Mam problem z młodszą siostrą. Młoda ma chłopaka, który spełnia każde jej zachcianki. Nie raz słyszałam, jak on jej mówił, że nie musi nic robić, bo on jej zapewni wszystko co najlepsze, dlatego nie musi pracować ani zajmować się domem.
Skoro ma takie podejście do życia, to nic mi do tego. Na szczęście nie wpływa to na mnie, jedynie szkoda mi mojej siostry. Dlaczego?
Bo gdy tylko się pokłócą, to ona w sumie nie ma nic. On jej wygarnia, że bez niego nic nie znaczy, a ona po kilku dniach do niego wraca. Gdy on jest na imprezie rodzinnej, ona ciągle się wywyższa, udaje nie wiadomo kogo, już planuje jak będzie wyglądać ich dom. Zupełnie się zmieniła, to nie jest ta spoko dziewczyna, z którą się wychowywałam. Żadne argumenty do niej nie trafiają, jedynie włącza jej się tryb "siostra zazdrości" i obraża się na mnie.
A ja jedynie się martwię o to, że za 10 lat będą po ślubie, a on będzie się nad nią znęcać psychicznie.
Jedyne co mnie rano podnosi z łóżka, to myśl o tym, że przecież tego dnia mam jakąś, nawet minimalną, szansę na uprawianie seksu. O niczym innym nie myślę.
Mam skrajne poglądy, tak zostałam wychowana, moja rodzina i znajomi moich rodziców mają takie same, całe życie przebywałam w takim towarzystwie. Nie wyobrażam sobie ich zmieniać, bo utożsamiam się z tym, ale moi znajomi tego nie rozumieją. Uważają mnie za wariatkę, skoro mam takie a nie inne poglądy, uważają, że jestem gorszym człowiekiem, bo jak mogę nie akceptować czegoś, co akceptuje większość społeczeństwa i staje się w tych czasach normalne. Dla mnie to nie jest normalne, nie zmienię swoich przekonań, nikomu nie robię krzywdy, nie narzucam swoich poglądów. Czy to nie kpina, że osoby, które są za tak wielką tolerancją nie potrafią uszanować czyiś poglądów, tylko dlatego że różnią się od ich? Gdzie ta ich tolerancja?
Mam 31 lat, od jakiegoś czasu skupiłem się na sobie, odpuściłem randki, jedynie znajomości online, ale też kończyłem, jeśli coś miałoby z tego wyjść, jak dotąd same słabe znajomości online. Pisząc z kimś online, nie obchodził mnie wiek ani wygląd, liczyła się ciekawa rozmowa, w której trzeba się wysilić, gdzie wkrada się ironia, sarkazm.
Od jakiegoś czasu pisałem z pewną osobą, wiedziałem jedynie, że to płeć przeciwna. Jest bardzo mądra, oczytana, wie, co to sarkazm, co ważniejsze wie, kiedy użyć, dawno nie poznałem kogoś takiego. Postanowiłem poznać ją bardziej... i okazało się, że ma 17 lat.
Co z tego, że jest bardzo ładna, mądra, skoro jest tak młoda. Różnica między nami byłaby okej, gdyby ona miała 30, a ja 44... Nalegała, żeby się spotkać, napisałem, że nie ma to sensu, bo jest za młoda, zerwałem znajomość.
Wiadomo, że to wyjątek od reguły, nastolatki to nastolatki, ale czasami potrafi się okazać, że taka 17-latka jest dojrzalsza i mądrzejsza od większości kobiet w moim wieku.
Mam w dalszej rodzinie wujka, który jest wręcz podręcznikowym przykładem cwaniactwa.
Wujek ma 75 lat i od urodzenia mieszka w Warszawie, jego rodzice byli partyjniakami więc dzieciństwo miał jak na tamte czasy całkiem przyjemne. Jako nastolatek zaczął pić, wagarować, kilka razy był aresztowany za bójki, wskutek czego nie ukończył technikum (miał tak słabe oceny że nawet protekcja nie pomogła). Nie przejął się tym jednak - po wojsku poszedł prosto do milicji i mimo wykształcenia podstawowego oraz problemów z prawem po znajomości doszedł do stopnia sierżanta. Dość szybko przenieśli go do pracy biurowej gdzie i tak w większości się nie pojawiał. Mimo to wyrobił wymagany staż i przed czterdziestką, na przełomie ustrojów przeszedł na emeryturę.
W latach 90 wujek założył akwizytornię z badziewnymi chińskimi długopisami - typowy januszeks gdzie przez kilkanaście lat nikt nie zobaczył umowy. Koszty były zerowe - towar za półdarmo od znajomego, a ludzie w systemie prowizyjnym, wiecznie na darmowym okresie próbnym. Oczywiście przez cały ten czas nikt go za rękę nie złapał, a do pracy zawsze miał dziesiątki chętnych.
Około 2010 firma zaczęła podupadać, ale wujek i tym razem spadł na cztery łapy. Jako jedynak odziedziczył po rodzicach kilka hektarów pod Poznaniem, które znajdowały się akurat na terenie budowy autostrady, więc oczywiście sprzedał je państwu za niebagatelną sumę. Od tamtej pory żyje już tylko z majątku - w samej Warszawie ma ze 20 KUPIONYCH ZA GOTÓWKĘ mieszkań, oprócz tego jakieś domki letniskowe nad morzem - wszystko oczywiście wynajmuje za horrendalne kwoty.
Jeżeli chodzi o jego charakter, myślę że macie już częściowy obraz. Wujek oczywiście cały czas narzeka na tą "dzisiejszą młodzież" która niby ma w życiu dużo łatwiej niż on. Oprócz tego pomimo braku wiedzy uważa się za eksperta w każdej dziedzinie; kilka lat temu odkrył internet i spamuje wulgarnymi komentarzami na każdy możliwy temat, od polityki do szczepionek i zdrowia psychicznego. Na jego profilu filmiki z płaską Ziemią przeplatają się ze zdjęciami jakichś internetowych prostytutek. Co do poglądów - przez całe życie był zagorzałym komunistą, ale parę lat temu powiedział że "SLD już nie ma bo przyjęli Biedronia" i zaczął popierać... Konfederację. Twierdzi że tylko oni nie chcą go okradać z pieniędzy które uczciwie (!) zarobił.
W domu nie robi absolutnie nic - mówi że od takich rzeczy są kobiety. Ciocia która nigdy nie pracowała zawodowo nie jest w stanie od niego odejść - zresztą jak był młodszy to wielokrotnie ją zdradzał i nawet to nie dało jej motywacji. Te wszystkie szczegóły znam od jego córki, która czasem go odwiedza. Jest jego jedynym dzieckiem a i tak on jej ciągle grozi wydziedziczeniem jeżeli nie wyjdzie za mąż (moja kuzynka nie ma odwagi mu powiedzieć że jest lesbijką). I tak się to życie kręci...
11 grudnia miałam zacząć pracować jako konduktor w pociągach, które dopiero wchodzą do Polski (nazwy wolę nie mówić, ale myślę, że idzie się domyślić).
Miałam, bo o 3 rano dostałam chyba pierwszego ataku paniki w swoim życiu; drgawki, wymioty, ból brzucha, trzęsące się ręcę i paranoiczne myśli. Myślałam że to grypa, dlatego pojechałam na miejsce o 4 rano (bardzo głupie z mojej strony wiem), bo nie miałam numeru żeby im zgłosić, że fizycznie nie dam rady. Widzieli to po mnie, chyba nawet było też czuć, bo zdążyłam zwymiotować przed samochodem, a nie miałam nawet gumy żeby jakoś zredukować smród rzygów z ust i pozwolili wrócić do domu. L4 załatwiłam, ustaliłam nowy termin pierwszych jazd, ogólnie nawet sprawnie poszło, a myślałam, że zostanę zlinczowana z góry do dołu za niestawienie się pierwszego dnia.
Teraz siedzę w domu i nie ma godziny, żebym nie panikowała przed pierwszą jazdą. Wstyd mi za to, że chcę zrezygnować i czuję się jak przysłowiowy płatek śniegu za takie wyolbrzymianie. Nigdy tak się nie czułam przed pójsciem do pracy; mam prawie 20 lat, stale pracuję od 5 lat, miałam już dużo prac, zarówno sezonowych jak i stałych, ale te pociągi przerażają mnie do tego stopnia, że jedynę o czym marzę to złożyc wypowiedzenie i zakopać się pod ziemię ze wstydu. Z drugiej strony jest to coś, co może okazać się super sprawą i przyszłościową robotą, a każdy komu mówię o tym uważa, że trafiła mi się okazja życia.
Ze szkolenia nie wiele wyniosłam, tam była sama teoria, a z praktycznych rzeczy nic nam nie pokazali; nawet ubrania robocze mam wybrakowane. W dodatku pierwszego dnia będę sama z dwoma czeszkami, zostaję w mieście na drugim końcu Polski na noc z mieszkaniem, które będę z nimi dzielić, także bomba.
Jestem z pokolenia Z i mam aktualnie 20 lat. Dopiero stawiam swoje kroki w polskim rynku pracy. Sporo osób mówi, że teraz ciężko o pracę. Ja myślę, że nie jest ciężko o pracę, ale o GODNĄ pracę jest bardzo ciężko. Może nie mam długiego stażu, ale w kilku miejscach już się przewijałem i przyznaję – januszerka w Polsce to tragedia. Moja mama mówiła „nie ma nic gorszego niż robota u prywatnych”, nie wierzyłem, ale teraz wierzę. O ile praca to nie problem, to ludzie tak. I w większości są to ludzie z pokolenia wstecznego, starsi. Ja wiem, że mindset jest inny, ale mój boże! Przykłady: pierwsza z prac na magazynie. Kierownikiem magazynu jest niejaki „pan S”, lat ok. 40. Skurw*** jakich mało. Nieważne, co robiłeś, w jego kryteriach zawsze zjeb@łeś, nawet jak zrobiłeś dobrze. Potrafił wyzwać cię od jełopów itp. Ja akurat rzadko byłem z nim na zmianie, ale mój kumpel jak i inni dostawali zjeby regularnie od niego, nawet jak inny kierownik nas chwalił. Druga praca: sortowanie paczek w popularnej firmie kurierskiej. Paczki po tej hali to fruwały jak jaskółki. Syf i brud. O darciu mordy, aby szybciej to pakować do takich wielkich koszy, to już nie wspomnę. Pracowałem tak akurat na zlecenie przez studia. Kazali mi zostawać po godzinach, a jak kulturalnie mówiłeś, że chyba ich popierdoliło, to mówili, że złożą na ciebie skargę do agencji, przez którą się zatrudniasz. Kolejna praca: tutaj już w biurze zgodnie z moim kierunkiem studiów. Pierwsza z „poważniejszych”. Pierwsza poważna umowa i... szefowa Grażynka z szefem Januszem levele ok. 50. Zostanie po godzinie? OK, dodatkowe pieniądze. Ha, ha! Myślicie, że jak się dopomniałem o te godziny, to zamierzali mi zapłacić? Nie. Bo TO MÓJ OBOWIĄZEK zostawać za darmo po godzinach ku chwale kołchozu.
Podsumowując – rynek pracy w Polsce to jebany żart. Czarno widzę swoją przyszłość i jeśli do trzydziestki nie wypalę się zawodowo, to się zdziwię. Nie dziwię się, że ludziom pracować się nie chce lub swojej pracy nienawidzą. Dziwię się natomiast, dlaczego pracodawcom tak trudno przestrzegać kodeksu pracy i nie być chujem dla pracownika. Nie wiem, czy praca w państwówce jest lepsza, ale obecnie mam marzenie, aby się przekonać i aby było to prawdą.
Małe przypomnienie. Żaden rodzic nigdy Ci nie powie:
- wyzwałem moje dziecko od debili
- powiedziałem mu, że jest problemem
- zawiodłem je w ważnej sprawie
- okłamałem je w ważnej dla niego sprawie
- powiedziałem mu, że może wypierdalać z domu
- powiedziałem mu, że nic nie osiągnie
- sprawiłem, że czuł się jak śmieć
- dałem mu z liścia
Żaden rodzic nie powie Ci również, że:
- w rozmowie ze współmałżonkiem/współmałżonką skłamał tylko po to, by wypaść lepiej, a dziecko gorzej
- zdradził sekret dziecka, choć wiedział, jak bardzo jest to dla niego ważne
- opowiedział kompromitujące fakty o swoim dziecku
Powie Ci natomiast:
- moje dziecko nie szanuje tego, co ma
- z moim dzieckiem są same problemy
- daję dziecku tyle miłości
- ma co jeść, pić, dach nad głową
- inni mają gorzej
- nie pyskuj
- nic mi nie pomaga, tylko w telefonie siedzi
- coraz gorzej się zachowuje
- nie ma do mnie szacunku
- nie słucha się
- nic się nie uczy.
Jak tak czytam wyznania innych, to sobie myślę, że też mimo dosyć unormowanego życia chciałbym się podzielić swoimi przeżyciami, bo jednak coś tam się u mnie wydarzyło, ale nigdy nie byłem typem „afiszowca”, zawsze wolałem i potrafiłem słuchać. Mniejsza... Jak tak czytam co lepsze wyznania, to cieszę się, że ja nie mam takich problemów jak inni ludzie i tak szczerze, to strasznie mnie to podnosi na duchu oraz staram się oczywiście oczami wyobraźni stawić się w pozycji autora i myślę, co ja bym zrobił z takim stanem rzeczy. Na dziś dzień, będąc dorosłym facetem (28 l.), nabrałem na tyle pewności siebie, że wyjaśniłbym większość problemów, które trapią lub trapiły kiedyś w młodym wieku. Pamiętajcie ludzie, jeżeli coś was wkurwia, nie dawajcie się stłamsić, wyjdźcie z inicjatywą, olejcie to, bo czasami wystarczy się nie przejmować problemem, a on magicznie się rozwiąże. Olejcie ciepłym moczem tych, co próbują się wybić na waszych słabościach, bo to, że kogoś zgnoisz, nie podnosi Twojego statusu, tylko umniejsza komuś innemu. I kochajcie to co macie, bo możecie tego jutro nie mieć, a wtedy będzie ból bezpowrotny, to jest wpisane w nasze życie tak jak śmierć, z którą trzeba się w końcu oswoić, ludzie umierają i zawsze będą, nie ma co rozpaczać w nieskończoność. Zróbcie coś dla siebie, jak nie macie dla kogoś. Nie przejmujcie się rzeczami, na które nie macie wpływu, bo was to zje. Pozdrawiam całe forum.
Jestem gruba, przy wzroście 172 cm ważę 126 kg. Zaczęłam drastycznie tyć 3 lata temu, na stan dzisiejszy miały wpływ różne czynniki, zapragnęłam zdrowo żyć i przestałam palić, wpadło parę kilo, Następna diagnoza to było wypalenie zawodowe, ataki paniki, depresja a co za tym idzie fura prochów psycho i antydepresantów, hormonów na tarczycę, wit. D3 w dawkach po 10 000 jednostek dziennie, tamten czas pamiętam jak przez mgłę, jakbym oglądała siebie przez okno. Wtedy zgrubłam drastycznie i kompletnie nie zauważyłam tego, byłam tak skupiona na tym żeby wyjść z tej czarnej dziury, nie zarejestrowałam jak drastycznie się zmieniam. Potem nastąpiło przebudzenie, kiedy rodzice zasugerowali, że może byś przestała przyjmować choćby te psychotropy, bo tyjesz i zmieniasz się.
Dopiero wtedy zarejestrowałam, że coś się złego ze mną stało. Zaczęłam bacznie przyglądać się sobie i zdałam sobie również sprawę z tego, że mąż już nie mówił do mnie dawno, że ładnie wyglądam, że mnie kocha a wręcz zaczęłam widzieć, że patrzy na mnie z politowaniem i obrzydzeniem. To rozpoznanie było dla mnie szokiem i przebudzeniem, zdałam sobie sprawę, że nie kochaliśmy się od dawna. Zaczęłam walczyć o dawną siebie, zawsze odżywialiśmy się zdrowo i zgodnie z tym co było sugerowane przez dietetyków. Moja waga nie ruszała się z miejsca, więc zaczęłam szukać pomocy w internecie. Zaczęłam wariować, bo jedni dietetycy podważali innych każdy co innego mówi.
Wypróbowałam różnych diet, wiele jadłospisów i nic, moja waga lata, 7 kg spadła, ale po tym zaczęła robić mi psikusy raz idzie do góry potem na dół. Moje niedzielne ważenie zamieniło się w koszmar, bo raz schodzę z wagi w euforii, bo 2 kg mniej żeby za tydzień złapać doła, że 3 kg doszło. Zaczęłam zwiększać wysiłek fizyczny robię dziennie 25 000 kroków, poprosiłam o zmianę stanowiska pracy żeby mieć jeszcze więcej ruchu i co efekt 1 kg do przodu. Tłumaczyłam sobie to, że mięsnie się tworzą więc stąd większa waga. Wpadam w psychozę boję się chodzić na zakupy, kontroluję co mam w koszyku, żeby broń Boże nie było tam nic tuczącego bo wydaje mi się że wszyscy mnie oceniają i analizują co tam mam. Syn już wie, że jak chce jakieś chrupki czy masło orzechowe to sam sobie musi kupić, bo ja boję się mieć takie produkty w wózku.
Nie chodzę na imprezy do znajomych, bo czuję się nie komfortowo każdy zna mnie w mniejszej wersji i ja od razu jak już gdzieś idę to pierwsze co robię to tłumaczę się, taki czuję przymus i od razu deklaruję że ja pracuję nad sobą. We wrześniu jadę na wesele i już nam ogromnego stracha, bo w większości rodzina mnie nie widziała przez parę lat i oni mi nie popuszczą będą drążyć temat, czemu nic ze sobą nie robię. Tak cholernie boli jak widzisz jak ludzie na ciebie patrzą - oni nie wiedzą jak każdego dnia walczysz o każde kilo.
Dodaj anonimowe wyznanie