Zdenerwowałam się.
Mam 20 lat i od kilku dni „nową starą” zabawkę, wygrzebaną w czasie porządków — kostkę Rubika. Daleko mi do speed runersów, składam ją ok. trzech minut, ale nie potrafię się oderwać, siedzę i składam, gdy tylko mam chwilę czasu. Dzisiaj postanowiłam wykorzystać podróż autobusem. Składałam sobie kostkę, nie wadząc nikomu, póki do autobusu nie wsiadła grupka młodzieży niewiele młodszej ode mnie. Dawno nie nasłuchałam się tylu zgryźliwych komentarzy rzucanych niby między sobą, ale tak, żeby przynajmniej połowa autobusu słyszała. Stwierdzili nawet w pewnym momencie, że składam kostkę tylko po to, by ich poniżyć?! Ludzie, których pierwszy raz widziałam na oczy... Nie rozumiem myślenia tego pokolenia pępków świata i boję się tego co przyniesie przyszłość...
Byłam dzisiaj na pogotowiu, ponieważ podczas nocnych igraszek mój mąż znalazł w mojej pochwie kleszcza. Nie polecam.
Mam 20 lat, ale przez to jak jestem traktowana przez rodzinę, czuję, jakbym miała z 15. Muszę przed całą rodziną udawać, że nie wiem, co to są przekleństwa, jak palić papierosy czy jak smakuje alkohol. Jest to uciążliwe, gdy np. zostanie alkohol z jakiejś imprezy ze znajomymi, bo jakoś magicznie zawsze go znajda i muszę wymyślać niestworzone historie, skąd go mam. Tak więc jeśli ktoś chciałby poczuć się jak nastolatek, to zapraszam do mojej rodziny!
Jako świeża absolwentka jednej z wyższych uczelni, rozpoczęłam pracę w zawodzie w międzynarodowej firmie o całkiem niezłej renomie. Pomimo iż posiadam wiedzę w swojej dziedzinie, jestem ambitna i lubię wyzwania, paraliżuje mnie nieśmiałość. Dopiero kiedy czuję się zaakceptowana, mogę się wykazać, dlatego bardzo sobie cenię każdy najmniejszy przejaw sympatii wobec mojej osoby.
Niektórzy traktują mnie jak powietrze, inni jak zło konieczne, które trzeba wdrożyć w działania firmy, ale są też tacy, którzy oferują realną pomoc i wsparcie w przydzielonych mi obowiązkach, choć często ich zadania znacznie różnią się od moich. Jednak dobre słowo i luźna rozmowa w czasie lunchu potrafią zdziałać cuda, więc szybko złapaliśmy bardzo dobry kontakt (dopiero gdy ich poznałam bliżej, mój organizm zaczął przyswajać jakiekolwiek pożywienie w czasie pracy, wcześniej z powodu stresu nie byłam w stanie przełknąć kęsa). Powoli odnajduję się w firmie, a praca zaczyna sprawiać mi satysfakcję. Ludzie, z którymi nawiązałam kontakt, to głównie mężczyźni niewiele starsi ode mnie, większość z nich założyła już rodziny. Lubię z nimi pracować, ponieważ zawsze lepiej dogadywałam się z facetami (są konkretni, praktyczni, nie panikują pod presją czasu). Mimo że nie pracuję fizycznie, po powrocie do domu padam wykończona.
Pewnego razu zasnęłam i śniłam o pracy. Mieliśmy jakiś problem i poprosiłam jednego z kolegów o pomoc. Powiedział wtedy, że skoro tak dobrze się nam współpracuje, to może w innych kwestiach też byśmy się dogadali...
Kiedy się obudziłam, jak grom z jasnego nieba spłynęło na mnie objawienie. On jest całkiem atrakcyjny, zawsze mi pomaga, codziennie jemy razem lunch, a po pracy odprowadza mnie do samochodu. Nigdy nie przywiązywałam do tego uwagi, bo nie byłam zainteresowana wchodzeniem w relację z mężczyzną, ale leżąc w łóżku i wspominając jego słowa, pomyślałam, że może coś w tym jest.
I tak następnego dnia na jego widok motyle w brzuchu sprawiły, że znów nie mogłam nic przełknąć, a nogi miałam jak z waty.
Dziś wróciłam z kolejnej już randki. Nawet we śnie miał rację, bo poza pracą też się doskonale dogadujemy. Trzymajcie kciuki! :)
Z Wojtkiem jestem już od 8 lat, planujemy razem przyszłość. W przyszłości chcemy się pobrać, jesteśmy zgranym związkiem. Jednak bardzo wstydzę się mojej przyszłej teściowej. Inteligencją kobieta nie grzeszy. Nie mam z nią nawet wspólnych tematów. Staram się być dla niej miła (w sumie ona też jest dla mnie w jakiś sposób miła i nigdy nie miałyśmy między sobą żadnych spin), ale po prostu jej głupota strasznie mnie irytuje. W przeszłości zaciągnęła długów na ponad 80 tys. złotych, bo nie płaciła za rachunki, bo po co, skoro można żyć za darmo. Dopiero od jakichś 6 lat spłaca ten dług. Wojtek pomógł jej ze spłatą długu, zostało jeszcze kilka tysięcy. Mieszkanie ma komunalne. Remont łazienki wyżebrała od miasta, bo jej nie stać, a się należy. Z dachu leciała woda, więc poszła wypłakiwać do urzędu miasta, to wymienili pokrycie dachu. Tak samo było z ociepleniem domu. Kilka lat temu usłyszała o akcji pomagania biednym na święta, to oczywiście skorzystała z tej akcji i za darmo otrzymała nową pralkę, mimo że było ją stać, aby kupić nową. Wojtek, gdy się dowiedział, wpadł w szał. Najchętniej to by wszystko chciała za darmo. 5 lat temu, kiedy Wojtek jeszcze mieszkał z mamą i z bratem, odłożył pieniądze z trzech wypłat i wyremontował dwa pokoje. Od tamtej pory nic nie zrobili sami w tym mieszkaniu.
Teraz przeklina beneficjentów 800+ za to, że dostają pieniądze, bo gdy ona wychowywała dwójkę dzieci, to nie dostała ani grosza.
Gdy Marcin, brat Wojtka, miał parę lat, to jeździła z nim po różnych specjalistach. Chciała zrobić z niego chorego umysłowego, by dostać pieniądze na chore dziecko. Jednak na szczęście nic się nie udało.
Może się wydawać, że jej sytuacja materialna jest kiepska, ale nic z tych rzeczy. Teściowa dostaje rentę, ponieważ ma pierwszą grupę, i pracuje. Z pracy też dostaje dobre pieniądze z racji tego, że jest niepełnosprawna. Marcin też pracuje. Mają więc środki, aby żyć na poziomie, ale wolą wydawać pieniądze na pierdoły i dziadować. Czasem nawet pożycza pieniądze od Wojtka, bo nie starcza jej na chleb.
Ze wszystkimi sąsiadami jest pokłócona, bo wymyśliła plotki na ich temat. Z połową rodziny ma złe stosunki, bo zazdrości im, że się dorobili. Jej jedyną rozrywką jest oglądanie telewizji. Wierzy we wszystko, co tam powiedzą.
Bardzo kocham Wojtka i wiem, że to najlepszy mężczyzna, na jakiego natrafiłam w życiu, ale świadomość, że będę skazana na jego rodzinę, powoduje u mnie pewne wątpliwości.
W tamtym roku sporo podróżowałam, byłam za granicą, nad morzem, w górach. Jak to na takich wyjazdach, robiłam sobie/robiono mi dużo zdjęć... zdjęć dużo, ale każde nadaje się do kosza, bo na każdym wyglądam jak nie ja. Moja niefotogeniczność przekracza wszystkie możliwe skale. Nie jestem brzydka, a na większości zdjęć wyglądam (i tu nie przesadzam) jak kosmitka z innego świata. Na zdjęciach wyglądam, jakbym miała kwadratową (?!) twarz — a przecież mam lustro w domu i moja twarz jest owalna... Dosyć często włosy są tak rozwiane przez wiatr, że nie widać mi twarzy, podczas gdy osoby pozujące razem ze mną mają włosy idealnie ułożone. Monstrualnie długie kończyny, zez (!?), zamknięte oczy — norma. Czy pozuję do zdjęć, czy są robione z zaskoczenia, efekt jest ten sam.
Nie, nie czepiam się, nie wyolbrzymiam. Wczoraj koleżanka zapytała, gdzie ja jestem na zdjęciu, bo mnie nie widzi — a stałam na środku, na zdjęciu były trzy osoby. Często jak komuś pokazuję zdjęcia, słyszę: „A czemu ty tak dziwnie wyszłaś?”, „Czemu ty tak dziwnie wyglądasz?”. Właśnie, czemu?
Można by zarzucić mi, że po prostu tak realnie wyglądam jak na zdjęciu — ale nawet znajomi czasem się dziwią temu, co widzą. Można zwalić to na fotografa, ale zdjęcia robią mi różne osoby.
Czara goryczy przelała się, gdy dziś na pewnym portalu społecznościowym zobaczyłam zdjęcie koleżanki... Nie jest zbyt urodziwa, grubsza, włosy zawsze przetłuszczone, a jej zdjęcie śmiało mogłoby trafić na okładkę gazety o modzie i urodzie... Wiem, że ludzie mają gorsze problemy i pewnie sporo z Was mnie wyśmieje, ale jest mi przykro, bardzo przykro.
Moi rodzice to typowe Janusze herbu kwitnącej cebuli. Ojciec: 40 lat pracuje w fabryce, wiecznie narzeka na ciągły brak gotówki, przy czym kiedy wujek proponował mu pracę u niego, zwyzywał go od panów kierowników i wyrzucił za drzwi. Od piwa wyhodował już pokaźny brzuch, a fakt, iż nie może dopiąć spodni, tłumaczy stresem przy harówce (obsługuje tokarkę). Matka to jego przeciwieństwo, przynajmniej z wyglądu. Chuda, niska, wie o wszystkich rzeczy, których nawet sami o sobie nie wiemy. Ulubionym zajęciem moich rodziców jest narzekanie. A to na szwagra, a to na sąsiadów. Na brak pieniędzy, na psujący się samochód, na ceny, na rząd, podatki i tak dalej.
Niedawno sąsiedzi zaczęli budować dom. Ojciec już dwa razy nasłał na nich nadzór budowlany, po pracy siedzi z nosem przyklejonym do szyby i wypatruje, co by jeszcze zgłosić. Opowiada wszystkim sąsiadom mrożące krew w żyłach historie, jak to ten sąsiad uprzykrza mu życie, że cholesterol (?) ma przez niego i wykończy się niedługo.
Matka, znudzona przesiadywaniem w domu (nigdy nie pracowała), wypełnia czas spacerami po wsi celem aktualizacji danych plotek. Oczywiście potem wszystko opowiada ojcu.
Dlaczego piszę to wyznanie? Otóż miesiąc temu trafiłam u nich na czarną listę.
Gdy miałam 21 lat, wyjechałam do przyjaciółki za granicę. Po kilku latach pracy udało mi się odłożyć, kupiłam działkę i rozpoczynam budowę domu.
Matka zadzwoniła, że ojciec przeze mnie źle się poczuł, że oni całe życie mi i siostrze poświęcili, a ja tak się odwdzięczam, porzuciłam ich samych schorowanych i „chawiry” buduję. Dodatkowo zarzekała się, że ona moich długów spłacać nie będzie, wrócę z podkulonym ogonem i że ona nie wierzy, że uczciwie na ten dom zarobiłam, a nie tak mnie wychowali... Po prostu odłożyłam słuchawkę.
Chyba pójdę do piekła.
Jako nastolatek byłem chorobliwie otyły, a z racji tego, że moim ulubionym sportem był opierdaling, nic nie zapowiadało zmiany mojego dotychczasowego wyglądu. Gdy po raz kolejny słyszałem, że moja tusza przyprawi mnie o problemy ze zdrowiem, zacząłem się poważnie zastanawiać nad sobą i swoimi nawykami żywieniowymi, ale i to nie zmotywowało mnie do podjęcia żadnych kroków do zbicia masy. Jednak pewnego dnia po kolejnej lekcji w stylu „kim chcesz zostać, jak dorośniesz”, w mojej głowie zapaliła się jasna żaróweczka, a pod nią napis „płatny zabójca”. Możliwe, że mógł być to wpływ uwielbianego przeze mnie filmu „Killer” lub po prostu chęć łatwego, choć niekoniecznie moralnego szybkiego zarobku, ale po głębszym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że taki asasyn nie miałby szans na odniesienie sukcesu, wyglądając jak pączek. Wziąłem się za siebie. Zacząłem ćwiczyć i przeszedłem na dietę, w ciągu 3 lat schudłem 27 kilo i wyrobiłem sobie niezłą sylwetkę.
Teraz kończę już studia, a dawni przyjaciele, widząc mnie „odnowionego”, pytają, jak znalazłem motywację do schudnięcia. Odpowiadam im klasycznym banałem, coś w stylu „miałem dość i chciałem zmiany”.
Nikt nigdy nie dowie się, jaka była prawda.
Mam 19 lat i jedną najlepszą przyjaciółkę. Mamy razem pewną zabawę kiedy się spotykamy. Otóż od czasu do czasu chodzimy sobie po sex-shopach, udając parę lesbijek. Nie, nie całujemy się ani nie obściskujemy, ale trzymamy się za ręce, mówimy do siebie „kochanie”, czasem się przytulimy i takie tam. Reakcje ludzi są różne, jednak zawsze bawi mnie wzrok mężczyzn przychodzących tam ze swoimi partnerkami. Kiedy to ich kobieta wybiera nową erotyczną zabawkę, a pan i tak patrzy w naszą stronę ze zbereźnym uśmieszkiem pod nosem.
Wiemy o tym tylko my. Nawet naszym partnerom o tym nie mówimy, bo w sumie po co. Taki nasz drobny sekret :P
Mój narzeczony miesiąc przed planowanym ślubem stwierdził, że jednak wróci do byłej. „Ale nie będziesz zła?” – spytał. No nie, ku*wa, przecież zależy mi na twoim szczęściu, co tam ja, heh. Phi! Pfffff... Każdy by się cieszył, gdyby jego druga połówka odnalazła nagle swoją prawdziwą miłość.
Ku*wa bynajmniej.
Dodaj anonimowe wyznanie