Na początek zaznaczę, że mam problemy z żołądkiem, tj. gdy zjem coś tłustego, ostrego lub gdy wypiję mleko, które nie jest bez laktozy, to zaczyna się istny armagedon w moim brzuchu. A że ja kocham jeść te wszystkie rzeczy, to zabezpieczam się tabletkami, bo przecież zrezygnować z takich pyszności to grzech – przynajmniej dla mnie.
Pewnego pięknego zimowego dnia jakiś rok temu, będąc w pizzerii, postanowiłam wziąć tabletkę. Patrzę do torby – tabletek NIE MA. Myślę sobie dobra, jakoś przeżyję, zadzwonię po mamę, żeby mnie odebrała wcześniej, niż się umawiałyśmy, albo skoczę do kibelka w pizzerii. Niewiele myśląc, zamówiłam moją ulubioną pizzę z salami, papryczkami chili i ostrym sosem czosnkowym. Dopiero gdy pizza została mi podana, zdałam sobie sprawę, co ja właśnie zrobiłam. No ale trudno. Zjedliśmy pizzę, mama już po mnie jedzie, żołądek jak na razie w spokoju.
W drodze powrotnej mama postanowiła wstąpić na chwilę do sklepu, ale jak to moja mama ma w zwyczaju, chwila w sklepie to minimalnie pół godziny. No więc mówię, że mnie brzuch boli i że musimy wracać, ale mama nie posłuchała moich próśb.
Jesteśmy w sklepie, w żołądku burza, zwieracze zaciskam, jak się da, błagam mamę, żebyśmy wracały. No i w końcu nadszedł moment, w którym nie wytrzymałam i musiałam do toalety na już. W akcie desperacji schowałam się za regałem z chipsami i użyłam reklamówki, by uratować sytuację. Udało się, ale gdy wróciłam do mamy, zapach był nie do zniesienia. W aucie mama zaczęła kręcić nosem: „Co to za smród?”.
Powiedziałam jej, że chyba przypadkiem wdepnęłam w kupę...
Nigdy więcej nie weszłam do tego sklepu. Do dziś drżę na myśl, że ktoś mógł mnie widzieć w tamtym kącie. Nie polecam.
Ten moment, gdy ścigasz się z przyjacielem w skokach po schodach na trzecie piętro przy wspólnym śpiewaniu wszystkim znanego: „Jak pory roku Vivaldiego...” na oczach dyrektora, który do dziś uważał cię za poważnego człowieka. A ten zaczyna śpiewać z wami. Bezcenny. Dodam tylko, że mamy blisko 25 lat, a ów dyrektor zbliża się do pięćdziesiątki...
Mój chłopak nie mógł się doczekać dnia moich urodzin, więc uradowany dał mi prezent parę dni wcześniej. Dał mi poduszkę ze swoim zdjęciem. Prawdę mówiąc, jestem trochę zawiedziona, chociaż może to dziecinne. Nie jestem materialistką, ale jest mi przykro, ponieważ ja kupując mu prezent, naprawdę się staram i nie oszczędzam, kupując mu to, na co było mu szkoda pieniędzy, ostatnio to była kamerka za kilkaset złotych.
Żeby nie było — zarabiamy tak samo i pokazywałam dużo rzeczy, które chciałabym sobie kupić, ale mi było szkoda pieniędzy.
PS Poduszka jest straszna.
Długo szukałam pracy, ale w końcu mi się udało. Pierwszego dnia poznałam swoją szefową i ta powiedziała mi: „Jak dobrze cię widzieć, znów będzie tak jak kiedyś”. To była laska, która znęcała się nade mną przez całą szkołę. W pracy nie było inaczej...
Pewnie nieraz słyszeliście o kobietach, które są kłodami albo które notorycznie boli głowa i zastanawialiście się, jak można w taki sposób podchodzić do seksu. Cóż, poznajcie jedną z nich.
Odkąd pamiętam, byłam bardzo dobrze nastawiona do seksu. Miałam fantastyczne fantazje, przepadałam za pieszczotami z moim chłopakiem. Nigdy nie miałam orgazmu, ale nie przejmowałam się, przecież na wszystko będzie czas. Wiedziałam, że seks to coś pięknego i spajającego związek. Utwierdzali mnie w tym rodzice.
No cóż, rozczarowanie było bolesne. Dosłownie.
Podczas pierwszego razu musieliśmy robić kilka prób, a i tak za każdym razem wyłam z bólu. Mijały miesiące, a nie było wiele lepiej. Seks to wciąż nieprzyjemny, bolesny proces, który w dodatku mogę uprawiać tylko w jednej (tak, misjonarskiej!) pozycji, żeby nie płakać z bólu. I tak właśnie z gorącej nastolatki stałam się kobietą lodem, która podczas seksu patrzy w sufit i modli się o szybszy koniec. Żadne gadżety, żadne nowe pozycje, nic nie pomagało.
Ginekolodzy, z drwiącym uśmieszkiem na ustach, kierowali mnie do seksuologów, bo „przecież jest pani zdrowa”. Dla seksuologów byłam fatalną zagwozdką, bo nie dało się zrozumieć, co w mojej psychice może mnie blokować. Przerzucali mnie jak gorący kartofel, proponując tego i tego seksuologa, może ten czy tamten pomoże.
Po siedmiu latach jestem uboższa o dobre kilka tysięcy. I wciąż jestem zimną kłodą, bo nikt nie wie, co mi jest.
Jestem Polką, która mieszka za granicą. Na co dzień posługuję się językiem angielskim zarówno w pracy, jak i w domu. Mam bardzo mały kontakt z Polakami tutaj, poza moim chłopakiem. I zastanawiam się, dlaczego ludzie są tak oburzeni, gdy ktoś wraca do kraju i zdarzy mu się powiedzieć jakieś słówko w innym języku. Mam 24 lata i szczerze powiedziawszy, czasem jest to automatyczne. Słówka takie jak „or” lub „like” często wymykają mi się spod kontroli. I nie jestem broń Boże osobą, która chce się tym chwalić. Ale nie jest miłe słuchanie ludzi, którzy mówią: „Nie udawaj już, że taka z ciebie Angielka” bądź „Z raju wyjechała, to i języka zapomniała”. Wcale nie. Staram się mimo wszystko pielęgnować swój polski, a nie udawać nie wiadomo kogo. Mieszkam za granicą już około dwóch lat, ale gdy już użyję angielskiego słówka przypadkiem w Polsce, to oczywiście przepraszam i się poprawiam.
Nie wiem, czy to ból dupy ludzi w Polsce, czy coś innego, ale czasem jest to po prostu przykre.
Kiedy byłam w gimnazjum, wiedza moja i moich rówieśników na temat seksu była znikoma. Wiedzieliśmy jak to mniej więcej działa i tyle. Były to też czasy, gdy na widok magicznej liczby 69 wszyscy rechotali. Ja w tym czasie myślałam, że wszystkie pozycje są w Kamasutrze ponumerowane.
Któregoś razu nawet wywiązał się taki dialog:
Kolega: He, he, 69.
Ja: E tam, wolę 102.
Widać jego wiedza nie była zbyt duża, bo tylko zmieszany odpowiedział, że nie zna, a ja poczułam się jak ekspert od seksu, bo w końcu nikt się nie zorientował, że rzuciłam przypadkową liczbę.
Na pewno niejeden/jedna z was przeżyła, albo raczej nie przeżyła imprezy, w której odpadło się jeszcze w przedbiegach. Moja historia będzie dotyczyła najbardziej żenującej sytuacji w moim życiu, z której żałuję, że tak wiele pamiętam.
Biforek, wódka leje się strumieniami, w domu wszyscy szykują się do wyjścia i ja, czująca się milion dolców — świetna fryzura, stylówa przygotowywana przez tydzień, godziny spędzone w łazience już za mną. Do wyjścia do klubu zostało już mało czasu, a głupia ja, na pusty żołądek, stwierdzam, że dotrzymam kroku wszystkim. Wychodzimy. Świat się kręci, a ja zygzakiem dumnie zmierzam na nocny ze znajomymi. Czuję, że w głowie się kręci, a w brzuchu rodzą się zbuntowane jednorożce. Wsiadamy. Jeden przystanek, drugi, trzeci — nie daję rady. Kalkuluję w alkoholowym amoku, czy dam radę dojechać do klubu bez żołądkowych rewelacji. Nie. Nie dam. Wysiadam, a razem ze mną najlepszy kumpel (równie pijany). I teraz wyobraźcie sobie taki widok: biegnąca ja, rozpychająca łokciami niewinnych ludzi czekających na autobus, po drodze zrzucająca szpilki i rzucająca w kumpla torebką, dobiegająca do barierki i wyrzucającą tęczę alkoholu ze środka. I tak przechylona i wymiotująca, na środku Mostu Poniatowskiego, wprost na auta na dole. W tej chwili dobiega do mnie mój najlepszy kumpel i w alkoholowym amoku przykrywa mi głowę chusteczką i drze się: „Staraaa, zadbaeem o wszystko, nikt cię nieeee widzi, rzygaj daleeej”.
Następnego dnia chciałam zapaść się pod ziemię.
Znów usłyszałam od najbliższej rodziny, żebym poszukała sobie partnera, np. w pracy. Co w tym dziwnego?
Otóż ja mam partnera. Od dwóch lat. Mieszkamy razem. Oni o tym wiedzą.
Na pytanie, dlaczego tak mówią, usłyszałam, że dlatego, że obecny partner nie jest Polakiem.
Wczoraj chciałem się pochwalić kumplom, jaki jestem niezły i pokazać im, jak włączam zdalnie kamerkę internetową, która jest w moim domu. Wyszło mi to dwojako... Czemu?
Uruchomiłem kamerkę, co wzbudziło podziw kumpli.
Wszyscy zobaczyli, jak moja żona przyprawia mi rogi.
Dodaj anonimowe wyznanie