Dowiedziałem się, że ojciec nigdy mnie nie lubił, ponieważ jestem adoptowany.
Powiedział mojej mamie, że zawsze chciał mieć własne dziecko i przez nią (chociaż właściwie to przeze mnie) jest nieszczęśliwy.
Przynajmniej już wiem, dlaczego miałem całe dzieciństwo ogromny dysonans, kiedy widziałem, jak inne dzieci są traktowane przez swoich ojców, a ja byłem dla swojego jak zło konieczne.
Moja babka od angielskiego w podstawówce była lekko psychiczna, a w dodatku się na mnie uwzięła. Wszystko zaczęło się całkiem niewinnie. Ósma klasa, lekcja angielskiego. Siedziałam wtedy w ostatniej ławce, a na tablicy był wyświetlony jakiś tekst. Biorąc pod uwagę, że był on napisany czcionką rozmiaru nie więcej niż 11, a ja siedziałam przynajmniej pięć metrów od tablicy, miałam prawo nie widzieć. Tylko że ten babsztyl stwierdził, że kłamię i jestem leniwa. Wpisała mi uwagę, a przez następne kilka tygodni przy każdej możliwej okazji dogryzała mi, że nie widzę. Ale na tym się nie skończyło. Kilka dni później, gdy miałam okres i poczułam, że muszę wyjść do toalety, spytałam grzecznie o pozwolenie, a ta nie zwracając większej uwagi, pozwoliła. Wszystko było dobrze do momentu, aż usłyszała, że coś szeleści, a w mojej dłoni znajduje się foliowy różowo-biały pakunek z podpaską. Wtedy wpadła w szał. Dosłownie ośmieszyła mnie przy całej klasie, mówiąc same okropne rzeczy. Sprawa trafiła do dyrektora, jednak ten wszystko zamiótł pod dywan.
Nie przejmowała się, czy byłam w szkole, czy już po lekcjach. Raz przyszedł po mnie dwa lata starszy chłopak. Zrobiła mi aferę, a kilkanaście minut później widzę w dzienniku uwagę o treści: „Uczennica szlaja się i publicznie obściskuje ze starszym chłopakiem”. A najlepsze, że to przeszło i nikt specjalnie się tym nie przejął. Przez następne miesiące wpisywała mi uwagi za jakieś drobnostki. Koszulka na ramiączkach? Uwaga. Niezawiązane buty? Uwaga. Pomalowane paznokcie czy rzęsy – uwaga. Miałam więcej uwag niż największy łobuz w szkole. A było tak do dnia, aż w moim dzienniku nie pojawiła się uwaga od treści: „Uczennica pali papierosy i zachowuje się nieakceptowalnie”. Wiecie, co było jej papierosem? Patyczek od lizaka. A wiecie, co się stało z nauczycielką? Zainteresowało się nią kuratorium, a teraz ma zakaz nauki.
Proszę bardzo, jeden upierdliwy nauczyciel z głowy! Z perspektywy czasu nadal mnie dziwi, jak bardzo można uwziąć się na dziecko, bo to nie widziało, co jest napisane na tablicy.
Ten moment, gdy WORD proponuje ci zwrot pieniędzy, jeśli zdasz egzamin...
Nie zdałam już 23 razy.
KURTYNA.
Gdy byłam mała, moi rodzice mieli prawdziwego hopla na punkcie bioenergoterapii, radiestezji i wróżbiarstwa. Jeździliśmy regularnie na targi bioenergoterapii, gdzie można było kupić przeróżne amulety, odpromienniki i wahadełka, a także zbadać sobie aurę czy skorzystać z usług wróżki. Rodzice wydawali na to bardzo dużo pieniędzy. Nie zapomnę nigdy tych różnych figurek, które miały przyciągać pieniądze i dobrobyt. Słoniki, żaby z monetami w pyszczku, lusterko, które tata przykleił na oknie (miało ono ponoć przyciągać pieniądz z banku, który był naprzeciwko)... W każdym pokoju były poustawiane na podłodze kamienie, które pierw tata sprawdzał wahadełkiem, żeby dowiedzieć się, z której strony promieniują dobrą energią. Miałam zabronione je ruszać, bo wtedy zmieniały swój tor oddziaływania. Niestety zdarzało mi się je przetrącić choćby podczas zabawy i wtedy była awantura. Później moja mama zaczęła wróżyć z kart i często jej przyjaciółki czy rodzina przychodziły do nas na takie wróżenie. Do tego moi rodzice uczyli się „leczyć” inne osoby, dotykając ich i przekazując im energię. Jak byłam chora, też starali mi się tak pomagać. Niestety nie działało. Pamiętam, że w przedszkolu mojego kolegę bolała głowa. Przyłożyłam mu swoje ręce do czoła, wierząc, że uśmierzę jego ból.
Gdy byłam już nastolatką, przestawałam w to wszystko wierzyć. Mówiłam wprost, że to co rodzice robią to zwykłe bajki. Później zaczęło się źle dziać w naszej rodzinie. Rodzice mieli bardzo duże problemy finansowe i mieszkaniowe. Ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Poczytali wtedy o czymś takim jak okultyzm i stwierdzili, że tak źle im się zaczęło dziać przez to wszystko, czym się zajmowali, bo pokarał ich za to Bóg. Zaczęli wszystko po kolei wyrzucać. Pamiętam, jak zapakowali te różne „magiczne” figurki i kazali mi je wywieźć na drugi koniec miasta i wyrzucić do śmieci. Później dopiero się zaczęło. Zaczęli wzywać do nas do domu księży egzorcystów, żeby wypędzili złego ducha. Sypali solą po kątach pokoju, co bardzo mnie denerwowało, bo miałam ubrudzone szafki, a nie było mi wolno tego zmywać. Koniec końców udało im się wyjść na prostą, mimo że musieli sprzedać mieszkanie i zrezygnować z prowadzenia własnej działalności.
Teraz gdy jestem dorosła i to wspominam, to z jednej strony chce mi się śmiać, a z drugiej strony ogarnia mnie przerażenie.
Jest sobie taka muzyczna telewizja czteroliterowa, która bardziej wszystkim kojarzy się z radiem o tej samej nazwie. I jest tam blok, podczas którego prezenterka zaczepia ludzi na ulicy, pytając ich, jaka im muzyka aktualnie przygrywa na słuchawkach. Proste i fajne. W tamtym roku to ja zostałem tak zaczepiony. Podałem piosenkę (nie pamiętam już jaką) i poszedłem dalej. Niby nic, żadne tam nieprawdopodobne wydarzenie. Ale trochę później, kiedy wróciłem myślami do niego, naszła mnie refleksja. To był pierwszy raz od... tygodni? Miesięcy? Pierwszy raz, kiedy ktokolwiek zainteresował się tym, co u mnie, uśmiechnął do mnie, zagadał, zapytał o muzykę, która lubię. Moi tak zwani przyjaciele praktycznie nawijają tylko o sobie, nawet nie myśląc o tym, żeby przerwać na moment i zapytać o moje samopoczucie, problemy. Ja zawsze starałem się ich wysłuchać, współczuć, doradzić. To małe spotkanie na środku ulicy uświadomiło mi, że nigdy nie dostałem od nich niczego w zamian. O rodzinie też lepiej nie mówić, rodzice są zajęci kłótniami i straszeniem się nawzajem rozwodem. Nie mam w nich oparcia.
Ja wiem, że to był wywiad uliczny na potrzeby telewizji, że reporterka nie robiła tego z dobroci serca, lecz wykonywała swoją pracę. Ale to wspaniałe uczucie, kiedy ktoś się mną w ogóle zainteresował, komuś się chciało dowiedzieć czegoś na mój temat... Nie pamiętam kiedy coś takiego ostatnio czułem.
Mam 26 lat i rok temu odkryłem, że jestem dla ludzi nikim.
Poznałam kiedyś faceta, bardzo mi się spodobał, niestety ja jemu nie na tyle, aby zechciał ze mną coś stworzyć. Był na tyle uczciwy, że wprost i od razu zakomunikował, że nie będziemy razem i chodzi mu tylko o seks i inne miłe chwile. Spotykaliśmy się w wiadomym celu, szybko się zakochałam i nie potrafiłam poradzić sobie z myślą, że kiedyś go nie będzie. Więc wykorzystałam fakt, że byliśmy pijani, on bardzo, ja trochę... Wydawać by się mogło, że podjęłam wtedy głupią, nieprzemyślaną i spontaniczną decyzję, trochę pod wpływem impulsu, alkoholu, trochę strachu, że ten raz jest ostatnim razem i mając świadomość, że mam owulację, złapałam go tamtej nocy na dziecko.
Z perspektywy czasu była to najlepsza decyzja w moim życiu. Synek ma 6 lat, jesteśmy małżeństwem, a on jest cały czas, jakim odebrałam go 7 lat temu. Odpowiedzialny mąż i ojciec pełny szacunku dla mnie i cierpliwości dla syna. Siedzę na tarasie domu, który dla nas zbudował i obserwuję, jak dwie najważniejsze osoby w moim życiu grają razem w piłkę. Czy jestem egoistką? Czy zniszczyłam mu życie? Niestety częściowo tak, założył ze mną rodzinę z poczucia obowiązku, tamtej nocy zbytnio nie pamięta, uznał to za wpadkę. Nigdy nie kochał mnie taką prawdziwą miłością, choć pewnie wmawia sobie, że tak jest.
Piszę to wszystko, bo kolejny raz naszło mnie na przemyślenia, trochę ciąży mi ta tajemnica. Wiem, że jutro mi przejdzie, ale dziś znów dają o sobie znać wyrzuty sumienia.
Dopadła mnie typowo „męska” ciekawość. Od jakiegoś czasu chorobliwie zachodzę w głowę, jaki jest w dotyku biust powiększony silikonem. Wbrew pozorom niełatwo się o tym przekonać.
Moja lepsza połowa chciała mieć psa. Bardzo chciała. Wprost nie mogła żyć bez tego psa. W końcu, po dwóch latach jęczenia, dostała kartkę na urodziny o treści mniej więcej: „Jak tak bardzo chcesz, to pojedziemy jutro do schroniska, ale pod warunkiem, że to będzie twój pies – ty się nim zajmujesz, ja najwyżej pomiziam”. Zgodziła się, więc pojechałyśmy do schroniska. Pies wybrany, jedziemy do domu i żyjemy dalej.
Minęło półtora roku. Popołudniami chodzimy we trójkę na długie spacery, żeby pies się wybiegał. Za to rano i wieczorem jest zawsze to samo.
– Idź z psem.
– To twój pies.
– Twój też. Idź.
– Nie.
– No proszę, proszę, proszę...
– Zrobię śniadanie.
– To ja zrobię śniadanie, a ty idź.
– Nie, ty idź, proszę. Piesek cię potrzebuje...
Trwa to, póki ona nie ulegnie lub póki pies nie zacznie piszczeć, że musi wyjść JUŻ, wtedy ja się poddaję i wychodzę. Nie chcę, żeby cierpiał przez nasze sprzeczki.
I to jest dorosły człowiek, który zajmuje się zawodowo psami...
Gdy miałem jakieś 13 lat, Internet był jeszcze na wiadra, a łączność „radiówki” była tragiczna, miałem swoje początki z porno z internetu. Aby nie tracić czasu na ładowanie filmiku, który bym musiał w razie zagrożenia rodzicami lub rodzeństwem wyłączyć, postanowiłem, że będę je pobierać za pomocą programu z misiem w logo. Wszystko szło idealnie, miałem po tygodniu już 3 filmiki 3-, 4-minutowe. Wtedy zacząłem pobierać kolejny, 8-minutowy. Okazało się, że to filmik z gatunku pornografii dziecięcej... dwie małe dziewczynki i dwóch dorosłych. Przeraziło mnie to, bo wiedziałem, że to bardzo złe, przeraziło mnie też to, że mam to na swoim komputerze! Szybko usunąłem, ale stwierdziłem, że przecież policja na pewno to wygrzebie i pójdę do poprawczaka. Więc... popsułem komputer. Odłączyłem od prądu, śrubokrętem porysowałem płytę główną, a dysk twardy zanurzyłem we wodzie. Po tym podłączyłem komputer i było czuć swąd spalenizny, pobiegłem po tatę. Tata zobaczył, co się stało i postanowił wyrzucić komputer, ale nie kupił mi nowego od razu, bo były bardzo drogie. Pół roku bez komputera...
Teraz mam 35 lat i wiem, jak głupie było to, co zrobiłem. Komputery były drogie, a my biedni, nikomu nigdy nie przyznałem się do tego... Ale nadal doskonale pamiętam ten straszny filmik, widziałem go raz w kawałkach i wryły się one w moją psychikę i czasami wywołują u mnie strach i obrzydzenie, wspominam mój strach w tamtych chwilach. Wystarczyło kilka urywków, by te obrazy na trwałe wryły się w pamięć, nie wiem, jak się tego pozbyć. Tyle lat minęło, a to ciągle wraca.
Uważajcie, co wasze dzieci widzą w internecie.
Od dziecka pragnęłam zostać stewardessą. Bardzo się tym interesowałam. W pewnym wieku można powiedzieć, że byłam specjalistką w tym temacie. Uwielbiałam podróżować samolotami. Gdy moi rodzice szukali jakiegoś uroczego miejsca za granicą, aby spędzić tam dwa tygodnie wakacji, zawsze prosiłam o przelot samolotem.
O dziwo, nie było to jedynie przelotne, dziecięce marzenie. Ale niestety, moim rodzicom się to nie podobało. Gdy byłam w wieku, kiedy najwyższy czas decydować o swojej przyszłości, zaczęli robić mi pranie mózgu. Od straszenia mnie o różnych katastrofach lotniczych, poprzez wyśmiewanie mnie w towarzystwie, po samotność w życiu – pragnęli mnie do tego zniechęcić. Niby zawsze mówili, że sama wybiorę sobie, czym chcę się zajmować, ale skończyło się na tym, że musiałam dokonać wyboru: kończę z hobby lub mam nigdy nie pokazywać się im na oczy i nie prosić o jakąkolwiek pomoc materialną. Wybrałam bezpieczniejszą wersję i zdałam się na łaskę rodziców.
Obecnie mam 36 lat, pracuję oraz mieszkam za granicą, jestem dyrektorem ds. marketingu i szczerze nie znoszę swojej pracy. Jest męcząca, monotonna oraz stresująca do granic możliwości. Jedyny plus to wysokie wynagrodzenie i dobrzy znajomi i współpracownicy.
Mam dwie małe córeczki, które mają swoje marzenia dotyczące przyszłego zawodu. Są dosyć nietypowe, ale nigdy im nie zabronię ich wykonywać, jeżeli miałyby takie plany. Wręcz przeciwnie. Będę je wspierać i zachęcać. Mnie tego pozbawiono.
Dodaj anonimowe wyznanie