdy miałam kilka lat, byłam przekonana, że ksiądz chodzący po składce zbiera zwyczajnie śmieci od ludzi, np. po cukierkach itp. Tak było mi go szkoda, że dałam mu do koszyczka skasowany bilet autobusowy, aby nie było mu smutno, że ma pusty koszyczek.
Moja mama była wręcz purpurowa ze wstydu.
Parę lat temu, gdy jeszcze pracowałem w pewnej firmie, bardzo podobała mi się dziewczyna z innego działu. Często widywałem ja na imprezach, ale zawsze albo nie było okazji, albo za bardzo się wstydziłem, aby do niej zagadać. Aż pewnej pamiętnej soboty się udało. Rozmawialiśmy pół wieczoru, tańczyliśmy, piliśmy i bawiliśmy się tak, jakby jutro miało nie nadejść. W pewnym momencie obiekt mojego zauroczenia zmrużył namiętnie oczy i zapytał, czy pójdę z nią do jej domu. Zanim skończyła to mówić, ja już byłem gotowy do wyjścia, ubrany i z nadziejami na wspólną noc.
Kiedy dotarliśmy pod drzwi jej mieszkania, dziewczę pocałowało mnie w policzek i rzekło: „Dziękuję ci bardzo za to, że mnie odprowadziłeś. Mój mąż bardzo nie lubi, gdy wracam w nocy sama”.
To był prawdziwy pocałunek Judasza...
Pochodzę z rozbitej rodziny. Ojca nie znam, a matka zmarła zaraz po tym, jak zdałem maturę. Na studia nie poszedłem, znalazłem szybko jakąś pracę i po prostu zacząłem jakoś żyć. Od zawsze mieszkałem w jednym, dość małym miasteczku (to dość istotne).
Tak wyszło, że się zakochałem. Byłem w związku ponad rok, kiedy pewnego dnia dowiedziałem się, że moja dziewczyna odebrała sobie życie. To był cios, nie zostawiła żadnego listu, nikt nic nie wiedział i każdy z tej niewiedzy zaczynał wariować.
Rodzina dziewczyny stwierdziła, że to moja wina, padły oskarżenia, że może to ja jej odebrałem życie, a nawet jeśli tego nie zrobiłem, to na pewno zrobiła to przeze mnie. Wtedy zaczął się mój koszmar. Wiadomo, jakie jest życie w małym miasteczku, wszyscy się znają i każdy podłapuje każdą plotkę, dlatego też nie minęło wiele czasu, jak moi znajomi zaczęli się powoli ode mnie odsuwać. Zacząłem pić, nie mogłem sobie z tym poradzić. Tego okresu w swoim życiu praktycznie nie pamiętam, cały czas byłem pijany. Straciłem pracę, reputację. W miasteczko przyklejono mi łatkę tego, który sprowadza na ludzi nieszczęście, faceta, który przez trudne dzieciństwo niszczy życie wszystkim w okolicy.
Gdy moje uzależnienie sięgnęło apogeum, postanowiłem rzucić to wszystko w cholerę. Ogarnąłem się, zabrałem wszystkie swoje rzeczy i wyjechałem na drugi koniec Polski. Nowy start, czysta karta. Nadal miałem problem z alkoholem, ale zaczepiłem się w jakiejś firmie na stanowisku za najniższą krajową i zacząłem powoli wszystko sobie układać. Zerwałem z alkoholem, zmieniłem pracę na lepszą, zacząłem nawet studia. Mam kilku znajomych, którzy oprócz tego, że miałem problem z piciem, nic nie wiedzą o moim poprzednim życiu. Boję im się cokolwiek powiedzieć, chociaż wiem, że w decyzji mojej dziewczyny nie było mojej winy. Mimo wszystko po tym, co przeżyłem, po prostu się boję, że znów zostanę przez wszystkich odtrącony.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mogę nawet pomyśleć o osobie, którą naprawdę kochałem, bo każda myśl o niej przywołuje falę wspomnień z mojej osobistej apokalipsy.
Było mi tak wstyd za głupi komentarz mojego brata na Facebooku, że wkradłam się na jego konto i mu je usunęłam...
Gdy miałem tak z 7 lat, może 8, pan od religii zabierał nas do kościoła, by się pomodlić albo poznać drogę krzyżową. Aż któregoś dnia genialny ja postanowiłem wziąć kolegów i koleżanki z podwórka i oprowadzałem ich dookoła kościoła, omawiając drogę krzyżową.
I teraz wyobraźcie sobie, że siedzicie w kościele, a dookoła łazi grupka dzieciaków zafascynowana obrazkami z Panem Jezusem 😊
Kiedyś w podstawówce na lekcji WF-u ćwiczyliśmy robienie tak zwanej „świecy”.
Jako że jestem całkiem zwinna, to bardzo dobrze mi to wychodziło. Nauczycielka poprosiła mnie na środek, żeby pokazać innym, jak poprawnie wykonać to ćwiczenie. No więc zadowolona, że się pochwalę przed kolegami, poszłam na środek sali i podniosłam nogi do świecy. Pani mnie pochwaliła i wszystko byłoby świetnie, gdyby na koniec nie wymsknął mi się okropnie głośny pierd... Wszyscy zaczęli się ze mnie śmiać, bo oczywiste było, kto był sprawcą.
Do teraz każdy mi to wypomina.
Ostatnio byłem u siostry i siostrzenicy. Siedzę i piję kawkę z siostrą, gdy nagle zwróciliśmy uwagę, że u Julki jest strasznie, niepokojąco cicho. Postanowiliśmy pójść zobaczyć, co się u niej dzieje. Wchodzimy do pokoju i widzimy Julkę klęczącą nad swoimi misiami i różnymi lalkami ustawionymi w dużym kółku, a w środku tego kółka leży jakieś pudełko.
Pytam:
– W co się bawisz, Juleczko?
– W POGRZEB...
Zamurowało nas... Siostrzenica ma 5 lat :/
Dodaj anonimowe wyznanie