#2xs4p

Parę miesięcy temu dowiedziałam się, że mój narzeczony od dłuższego czasu mnie zdradzał. Byliśmy razem przez osiem lat, był moim drugim partnerem. Ogólnie przeczuwałam, że coś jest nie tak, ale nie o tym. Musiałam wyprowadzić się z jego kawalerki, w wieku 37 lat nagle znalazłam się na lodzie. Ponieważ zbiegło się to w czasie z utratą pracy, desperacko szukałam czegokolwiek.

Na pewnym portalu zobaczyłam, że ktoś szuka pokojówki. Kiedyś tak pracowałam, więc pomyślałam, że warto spróbować. Na spotkaniu w kawiarni dowiedziałam się, że praca polega na zajmowaniu się prywatnym domem (łącznie z gotowaniem) i wiąże się z darmowym noclegiem. Mężczyzna 10 lat starszy ode mnie dokładnie opisał moje obowiązki, a ponieważ nie miałam innego wyboru, zgodziłam się.

Od początku ustaliliśmy dokładny harmonogram. On wychodzi do pracy na 8 godzin, ja przez ten czas sprzątam (każdego dnia inną część domu), przygotowuję jedzenie, piorę, prasuję itp. Resztę dnia mogę wykorzystać, jak chcę, zaprosić kogoś albo wyjść na miasto, pod warunkiem że nie będę wchodzić do jego części. Niestety z dawnymi znajomymi mam tylko sporadyczne kontakty. Ten dom jest bardzo duży, mam swój pokój z oddzielną łazienką, większy niż kawalerka mojego eks. Co ważne, podpisałam normalną umowę o pracę, nie muszę robić niczego poza wyszczególnionymi obowiązkami, finansowo też wychodzi dużo lepiej niż u poprzedniego szefa.

Początkowo wieczorami siedziałam sama, później stopniowo zaczęliśmy jeść posiłki razem. Trochę rozmawiamy. Mój pracodawca jest wykładowcą akademickim w dziedzinie, którą kiedyś studiowałam. Zawsze ubiera się elegancko, nie widać po nim metryki, trochę taki polski styl old money (rodzice w PZPR). Z tego, co zauważyłam, ma naprawdę rozległą wiedzę w wielu tematach, ale kompletnie nie radzi sobie w codziennych obowiązkach typu wyprasowanie koszuli czy ugotowanie zupy. Z kontekstu wywnioskowałam, że zatrudnił mnie niedługo po śmierci matki. Mamy też podobne charaktery: oboje ostrożnie dobieramy znajomych i potrzebujemy czasu, żeby otworzyć się przed drugim człowiekiem. Po naszym pierwszym spotkaniu miałam wrażenie, że jest bardzo oschły, ale w rzeczywistości dużo zyskuje przy bliższym poznaniu. No właśnie... Mam wrażenie, że zaczynam się w nim zakochiwać. Chociaż może bardziej chodzi o poczucie bezpieczeństwa, które mi daje. Jeszcze nigdy żaden facet nie traktował mnie z takim szacunkiem, czuję, że pasujemy do siebie przynajmniej intelektualnie. On chyba boi się zaangażować. Parę razy chciałam, żeby mnie chociaż objął, ale nic z tego nie wyszło, nawet w rozmowie jesteśmy wciąż na pan/pani. Boję się, że stracę szansę na szczęśliwy związek.

#zNFiZ

Wykonuję zawód, który wymaga ode mnie wizyt na Poczcie Polskiej co najmniej kilka(naście) razy w miesiącu i to nie dlatego, że uwielbiam tam przebywać, tylko dlatego, że najczęściej składam pisma terminowe do sądów (apelacje, zażalenia, skargi etc.). Jestem adwokatem, mówiąc krótko.

I nie wiem, po prostu nie rozumiem, więc piszę tutaj, aby ktoś mi to wytłumaczył: co można robić w okienku powyżej 5 minut? Serio, co zajmuje ludziom tyle czasu? Bo ja mam przygotowane pisma z potwierdzeniami nadania, oddaję, czekam maks. 4 minuty, aż pracownik to nada, płacę, wychodzę. 5 minut trwa wszystko.

Jak to jest możliwe, że starzy ludzie piersi siedzą w kolejce do lekarza o 8 rano i pierwsi idą na pocztę po godzinie 17 (kiedy ludzie kończą pracę), żeby nadać ARCYWAŻNY przekaz pocztowy dla cioci w Ameryce?

Ja wiem, zaraz będzie hejt w komentarzach, że się wywyższam etc., ale nie byłoby nam wszystkim łatwiej, gdybyśmy po prostu wdrożyli jakieś zdrowe zasady społeczne? Tak, kończę pracę po 17, chcę szybko ogarnąć pocztę i jechać do dzieci do domu. Starsi ludzie nie mają takich potrzeb, mogą spokojnie nadać swoje „ważne” przekazy pocztowe (które dopiero zresztą wypisują w okienku, nie przychodzą już z gotowym) po godzinie 12, zaraz jak tylko skończą „arcyistotne” spotkanie u lekarza.

Tak, frustruje mnie to strasznie, bo to ja jestem jednym z tych, który zapieprza na ten system – system, który codziennie mi dowala, zamiast pomagać. Więc może, zamiast dowalać jeszcze sobie nawzajem, to przynajmniej sobie pomożemy?

I żeby była jasność: tak, terminowe złożenie apelacji jest ważniejsze niż przekaz pocztowy starszej pani. Dojdziecie do tego samego przekonania, kiedy zostaniecie niesłusznie kiedyś oskarżeni i będziecie mieć sprawę w sądzie karnym (czego Wam nie życzę).

Pozdrawiam, P.

#ctr8h

Nie mam z kim pogadać, a muszę to z siebie wywalić, bo zgłupieję.

Jesteśmy z mężem 5 lat po ślubie i staramy się o dziecko, niestety bezskutecznie. Po ogromie badań, zabiegów i kilogramach leków okazało się, że problem leży w mężu. Lekarze nas kwalifikują tylko do in vitro, na które nas po prostu nie stać.
I wszystko było jeszcze w miarę dobrze, dopóki moja bratowa nie zaszła w ciążę.

Czuję się od niej gorsza. Za każdym razem, gdy ich odwiedzamy, słyszę uszczypliwości. Ostatnio przez godzinę słuchałam, jaka to moja teściowa nie jest szczęśliwa, że w końcu będzie babcią, bo na nas nie ma co liczyć. I to nie jest zwykłe opowiadanie, tylko teksty typu: „Olusia pojechała na badania, bo ją nerki bolą, ale co ty o tym możesz wiedzieć”, „Olusia ma mdłości, twoja jelitówka to nic w porównaniu z ciążą, w której ty nie jesteś”. Bratowa ogólnie zrobiła ze swojej ciąży ciężką chorobę. Będąc w trzecim tygodniu, zwolniła się z pracy, bo się bardzo przemęczała (pracowała jako sekretarka). Teraz jest w 10 tygodniu, a zachowuje się, jakby jutro miała rodzić. Na każdym kroku mi przypomina, że jestem wybrakowana, bo nie zajdę w ciążę naturalnie, a nie pomyśli o tym, że problem jest w jej bracie. Mąż to wypiera i nie rozumie, dlaczego nie chcę tam jeździć, a mnie to po prostu boli.

Ostatnio teściowa powiedziała po rodzinie, że dobrze, że ma Olusię, bo by się wnuków nie doczekała, bo ja nie mogę zajść. Śmieje się do swoich koleżanek, mówiąc, że jestem wybrakowana. Wiem to, bo pracuje z nią koleżanka mojej mamy, która ją nagrała i słyszałyśmy, co mówiła. 

Zawsze marzyłam o dużej rodzinie, a tu rozczarowanie. Adopcja też nie wchodzi w grę. Zostaliśmy odrzuceni z powodu błędów młodości mojego ślubnego (komornik oraz wyrok w zawieszeniu). A żeby było śmieszniej, to teście są bardzo wierzący i metodę in vitro czy in vivo traktują jako grzech. Powiedzieli nawet, że jeśli uda nam się uskładać pieniędzy na in vitro, to będą się modlić o niepowodzenie, by owoc grzechu nie przyszedł na świat w ich rodzinie.

#fmYI9

Od trzeciej klasy szkoły podstawowej słyszałam, że jestem gruba. Że nie powinnam nosić pewnych ubrań, bo widać moje grube nogi czy ręce. To właśnie wtedy zaczęły się moje problemy z samoakceptacją. Pamiętam Dzień Dziecka, kiedy całą klasą poszliśmy na pizzę. Siedziałam sama w kącie sali i płakałam, bo nie chciałam nic zjeść. Było mi wstyd. Wydawało mi się, że jeśli zjem, wszyscy będą patrzeć i pomyślą: Ta gruba jeszcze coś je. Już jako dziecko czułam się winna z powodu własnego ciała. Kolejny bardzo trudny okres przyszedł w siódmej i ósmej klasie podstawówki. Nienawiść do samej siebie była wtedy ogromna. Miałam liczne próby s. Nie widziałam w sobie nic wartościowego. 
Kiedy dostałam się do liceum, z czasem moje myśli trochę ucichły. Powoli zaczęłam akceptować swój wygląd i odzyskiwać spokój. Niestety przed maturą wszystko wróciło. Znów zaczęłam nieustannie porównywać się z innymi. Najgorzej było, gdy nie zdałam matematyki. Jestem strasznie głupia. I ciągle myślę, jak mogłam tego nie zdać? Jestem gruba, brzydka, a do tego głupia. Dziś nie wiem już, co robić. Codziennie uczę się do poprawki, dając z siebie wszystko. Jednocześnie w domu nie mam wsparcia. Moja mama wyładowuje na mnie swoje emocje i problemy. Powiedziała, że jeśli nie zdam poprawki i nie znajdę pracy, wyrzuci mnie z domu. Czuję się przytłoczona i coraz trudniej mi uwierzyć, że dam sobie radę.

#J56aL

Właściciele zwierzaków domowych może zrozumieją moje wyznanie.

Gdy miałam 8 lat, dostałam od rodziców szczeniaczka. Był to mój ukochany pies, mój najlepszy przyjaciel przez 13 lat. Zarówno ja, jak i moi rodzice bardzo dobrze się nim opiekowaliśmy, nigdy nie zostawialiśmy go pod opieką obcych (np. hotel dla psów) itd.
Niestety pod koniec życia nasz pies poważnie zachorował. Od diagnozy do śmierci przeżył jeszcze 2 lata, ale w tym czasie było nam bardzo ciężko, ponieważ jego stan stopniowo się pogarszał. Dawaliśmy mu leki, codzienne zastrzyki, że już nie wspomnę o sumie, którą wydaliśmy na leczenie u weterynarza. Co więcej, tak organizowaliśmy obowiązki, żeby zawsze przynajmniej jedna osoba była w domu, bo piesek był już za słaby, by mógł zostać w domu sam.

Przeżyliśmy to wszystko, ale to, co bolało najbardziej, to niezrozumienie ze strony rodziny i znajomych. Mój dziadek potrafił obrazić się o to, że jedno z nas nie przyszło do niego na urodziny, bo musiało zostać w domu z pieskiem. Na studiach również spotkałam się z niezrozumieniem. Byłam jedną z najlepszych studentek na roku, a mimo to, gdy poprosiłam panią profesor, bym mogła wyjść z jednych zajęć wcześniej, to nie zgodziła się, mimo że innych studentów zwalniała na przykład dlatego, że twierdzili, że spieszą się do pracy.

Przykro mi, że tak wielu ludzi wciąż uważa, że pies to „tylko zwierzę”, a opiekę nad nim i miłość do niego uważają za śmieszną i niezrozumiałą.

#4RmZv

Mam poczucie, które przerodziło się we frustrację, że mimo kwalifikacji, pracowitości i zaangażowania w życiu zawodowym często prześladował mnie pech.
Już podczas studiów pracowałem w branży, więc pierwszą poważną pracę dostałem od razu. Trafiłem do centrali dużej polskiej firmy. Miałem uczyć się od osoby, którą miałem docelowo zastąpić. Po 2 tygodniach on poszedł na urlop, a ja potem zastępowałem każdego urlopowicza. Po trzech miesiącach po prostu nie przedłużono mi umowy, a on został na stanowisku jeszcze kilka lat.
Kolejna praca była w polskim oddziale międzynarodowej korporacji. Przez pierwsze miesiące nikt mnie realnie nie wdrażał. Sam odkrywałem swoje obowiązki. Szef z Niemiec, którego widywałem raz na kilka tygodni, uznał postępy za zbyt wolne i po dziewięciu miesiącach mi podziękował.
Trzecia firma, polski oddział azjatyckiego producenta. Szef niechcący stworzył wewnętrzną konkurencję – byłem dziewiątą osobą z trzydziestoosobowego biura, która w ciągu trzech miesięcy została zwolniona.
Następna firma – już pierwszego dnia prezes próbował dać mi umowę z niższą pensją niż ustalona. Wyniki miałem dobre, z czasem zostałem szefem działu handlowego. Prezes doprowadził jednak do utraty kluczowych klientów, a potem próbował przejąć dostawców i założyć konkurencję. Gdy chciał mnie w to wciągnąć, nagrywałem rozmowy i przekazałem je właścicielowi. Prezesa zwolnili, lecz założył konkurencyjną firmę, wyniki spadły i po czterech latach pracy zwolniono także mnie.
W piątej firmie szef na etapie rekrutacji obniżył moje wynagrodzenie względem oczekiwań, obiecując powrót do tematu po realizacji celów. Gdy cele spełniłem, usłyszałem, że mam roszczeniową postawę. Odszedłem po niecałym roku.
Dopiero szósta firma była miejscem, w którym nikt nie próbował mnie oszukać. Ustalenia były dotrzymywane, ludzie pracowali tam latami, atmosfera była bardzo dobra. Spędziłem tam osiem lat i pewnie zostałbym dłużej, gdyby nie wyjątkowa okazja.
Dostałem pracę w jednej z największych firm branży, międzynarodowym korpo, z duuużo wyższą pensją. Dzięki wiedzy technicznej i podejściu do pracy regularnie zwiększałem sprzedaż o kilkadziesiąt procent. Wydawało mi się, że to puenta kariery. Po półtora roku firma zaczęła jednak globalne redukcje obejmujące kilka tysięcy osób, w tym mnie. O ironio w chwili zwolnienia miałem jeszcze dwie nagrody do odebrania.
Dziś, mając nieco ponad 40 lat, prowadzę własną działalność w tej samej branży. Idzie dobrze — finansowo nawet lepiej niż w korporacji. Nie stoi za mną logo dużej firmy, tylko moja wiedza i doświadczenie. Cena jest jednak wysoka: brak urlopu, stres i praca godzinowo ponad etat.
Z zazdrością patrzę na ludzi, którzy dobrze trafili — do firm, które były zainteresowane rozwojem pracownika, a nie jego wykorzystaniem.
Ja takiego szczęścia nie miałem.

#AeA3t

O wychowaniu i tabu nagości.
Osobiście nie mam problemu z rozbieraniem się w saunie i w szatni, ale rozumiem, że są dziewczyny tak się wstydzące, że nawet strój kąpielowy je przerasta. Ale do rzeczy. Dwa pierwsze tygodnie lipca byłam na praktykach w innym mieście. Nocleg mieliśmy w schronisku młodzieżowym. Fajnie, ale jako że to schronisko, to była wspólna łazienka (niekoedukacyjna). W każdym razie kabiny prysznicowe raz, że tak małe, że ręcznik i ubrania trzeba było zostawiać na wieszaku znajdującym się ze 2 m dalej, to dodatkowo szyby w drzwiach kabin były praktycznie przeźroczyste.
Dla mnie i innych dziewczyn nie był to problem. Rozbierałyśmy się przy wieszaku, tam też się wycierałyśmy, kremowałyśmy itd.
Wszystkie z wyjątkiem Pauliny.
Dziewczyna z uporem maniaka wstydziła się rozebrać. Początkowo chciała kąpać się sama, jak wszyscy pójdą spać, ale o 21 wracały panie z jakiejś pracy i do 22 okupowały łazienkę, a po 22 obowiązywała cisza nocna. Co więc wymyśliła Paulina? Przychodziła w ubraniu, rozbierała się w kabinie WC i w ręczniku szła się kąpać i w ręczniku też się kąpała. Potem w ociekającym ręczniku szła do WC i tam się wycierała i przebierała. Efekty były dwa: wszystko zalane od cieknącego ręcznika. Plus dziewczyna lekko „pachniała”, bo z uwagi na ręcznik tylko spłukiwała ciało. A i to nawet nie do końca, bo ręcznik...
Aluzja w postaci żelu pod prysznic rady nie dała.

#KUHgB

Jakiś czas temu zauważyłam, że nie umiem już kochać własnej matki.
Od zawsze nie mogłyśmy się dogadać, czy to w dużych, czy małych kwestiach. Kłótnie były bardzo częste i mocne (nawet jeśli chodziło o drobne rzeczy). Nie raz zostałam uderzona i zwyzywana od najgorszych i zawsze słyszałam: „Ty powinnaś przeprosić”, mimo że nic złego nie zrobiłam, tylko postawiłam się wreszcie i powiedziałam „nie”.
Czy jestem okropna?
Dodaj anonimowe wyznanie