#eYX0Y
Włos w jedzeniu? Wyciągam i jem dalej.
Mucha siadająca na jedzeniu na stole? Odganiam i tyle.
Soczysty pierd w autobusie albo na ulicy? Nic szczególnego.
Obgryzanie paznokci w miejscu publicznym? Spoko.
Jedzenie przy wyznaniach o gównach? Bomba, nie ma to jak pojeść i poczytać.
Ale nieziemsko wku**ia mnie, gdy ktoś, przygotowując jajka na twardo, dobrze nie umyje ich po obraniu, co powoduje, że mam odruch wymiotny, kiedy tylko natrafię na skorupkę. Robiąc jajka na twardo, sam bardzo dbam, aby nigdzie nie pojawił się najmniejszy, najdrobniejszy kawałeczek skorupki.
Takie tam wyznanie o tym, że lubię gładkie i czyste jajka :D
#AvCwX
#iDz5V
#oJQWZ
Gdzie problem? Głupio mi opowiadać o nim moim przyjaciółkom. Jedna zaczyna trochę marudzić, pewnie czując zazdrość i smutek, druga nie kryje się z tym, że jest jej przykro, w jakiej rodzinie się wychowała, ostatnia czasem brzmi, jakby miała do mnie pretensje. Ale czy to moja „wina”, że nie urodziłam się tam, gdzie one i jestem szczęśliwa? To prawie tak, jakbym się taty wstydziła, ale już dawno przestałam o nim opowiadać.
#otSuV
Był gorące lato. Mama pracowała, a moi dziadkowie będący już na emeryturach co roku zabierali mnie na wakacje do domku nad morze. Siedziałem tam od czerwca do września. Luksusów nie było, łazienki też nie. Za ubikację robiła sławojka, myliśmy się w misce, a zęby szorowało się na dworze, wypluwając wodę w krzaki.
I tak właśnie koło 23, jak co wieczór, wyszedłem z dziadkiem umyć kły. Ja, jak to dzieciak, skończyłem tę operację szybko i odwróciłem się w stronę domku, cierpliwie czekając, aż dziadek skończy szorowanie swoich zębów. I wtedy nieoczekiwanie zobaczyłem coś przedziwnego. Nisko, bo może ze 30 metrów nad ziemią, dokładnie nad dachem domu, bezszelestnie przeleciał wielki niczym samolot świecący się na pomarańczowo obiekt. Przemieszczał się stosunkowo wolno, a ja nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa. Stałem jak wryty. Dopiero kiedy tajemnicza kula zniknęła gdzieś za drzewami, wydałem z siebie wrzask. Szarpiąc dziadka za rękaw, krzyczałem, że oto byłem świadkiem inwazji kosmitów, że ufo Bałtyk atakuje, że trzeba do „Nie do wiary” zadzwonić...
Dziadek leniwie wypluł wodę z ust i jak przystało na trzeźwo myślącego inżyniera parającego się astronomią, rozpoczął wykład o ciałach niebieskich. „To mogła być na przykład spadająca gwiazda. Albo sonda. Spójrz na to gwiaździste niebo, jak wyraźnie wszystko widać. Tam na przykład jest Wielka Niedźwiedzica, widzisz? A tu masz Drogę Mle...”. Nie skończył. Nad domkiem, dokładnie po tym samym torze, po którym przemknęło moje „ufo”, jak gdyby nigdy nic przeleciały dwa takie same obiekty. Powoli, bezdźwięcznie, rozświetlając swoim blaskiem całą działkę. Teraz nie tylko ja, ale i mój dziadek stał jak sparaliżowany, nie mogąc wydać z siebie ani słowa. Wielkie kule zniknęły, a my przez chwilę jeszcze tak trwaliśmy w bezruchu. Następnie dziadek energicznie chwycił mnie za rękaw i szybko zawlókł do domu.
Przez kolejne lata, zawsze jak pytałem go o tę historię, to patrzył na mnie z lekką zgrozą i starał się zmienić temat. W sumie to nie wiem czemu.
#WH4xZ
Jakiś czas temu jeszcze próbowałam to ratować, starałam się go zawsze wspierać, słuchałam, gdy chciał się wygadać, proponowałam wyjścia, przymilałam się itp. Od kilku miesięcy coraz bardziej widzę, że z drugiej strony nie otrzymuję tego samego. Nasze rozmowy kręcą się głównie wokół pogody albo tego, jak było w pracy, inne tematy pojawiają się rzadko. On nie lubi rozmawiać o poważniejszych sprawach, typu nasza relacja, jakieś wspólne plany, bo uważa, że to prowokowanie do kłótni.
Wspólne wyjścia organizuję zwykle ja, on się łaskawie zgadza – choć też nie zawsze. Ostatnio wyszukałam ciekawe spacery z przewodnikiem po mieście – a po co, a na mieście tyle ludzi, po co tam łazić, jak to wszystko znamy. Znajomi zaproponowali wspólne wyjście na stand-up – niby chciał, ale trzy razy mu przypominałam, żeby sprawdził, czy ma wtedy wolne, ostatecznie i tak nie poszedł, a potem miał do mnie pretensje, że mu nie przypomniałam. Ma babcię w górach – co dwa miesiące słyszę, że możemy do niej pojechać, pochodzić po górach, wypocząć... Od dwóch lat nie potrafi takiego wyjazdu zorganizować.
Nie lubi/nie chce/boi się rozmawiać z moimi rodzicami – gdy jesteśmy u nich, mruknie „dzień dobry” i najchętniej od razu ucieka na górę, jest mi wtedy mega głupio. On uważa, że zachowuje się normalnie u mnie w domu.
Zauważyłam taki schemat, że przez tydzień jest fajnie, sporo rozmawiamy, pojawia się czułość, wychodzimy razem, po czym na kolejne dwa tygodnie on wpada w swoje dziwne humory, wkurza się nie wiadomo o co i prawie nie mamy ze sobą kontaktu. Coraz bardziej się czuję jak jego znajoma, a nie partnerka.
Kiedy zaczynam rozmowę, próbuję wytłumaczyć, co mi się nie podoba, nad czym moglibyśmy popracować, to on bardzo się irytuje i praktycznie jedyny jego argument to: „No tak, powiedz od razu, jaki jestem beznadziejny, nic nie umiem, może od razu powiedz, że nie chcesz ze mną być”. Zaczyna się nad sobą użalać, że wszyscy się go o coś czepiają, a on przecież nikomu nic nie zrobił. To jest jego odpowiedź na wszystko, co powiem. Ewentualnie jeszcze, że on pracuje i jest zmęczony. Nie da się w ten sposób prowadzić rozmowy.
Chcę to zakończyć, ale nie mam już siły na kolejną taką dyskusję. Wiem, jak to będzie wyglądać, zacznie znów się nad sobą użalać, że on znowu komuś zaufał i znowu zostaje odrzucony, a przecież nic takiego nie zrobił. Nie chcę tego po raz kolejny słuchać i chyba dlatego tak to przeciągam w czasie. Do tego raz po takiej większej kłótni wypisywał nawet do mojej siostry, nie chciałabym tego znowu. Od paru tygodni tak się motam, sama już nie wiem, co robić.
#e1ETv
I nikt o tym nie wie. Nikt.
#zmhld
Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać...
#HA7c4
Jeszcze dwa lata temu ludzie, z racji tego jak wyglądałem, traktowali mnie mało poważnie i mnie lekceważyli. Byłem singlem, dla kobiet nudziarzem i brzydalem. Wyśmieję każdego, kto powie, że pieniądze w życiu się nie liczą.