Mam kolegę, z którym regularnie robimy sobie żarty. Ostatnio jednak zdecydowanie przegiął...
Otóż znalazłem w skrzynce awizo. Klasycznie – listonosz nie przyniósł mi paczki, tylko zostawił świstek z informacją, że nie zastał nikogo w domu. Poczłapałem więc na pocztę, a tam oczywiście tłum ludzi. Po 30 minutach stania w kolejce wręczyłem pani awizo i dowód osobisty. Babka spojrzała na mnie wnikliwie i mruknęła coś w stylu: „A, to pan...”, a następnie na oczach wszystkich obecnych w pomieszczeniu ludzi przyniosła z zaplecza wielką paczkę zawiniętą w czarną folię. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że owa „paczka” wyglądała niczym potężny murzyński penis ze wszystkimi szczegółami anatomicznymi, wliczając w to dorodną mosznę! Czerwony jak burak schowałem „przesyłkę” za pazuchę i wybiegłem na dwór.
W domu okazało się, że mój kreatywny przyjaciel uznał, że w mojej lodówce na pewno brakuje ogórka i dwóch pomarańczy...
Poznałem rodziców mojej dziewczyny. Złapałem wyjątkowo dobry kontakt z jej ojcem, który okazał się wielkim fanem motoryzacji. Było naprawdę super, do momentu, w którym postanowiłem pokazać mu mojego jaguara. Wziął mój telefon do ręki i zaczął przeglądać zdjęcia. Żaden z nas nie spodziewał się, że po serii zdjęć samochodu dotrze do nagich zdjęć swojej córki.
Moja żona wróciła dzisiaj z pracy z uśmiechem na twarzy. Zjedliśmy wspólnie obiad, podczas którego opowiadała: jak to jeden z jej współpracowników nawalił i stracili dobrego klienta; że siedziała w pracy dwie godziny dłużej, a i tak nie skończyła roboty i wieczór spędzi przy komputerze; jak szef uciął jej przyznaną dzień wcześniej premię, w związku z kosztami wynikającymi ze straty klienta. Mówiąc to wszystko, miała wciąż szeroki uśmiech na twarzy i zrelaksowana popijała jedzenie winem. Zapytałem jej więc, czemu się uśmiecha po tak pechowym dniu, a ona odparła: „Jestem z siebie bardzo dumna, że nikogo nie spoliczkowałam ani nie uderzyłam”.
Jestem kozłem ofiarnym w domu. Co ktoś zrobi źle, to od razu krzyki w moją stronę. Ktoś pochlapał podłogę i nie wytarł po sobie? „Dlaczego tego nie posprzątałaś?!” Brat nie radzi sobie w szkole? „Masz go pouczyć, bo inaczej nie zda!” Co z tego, że jesteś w technikum i właśnie robisz zadanie, które wymaga kilku godzin pracy! Już ma dół!
Moi bracia są faworyzowani. Młodszego trzeba karmić, bo inaczej zupy nie zje. Może siedzieć cały dzień na komputerze i nic nie robić. Żeby posiedzieć w spokoju u siebie w pokoju, to muszę siłą wynosić tego zgreda. Zmuszam go do nauki, ale to nic nie daje. Robi ze mną to, co chce. Mama na to pozwalała i pozwala dalej. Upominam, krzyczę, a ona mówi, żebym mu dała spokój. Gdy mówię, że brat nie ma do mnie szacunku, to ona siedzi i nawet nie patrzy na mnie. Ma wyjebane. Jedyne, co powie to: „No, skończyłaś już?”. Starszy brat natomiast nie ma obowiązków w domu. Młody zresztą też. Brat jest starszy ode mnie o 4 lata. Mama go pakuje i prasuje mu rzeczy. Gdy ja proszę ją o jedną rzecz, żeby szybko wyprasowała, to krzyczy. Gdy poproszę go o pomoc, to mnie zlewa i sobie gra dalej. Chora być też nie mogę, bo od razu, że udaję. Młodszy brat trochę zakaszle? Mama jedzie z nim do przychodni. Jeśli ja mam gorączkę, duszę się kaszlem, to mam wypić herbatkę i mi przejdzie.
Czuję się jak gówno, jak niechciane, niekochane dziecko. Jestem w związku na odległość. Chłopak nie mógł kilka razy przyjechać, to mamusia z ciocią (którą mąż bił) dawały mi kazania na temat miłości. Matkę ojciec notorycznie okłamuje i nic nie robi. Piwko pije, papieroski pali, ale jak mama chce na chleb, to krzyczy, że on nie sra pieniędzmi! Jest uzależniony, jego grafik wygląda tak: praca, papieros, komputer, papieros, piwko przy komputerze, granie do późna, spanie kilka godzin na dobę. Czasem krzyczy na mnie, bo ja mam problemy ze wstaniem (spowodowanie problemami ze snem). Ja śpię? Wszyscy hałasują. Gdy ktoś inny śpi, to mamy być cicho, a każdy hałas kończy się później krzykiem (w moją stronę). Nienawidzę ich.
Inni opowiadają o swoich rodzicach, a ja im zazdroszczę. Mnie nikt w domu nie powie, że mnie kocha, nie pochwali. Nawet nie wiedziałam, jak to jest być tulonym. Dopiero chłopak mi pokazał, jakie to piękne i cudowne uczucie... Postanowiłam, że wyprowadzę się po skończeniu technikum. Odetnę się od tej toksycznej rodzinki.
Chciałbym pokazać wam stronę sportu wyczynowego, której nie jesteście świadomi. Chodzi o gratyfikację, a mianowicie kompletny jej brak – zmora polskiego sportu indywidualnego, dotykająca niejednego pływaka, biegacza narciarskiego, lekkoatletę, judokę, gimnastyka czy też triathlonistę. Są to dyscypliny, które nie są mało znane, są w miarę popularne, cieszą się widownią na zawodach i przed telewizorami.
Ludzie zawsze zastanawiają się, skąd w nas taka niechęć w stosunku do piłkarzy. Stąd, że reprezentanci kraju często są na poziomie finansowym gracza z 4 ligi lub niżej. Będąc reprezentantami kraju, nie mamy kontraktów opiewających na miliony i sponsorów oferujących kolejne tyle, jak mogłoby się wydawać, a jedyne, z czego możemy dostać jakąkolwiek gratyfikację, to stypendium i sponsor. Stypendium z mojego miasta wynosi 200 zł, sponsor oferuje mi drugie tyle. Wizyta u fizjoterapeuty waha się od 200 do nawet 500 złotych, a przy takich obciążeniach treningowych przegląd mojego ciała wypadałoby robić co najmniej raz na tydzień, i nie wspomnę o innych kosztach związanych ze sportem.
Ktoś powie, że w piłce nożnej ciężko się wybić i takie tam. Nie znając realiów sportu, każdy sport wydaje się prosty. I mimo że trenujących moją dyscyplinę ludzi jest mniej, nie znaczy, że to ułatwia mi drogę na imprezę międzynarodową, gdzie jadą najlepsi. Jak się ma ćwierćfinał mistrzostw Europy, który dla wielu z was był ogromnym osiągnięciem, do medali MŚ, ME czy też igrzysk olimpijskich? Za co ten milion złotych nagrody dla trenera, podczas gdy trenerzy innych sportów wychowują mistrzów świata i ich „nagrody” to jest śmiech na sali?
Otóż piszę to do was jako kilkukrotny reprezentant Polski, medalista mistrzostw Polski i czołowy zawodnik świata, Europy w jednej dyscyplinie. Krew mnie zalewa, gdy w co drugiej reklamie widzę Roberta Lewandowskiego, bo jest mu przecież mało już pieniędzy... Mnie nie chodzi o miliony, chodzi mi chociaż o tyle, żebym mógł poczuć się jako godny reprezentant swojego kraju, a nie wstydzić się tego, że biorąc udział w Mistrzostwach Europy, które mogliście oglądać na Eurosporcie, na moim koncie widniała kwota 200 zł... Skoro Lewandowski zasługuje na kilkadziesiąt milionów, to dlaczego ja i wielu innych nie zasługujemy chociaż na 1500 zł, które dla Roberta są „na waciki”?
Najbardziej boję się tego, że kiedyś moje zdrowie może tak się popsuć, że nie będę mógł walczyć o swoją przyszłość, bo nie będzie mnie stać na leczenie. Nie, nie mam zapewnionej opieki medycznej z klubu, wszystko muszę zapewnić sobie we własnym zakresie. Tylko z czego? Kocham ten sport i nie zmieniłbym go, ale jest mi przykro, że za parę lat będę musiał z nim skończyć, bo trzeba będzie pójść do pracy, podczas gdy inni nie mają co z pieniędzmi robić.
Dziękuję rodzicom za tak ogromne wsparcie i wiarę we mnie.
Pierdyliard ludzi mówi o nietolerancji glutenu, laktozy itp. Ja mam nietolerancję wszystkiego. Bardzo randomowo i bardzo wszystkiego. Generalnie jak nie urok, to... sraczka. Zespół jelita drażliwego jest w moim przypadku totalnie popieprzony, wspomagany przez nerwicowe natręctwa, nagłe napady stresu (coś à la trema przed wyjściem na scenę, kulka w gardle), anemię. Jedzenie czegokolwiek poza domem jest dla mnie tym, czym dla sapera rozbrajanie bomby: albo je*nie, albo nie je*nie. Zazwyczaj przegrywam... i już tego nie robię. W domu jest bezpiecznie, mogę nawet zamówić pizzę, zjeść nawet dwa kawałki bez kiblowej posiadówy. Gorzej, jak tę samą pizzę podgrzeję w piekarniku parę godzin później – dwa gryzy i jestem Che Guevarą, nagła rewolucja! 30 minut w spazmach na porcelanowym tronie.
Jestem studentką. Zajęcia zaczynam o 11. Nie zjem śniadania, bo mogę utkwić na tronie na kilka godzin z porządnym bólem brzucha niepokonanym przez nospy, loperamidy, smecty i inne wspomagacze. Lecę więc na zajęcia po wypiciu szklanki wody – nie jest źle. O 13 już nie tylko ja słyszę, że mój żołądek domaga się jedzenia. Ignoruję, mimo że uczelniany bufet serwuje cuda-wianki (jeden z tych cudów przeze mnie przeleciał). Popijając wodę z cukrem, kończę zajęcia po 16. Kilka razy w tygodniu nie mogę nawet wsiąść do autobusu – czując skurcze, robię taktyczny odwrót w stronę wydziału celem okupacji jednej z kabin. I tak godzinkę później, niejednokrotnie poganiana przez ochroniarza, opuszczam uczelnię przed 18.
Tak wygląda mój najlepszy dzień. Gorzej jest, kiedy już ubrana, ogarnięta zakładam rano buty i czuję zbliżającego się skurczobyka. Nie pójdę na zajęcia, po prostu nie dojadę autobusem do najbliższej toalety. Dosłownie płaczę na tronie, bo ani nie ma na to lekarstwa, ani nie mam ochoty spowiadać się wykładowcom z codziennej sraczki.
Tyle ode mnie, trzymajcie za mnie zwieracze ;)
Historia zaczyna się mało przyjemnie, od choroby pewnej dziewczynki. Po wielu (jak zwykle) problemach z polską służbą zdrowia moja mama namówiła swojego zarówno kolegę, jak i ojca dziewczynki do zasięgnięcia drugiej opinii medycznej w Niemczech. Jak to zwykle w takich wyznaniach bywa, ukazało się zupełnie inne oblicze choroby, a leczenie dziewczynki przez ponad połowę jej życia w polskich szpitalach okazało się bez sensu.
Moja mama co miesiąc jeździła z dziewczynką i jej rodzicami na konsultacje, pełniąc funkcję tłumacza, asystenta i wsparcia psychicznego. W końcu nadszedł dzień operacji. Mimo przemiłego personelu szpitala dziewczynka ciągle się stresowała i płakała. Bała się zasnąć. Na parę godzin przed wjazdem na salę pani chirurg przeprowadziła ostateczne badania i zaznaczyła markerem „X” na odpowiedniej nerce, żeby nie mieć wątpliwości w trakcie trwania zabiegu. Tuż przed przejechaniem przez ostatnie drzwi mama wpadła na pomysł, który miał poprawić wszystkim humor.
Po prawie sześciu godzinach uśmiechnięta od ucha do ucha pani chirurg wyszła z sali operacyjnej i przekazała radosne nowiny. Wszystko się udało i dziewczynka musi tylko leżeć w łóżku szpitalnym jeszcze tydzień i dojść do siebie. Jej szczęście było jeszcze większe niż po zwykłej, udanej operacji, właśnie dzięki mojej mamie. Jak powiedziała doktor, jeszcze nigdy w całej swojej karierze nie spotkała się z sytuacją, w której odsłaniając ciało do operacji, tuż pod swoim X-em zobaczyła dopisek „Buziaki i pozdrowienia dla dzielnej pani doktor, powodzenia! ~(imię dziewczynki)”. Myślę, że wkrótce może to urosnąć do rangi miejskiej legendy opowiadanej w niemieckich szpitalach :)
Będzie obleśnie i większość mnie styra, ale to w końcu anonimowe!
To było już parę lat temu, miałam okres, nic szczególnego. Poszłam zmienić tampon i gdy już wyjęłam tego zużytego, z lekką dezorientacją poczułam, że coś mi za ciasno. Szybki ruch między nogi i z wielkim szokiem odkryłam tam... drugi tampon. Bardzo po przejściach.
Nie wiem, jak to zrobiłam, że wcześniej tego nie czułam. Nie wiem, jak długo tam był. Ale nauczka jest i teraz zawsze sprawdzam „się” dwa razy.
Gdy byłem małym dzieckiem i nie chciało mi się myć zębów, to uśmiechałem się najszerzej, jak potrafiłem do lustra i myłem tylko te zęby, które widać po uśmiechnięciu się. Pieszczotliwie nazywałem je „zębami uśmiechu” :D
Kurczę… Mam synka, który kocha różowy, lubi bawić się lalkami, chciałby nosić sukienki, jego młodszy braciszek zaczyna go naśladować.
Ludzie są przerażeni, niektórzy się śmieją pod nosem, inni krzyczą, że wychowuję źle, kolejni, że dobry psychiatra mu pomoże, bo to nie jest normalne.
A ja zawsze odpowiadam, że mam „tęczowe dziecko” i kocham, pomimo że jest wyjątkowy, i nie zabraniam mu.
W nawiasie dodam, że ma spektrum autyzmu i ADHD.
Jest ciężko, ale wiecie co? Nie przeszkadza mi to, że jest wyjątkowy, tylko że ludzie są tacy okrutni.
Mam tylko nadzieję, że życie i ludzie wokół nas go nie zniszczą.
Dodaj anonimowe wyznanie