Przez większość mojego życia myślałem, że jestem hetero, miałem już dwie dziewczyny, ale przyszły obecne czasy i w moim życiu pojawił się taki jeden kolega. Właśnie przez niego zacząłem kwestionować swoją seksualność. Zaczęła do mnie dochodzić myśl, że jestem biseksualny.
Pisząc to wyznanie, jestem po coming-oucie. Powiem wam, że czuję się jeszcze gorzej niż przed tym wszystkim, jak wiedziałem tylko ja. Przyjaciołom, którym to powiedziałem, nie potrafię teraz spojrzeć w oczy, czuję, jakby w tym momencie cała nasza przyjaźń zniknęła. Może to się jakoś ułoży w przyszłości, bo nie chciałbym stracić jedynych przyjaciół jakich mam.
Wychowałam się w bardzo religijnej rodzinie. I nie chodzi mi o teatralny katolicyzm, w którym klęczy się w pierwszej ławce w kościele, a następnie wraca do domu i zmienia się w agresora. Moi rodzice zawsze starali się pokazać mi najlepszą stronę wiary i chyba im się to udało, skora zarówno ja, jak i dwaj moi bracia z własnej woli zostaliśmy ministrantami. I to nie z powodu kasy po kolędzie, ale dlatego, że chcieliśmy bliżej uczestniczyć we mszy. Razem z rodzicami modlimy się i chodzimy do kościoła. Dla mnie całkowicie normalne było to, że mogę usiąść przy stole i powiedzieć, że chcę odmówić różaniec za chorą sąsiadkę lub przyjaciółkę, której przytrafiło się kilka nieszczęść. Inni, jeśli mieli czas, przyłączali się, a jeśli mieli inne zajęcia, starali się nie przeszkadzać. Przez całe życie nie ukrywałam swojej wiary, ale także nie rzucałam jej innym w twarz. Było to mniej lub bardziej akceptowane przez moich rówieśników w różnych szkołach. Na przykład w podstawówce byłam dręczona za to, że nie chodziłam palić ze wszystkimi i nie chciałam pić alkoholu, a w liceum z kolei znalazłam ludzi innych wyznań, którzy z ciekawości chcieli rozmawiać o moim światopoglądzie i wyznawanych wartościach.
Przyszły też i czasy studiów. Na pierwszym roku większość mnie znała, ponieważ kopiowali ode mnie notatki. Chcąc się odwdzięczyć, ludzie zapraszali mnie na różne spotkania czy imprezy. Odmawiałam picia alkoholu i jedzenia mięsa w piątki oraz spotkań w niedzielę rano (chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego). Tak temat schodził na moją wiarę. Większość mojego roku deklarowała się jako niewierzący i dziwili się, jak mogę wierzyć, ale po pewnym czasie zapominali o rozmowie. Znaleźli się i tacy, którzy to wyśmiali, choć były to pojedyncze przypadki. Moja wiara odbiła się bez większego echa. Ale potem pojawiła się pandemia i tu pojawiła się najdziwniejsza sytuacja. Te same osoby, które wprost mówiły, że nie wierzą, zaczęły do mnie pisać. Pojawiły się prośby o modlitwę za mamę, babcię, kolegę... Nie miałam nic przeciwko spełnianiu ich, ale dziwiła mnie trochę postawa ludzi. Ja rozumiem, że przez złą sytuację tonący brzytwy się chwyta, ale jak ci ludzie się z tym czuli? Skoro nie wierzyli, to czy dla nich ja po prostu modliłam się w ich intencji do pustego powietrza? Rozumiem to od strony uczuciowej, ale nie światopoglądu. Czy po tej pandemii dalej uważają, że Boga nie ma i po prostu zapomnieli o wysłanych do mnie prośbach? Naprawdę jestem ciekawa, jak to dla nich teraz wygląda.
Rok temu zmieniłam pracę, tam też poznałam moją przyjaciółkę. Bardzo szybko się polubiłyśmy, nigdy z nikim nie dogadywałam się tak jak z nią. Zawsze ma czas, żeby wysłuchać moich problemów, nigdy nie zostawiła mnie, gdy byłam w potrzebie, w sekundę potrafi rozbawić mnie do łez. W pewnym momencie naszej znajomości przepadłam... Zaczęłam być zazdrosna o wszystkich jej znajomych, o to, że z kimś innym spędziła weekend. Zakochałam się...
I tu pojawia się mój problem.
Jestem przed trzydziestką, ona jest 7 lat młodsza, chociaż jest bardzo dojrzała, kompletnie nie odczuwam różnicy wieku między nami. Mam też córkę. Przyjaciółka bardzo dobrze się z nią dogaduje, nie robi problemów, żeby z nią zostać, gdy ja muszę coś załatwić, ale boję się, że to nie wystarczy...
Wiem, że ona jest lesbijką. Wyznała mi niedawno, że na początku naszej znajomości rozstała się ze swoją dziewczyną, która zostawiła ją dla byłego faceta. Powiedziała też, że już nigdy nie chce być w związku z biseksualną kobietą.
Kochani, nie wiem, co robić, kocham ją, wiem, że drugiej takiej osoby nie poznam, ale cholernie boję się powiedzieć jej, co czuję. Boję się reakcji rodziny na mój związek z kobietą i o to, że ona nie odwzajemnia moich uczuć, a bardzo nie chcę zepsuć naszej relacji. Mam milion myśli w głowie.
Patrzę na mojego atrakcyjnego męża, ubranego w drogą koszulę, wsiadającego do wypucowanego auta ze śmigłem na kierownicy. Szykujemy dzieci do przedszkola, żartujemy sobie, podlewam kwiatki na tarasie. I w tym momencie moja córka pyta, czy pamiętam, jak spałyśmy w hotelu, jak spakowałam ją w środku nocy, bo tata źle się czuł. Strzał. Otrzeźwienie. A on? Udaje, że nie słyszy. Wyparł wszystko, co się działo!!!
A w mojej głowie wróciły wakacje, na których nie trzeźwiał nawet na minutę, obrażając mnie i moje nienarodzone dziecko. Byłam w 6 tygodniu. Wróciły nocne pijackie awantury o SMS-a od kolegi, kiedy mieszał mnie z błotem i wrzeszczał, jak to mnie kur... nienawidzi. Wróciło to, jak mnie szpiegował i podsłuchiwał. Jak przyjeżdżał do mojej pracy i robił awantury. Jak po wypadku samochodowym trafiłam na SOR z podejrzeniem poronienia i 3-latkiem pod pachą, a on był zbyt pijany, żeby przyjechać. Jak nastawił przeciwko mnie moją własną matkę. I swoją rodzinę. Jak musiałam odwołać wszystkie służbowe wyjazdy, bo się bałam, że mi zrobi piekło i zniszczy psychicznie.
I ja to wszystko zniosłam. W zamian co mam? Święty spokój. Wegetuję sobie bezpiecznie w tym świecie stworzonym przez niego dla mnie, w którym wolno mi oddychać, zajmować się dziećmi, pracować (chociaż to i tak bez sensu), i wolno mi nic od niego nie chcieć i niczego nie oczekiwać. I wolno mi udawać, tak jak on, że to, o czym Wam napisałam, nigdy nie miało miejsca.
Moja teściowa to totalne dziwadło. Zasłynęła na okolicznym rynku tym, że chodziła z różdżką i sprawdzała, ile owoce mają nawozu... Na minioną majówkę zapragnęła zabrać moją córkę nad jezioro, gdzie ma domek. Kupiłam małej 10 par nowiutkich majtek. Po powrocie okazało się, że teściowa wydała je rok młodszej siostrzenicy męża, która też była na majówce u babci. Teściowa stwierdziła, że kupiłam złe majtki i były za małe. Dwa dni później córka przyznała, że babcia ani razu nie dała jej nowych majteczek. Gdy tylko je zobaczyła, oddała zapakowane tamtej. A ją zabrała od razu do najbliższego lumpeksu i kupiła używane majtki, w których chodziła cały tydzień.
Miałam zakończyć to wyznanie i wysłać, ale historii jest ciąg dalszy. Mąż po strasznej awanturze wymusił na cudownej babci odkupienie 10 par nowiutkich majtek. Dziś do pracy męża, pod jego chwilową nieobecność, teść podrzucił paczuszkę z bielizną. Była tam tylko jedna para majtek.
Okres nastoletni, dziwny czas, burza hormonów i takie tam.
Ja, lat 14, byłam strasznie nakręcona (teraz bym powiedziała, że miałam chcicę). Wyglądając przez okno, zauważyłam parę ptaków, kopulujących ze sobą na gałęzi.
Dałam upust moim emocjom do tego widoku.
To tyle.
Kiedy rozpadł się mój związek, byłam bardzo załamana. Związek nie był idealny, ale wciąż cierpiałam, winiąc się za wszystko. Wtedy przyszedł mój przyjaciel i powiedział, że najlepszym lekiem na miłość jest nowa miłość. Miał rację. W końcu pokochałam samą siebie.
Za czasów gimnazjum byłam głupia. Wstydziłam się przy chłopaku pójść do toalety, jakbym myślała, że wierzy, iż młode, niebrzydkie dziewczyny nie muszą przejmować się rzeczami tak przyziemnymi jak siku.
Byliśmy w kinie. Litry coli wypite podczas seansu dawały o sobie znać, zanim opuściliśmy salę. Ale że niby miałabym iść jak zwykły człowiek do kibla, i to jeszcze w galerii? Gdzie tam, silny mam pęcherz, wytrzyma drogę tramwajem przez dwa miasta i 20 minut drogi od przystanku do domu. Prawie się nie myliłam... Byliśmy już tuż koło mojego domu. Rozprawialiśmy o jakichś głupotach, chłopak nie był świadom toczącej się we mnie walki. „I ona wtedy powiedziała...” – mówił o czymś mój towarzysz, aż tu nagle dźwięk podobny do wodospadu. Był zimowy ciemny wieczór, wokół nas żywej duszy nie widać. „Ktoś leje wodę z okna?” – pyta chłopak, rozglądając się po ciemnych oknach, podczas gdy dźwięk trwa nieprzerwanie i nie cichnie mimo naszego przemieszczania się. Niesamowite, jak pojemny jest pęcherz... No nic, naciskałam na kontynuację tematu tak mocno (podejrzanie), że chłopak odpuścił poszukiwanie źródła... A ja lałam jeszcze jakiś metr.
W końcu stanęliśmy pod moim blokiem. Ja, mokra jak dzieciak podczas nauki korzystania z nocnika, i on, niczego nieświadomy. I w takim momencie zebrało mu się na pierwszy pocałunek... W mojej głowie panika, ale co robić, całuję. Dopóki nie poczułam jego dłoni na plecach, krzyżu, kierującej się niżej... Odskoczyłam jak oparzona i powiedziałam, że nie mogę się spóźnić. Wydukałam jakieś żałosne pożegnanie i zaczęłam iść tyłem po schodkach ku wejściu, żeby czasem lampa nad drzwiami nie oświetliła mojego zaszczanego zadu. Z krzywym, zażenowanym uśmieszkiem miałam nadzieję, że wyglądam jak w romantycznym filmie, jakbym podczas rozstania nie mogła oderwać spojrzenia od ukochanego... A nie kryła się z nieutrzymaniem moczu. I chyba tak wyszło, bo spotykaliśmy się dalej.
Jakiś czas temu byłem na praktykach weterynaryjnych w pewnym zoo. W jednym pomieszczeniu była lwiczka, powód jej pobytu tam był mi bliżej nieznany, ale wyglądała na zdrową, poza tym, że była na dość mocnych środkach uspokajających.
Byłem tam z jednym kolesiem, który mnie uspokajał, że "spokojnie, na pewno nas nie zje". No i powiedział, że mogę ją nawet dotknąć jak chcę, nie powinna zareagować. No i ją pogłaskałem delikatnie po głowie, bo ile razy w życiu można pogłaskać lwa.
Po chwili gość, który był ze mną wyszedł i powiedział, że zaraz wróci.
No to zostałem sam, rozglądam się po sprzęcie, po oknach. I nagle za moimi plecami bum! Już myślałem, że lwica się obudziła. Odwracam się i okazało się, że to jej dość duży ogon zsunął się ze stołu i walnął w metalowy bok.
Popatrzyłem na jej tylne łapy i stało się coś, czego nigdy bym nie przewidział. Nigdy nie interesowała mnie zoofilia, wręcz była obrzydliwa. Ale tym razem, to nie było takie zwykłe domowe zwierzę i coś nagle we mnie zaskoczyło. W sumie nigdy nie posądził bym siebie o to.
No i... Chciałem zobaczyć ją tam, między łapami, pod ogonem. Czemu? Bo to był lew? Bo coś w nim było szczególnego? Nie wiem.
Rozchyliłem jej łapy i popatrzyłem.
Czemu mnie to kręciło?
Ale poczułem taki dreszcz w brzuchu i chciałem zobaczyć, jak to jest tam w środku.
Więc... wziąłem palca i wsadziłem do... środka. Poruszałem kilka razy. W tym czasie zrobiła się bardzo mokra wewnątrz i zaczęła wydawać takie dźwięki...
Po chwili się opamiętałem i w sumie trudno powiedzieć, o czym wtedy myślałem.
Zaraz potem przechyliłem ją z powrotem na bok i czekałem, dopóki tamten koleś nie przyszedł.
Do teraz często o tym myślę i zastanawiam się, co mnie do tego popchnęło.
Regularnie oddaję krew. Poszedłem do RCKiK, ankieta, krew do badań, pogadanka z lekarzem.
- Waga dalej taka słaba? (Tutaj muszę nadmienić, że zawsze byłem, jak ja to lubię określać, "oszczędnie zbudowany", ale teraz i tak nie jestem nawet blisko mojej najniższej wagi).
- Taaak.
- No to jeszcze posłuchamy serducha.
Podciągnąłem do góry t-shirt i w tym momencie lekarka wpadła w histeryczny śmiech. Nikt nigdy wcześniej tak nie zareagował na mój widok...
Dodaj anonimowe wyznanie