Spotykam się z pewnym chłopakiem, który pochodzi z Indii. Istnieje tam tradycja obdarowywania się prezentami na randkach. Jako że niedługo wychodzimy razem po raz pierwszy jako para, spytał mnie, co chciałabym dostać. Uznałam kwiaty za stosowne, choć spojrzał się na mnie zdziwiony. Zapytany, co sprawiłoby radość jemu, zaczął rozważania na temat swojej szafy. „Buty. Tak, buty byłyby OK. Albo koszula w kratkę” – powiedział po namyśle.
Nadal nie wiem, czy ze mnie żartował, czy różnice kulturowe są aż tak duże...
Od zawsze nienawidziłam swojego imienia. Byłam za nie szykanowana w szkole tylko dlatego, że mój ojciec 20 lat temu wpadł na genialny pomysł nazwania mnie najpopularniejszym dla suczek imieniem — Sonia... Intencje były inne. Podobno jakaś rosyjska królowa tak miała na imię, bla, bla, bla...
Jeden z letnich wieczorów sprawił, że znienawidziłam moje imię jeszcze bardziej.
Bawiłam się przy ulicy, raczej spokojnej (jedno auto przejechało na godzinę), naprzeciwko naszej kamienicy. Mama obserwowała mnie z okna, gdy nagle zaczął jechać samochód z dala i krzyknęła: „Uważaj, SONIA!”. Pech chciał, że akurat przechodziła obok mnie na dole paniusia z małym pieskiem i oburzona zwróciła się do mojej mamy, pytając: „Pff... Co pani chce od mojego psa?”. Czułam, jak czerwień zalewa mi policzki...
Z takim imieniem nie było lekko.
Czytelniku, jeśli jesteś bałaganiarzem, być może marzysz o byciu perfekcjonistą. Ja nim jestem, a wiele bym oddała za zamianę z tobą.
Przenieś się teraz do mojego mieszkania. Wszystko jest perfekcyjnie ułożone, na podłodze nie leży ani jeden paproch. Pewnie pomyślisz sobie, że jestem poukładana i lubię porządek, a nie, że męczę się z tym już od dwóch lat, za wszelką cenę próbując się wyzbyć nadmiernego perfekcjonizmu. Dla przykładu: nie mogę zasnąć, kiedy kapcie stoją nierówno, gdy jest zagięta poduszka, gdy nie wyrzuciłam zużytej przed chwilą chusteczki. W szufladach muszę mieć posortowane wszystkie rzeczy. Nawet „źle” złożone ubrania (odzież do prania również składam) doprowadzają mnie do szału.
A najgorszy problem mam z pisaniem odręcznym. Na zajęciach notuję dwa razy wolniej niż reszta grupy, ponieważ muszę poprawiać wszelkie niedociągnięcia długopisu.
Zdaję sobie sprawę, iż przeradza się to w obsesję. Byłam niedawno u psychologa, ale powiedział, że taka moja natura i nie mam się co przejmować. A ja jestem przerażona – z tym nie da się normalnie funkcjonować!
Nigdy nie byłem dobry z matematyki. Wiele osób ma z pewnością podobnie, ale zaraz kończę 18 lat i dalej nie znam na pamięć tabliczki mnożenia…
Jako 18-letnia dziewczyna dorwałam pracę na kilka godzin w sklepie. Poza mną były jeszcze trzy dziewczyny i szefowa. Moje zmiany odbywałam przeważnie z szefową. Podczas jednej z moich zmian któryś z klientów nas okradł. Jako młoda osoba przejęłam się tym niemiłosiernie mocno. Płakałam, przepraszałam i byłam gotowa oddać całą kwotę paragonu dla szefowej. A ona tylko mnie uspokajała, mówiąc, że na takie sytuacje jest zabezpieczona, a dla dodania mi otuchy zaczęła opowiadać o swoich podobnych przypadkach. Reszta zespołu poza jedną dziewczyną też wspominała swoje takie historie oraz wspierały mnie, jak tylko mogły. Ale ta jedna „koleżanka” za każdym razem mówiła do mnie, jaka to jestem nieudolna, a o samej sobie mówiła, jakim to nie jest idealnym pracownikiem.
Wytrzymałam w tej pracy jeszcze trzy miesiące i się zwolniłam. Zastanawiałam się, jak dziewczyna, która jest tylko dwa lata starsza, może mi mówić takie rzeczy. Nie umiałam przez to zdarzenie patrzeć na siebie inaczej niż w negatywny sposób.
Dziś mam 39 lat, otworzyłam swoją firmę, wygrałam walkę z depresją i patrzę na CV tej samej dziewczyny, która sprawiła mi przykrość.
Mam 27 lat i czuję się staro. Okres szkoły był dla mnie porażką, nie wyniosłem z niej żadnych miłych wspomnień. W podstawówce miałem problemy i konflikty z rówieśnikami, w gimnazjum i liceum miałem problemy z nauką, co powodowało brak wolnego czasu. Studia były dla mnie wybawieniem. Wtedy odżyłem i zacząłem na nowo odkrywać hobby, pasje. Zacząłem chodzić na różne eventy i konwenty. Niestety czas zleciał. Mam 27 lat i czuję się staro. Gdy podchodzę do lustra, widzę nadal młodego człowieka, co ledwo wygląda na 18 lat. Jednak przykładowo gdy widzę coś, co odkryłem niedawno, a pod spodem ludzie piszą, ile mają z tym miłych wspomnień, przeżywając to dekadę temu, to czasami mam łzy w oczach.
Nie bałbym się trzydziestki, gdybym miał pełen bagaż wspomnień. Teraz wyglądam lepiej niż moi rówieśnicy, co są z kredytami, dzieciaci, wyglądający na 40 lat, ale kiedyś byłem zakompleksionym człowiekiem. Trudno jest dojrzeć, jak się nie było młodym.
Dużą trudność sprawia mi rozpoznawanie ludzi. Jak ktoś zmieni fryzurę czy nietypowo się ubierze, mam problem z identyfikacją tej osoby. Z jednym sąsiadem się witam. Rozpoznaję go po psie. Jak akurat jest bez psa, to wita się ze mną pierwszy i wtedy myślę „aaa, to chyba sąsiad”. Inni sąsiedzi zapewne mają mnie za gbura, bo się z nimi nie witam. A ja ich po prostu nie rozpoznaję.
Historia z dzisiejszego dnia.
Babcia wysłała mnie do sklepu zoologicznego po karmę dla psa.
W owym sklepie szalenie długa kolejka... Kiedy w końcu nadeszła moja kolej, mówię: „Poproszę pół kilo karmy dla shih tzu”. Pani się spytała, czy ma być z dodatkiem mięsa, czy warzyw, a ja odpowiedziałam: „Nie wiem, to dla babci”.
Tak oto rozbawiłam do łez tę długą, znudzoną kolejkę :)
Mam 26 lat i buduję modele z klocków Lego. Budowa jednego modelu z jak najwierniejszym odwzorowaniem to setki godzin spędzone na kolekcjonowaniu części, szukaniu planów i dopasowywaniu klocków do czasem bardzo skomplikowanych kształtów. Samo kupno części potrzebnych, a których nie mam, to czasem spora część mojej wypłaty (ale co poradzić, każde hobby ciągnie za sobą duże wydatki). Zbudowane modele czasem spędzą na mojej półce rok, czasem pół, a czasem po miesiącu zostaną dawcą nowych części. Uwielbiam budować coraz to nowe rzeczy.
Większość moich znajomych nie wie, co jest moim hobby, bo dla niektórych to wciąż tylko „zabawa klockami”...
Od pewnego czasu spotykałem się z dziewczyną moich marzeń. Wszystko poszło nieźle, wyglądało na to, że mamy się ku sobie i oboje skłaniamy się w kierunku pogłębienia relacji. Po pewnym czasie zauważyłem, że ma nieco roszczeniowe podejście – zawsze planowała nasze randki z uwzględnieniem drogich restauracji, a wożenie jej w różne miejsca stało się wręcz moim obowiązkiem.
Zaskakujący był fakt, że czasami potrafiła bez słowa zupełnie znikać na dzień czy dwa. Okazało się, że równolegle spotykała się ze mną i jeszcze innym facetem i obaj braliśmy udział w konkursie szczodrości...
Ostatecznie obaj pożegnaliśmy się z naszą „wybranką” i zostaliśmy dobrymi kumplami :)
Dodaj anonimowe wyznanie