#CUogD

Te święta były pierwszymi, które spędziłem w pełni z moją dziewczyną – niedawno zamieszkaliśmy razem.

W wigilię przyniosłem do domu karpia i wpuściłem do wanny, jak zwykł to robić mój ojciec. Było to dla mnie całkowicie naturalne, to przecież tradycja świąteczna. Oczywiście miałem zamiar go dobić, żeby moja ukochana mogła przygotować potrawę, będącą podstawą na wigilijnym stole.
Kiedy moja dziewczyna to zobaczyła, wpadła w szał. Zaczęła płakać nad losem karpia i krzyczeć do mnie, że jestem mordercą. Powiedziała, że nie pozwoli go zabić, po czym włożyła rybę do akwarium, a mnie spakowała i wystawiła z walizką za drzwi.

I mamy po świętach. I po związku.

#ki17X

Od wielu lat moja rodzina przygarnia bezpańskie zwierzęta z ulicy. Psy też bywały, ale najwięcej u nas było i nadal jest jednak kotów. Nie mogę nawet zliczyć, ile to takich pociesznych mordek zawitało do naszych drzwi. Wszystkie kochaliśmy, trzymaliśmy w domu, opiekowaliśmy się, wyjeżdżaliśmy kontrolnie do weterynarza. Niby wszystko okej, prawda? Nie. Koty nam giną. Znikają. Kompletnie nie wiemy, co z nimi się dzieje. Nikt ich nie przygarnął, bo chodzę zawsze po ulicach, zamieszczam posty na FB, czy nie widzieli kota. NIGDY nikt nam kota nie zabrał. NIKT się do nas nie zgłaszał. Co gorsza, MOJE KOTY UMIERAJĄ, BO JAKIŚ KRETYN PODAJE IM TRUTKI. Tak, dobrze czytacie. TRUTKI NA MYSZY.

Dowiedziałam się, kto za tym stoi. Mój pocieszny sąsiad. Ojciec dwójki dzieci. Znajomy mojego taty. Taki „dobry” mąż i tatuś. Nie. No właśnie nie.
Wiele razy zdarzało się, że wszystkie koty na ulicy były otrute. Wszystkie oprócz kota tego oto gbura. Lubi dokarmiać koty moje i sąsiadów. A potem magicznie wymiera połowa kotów z okolicy... Raz postrzelił psa. Wiatrówką. Jego wytłumaczenie? „Przepraszam, myślałem, że to kot!”.

Nie, nikt nic z tym nie zrobił. Wszyscy siedzą cicho. A ja też nic z tym zrobić nie mogę. Bo mam mniej niż 14 lat. Na policję nie pójdę, do sądu go nie pozwę.

Do sierpnia tego roku mieliśmy potulną kotkę. Zniknęła. Ciekawe czemu. I teraz najlepsze. Jeden z moich kotów jest w ciężkim stanie. Jedziemy do weterynarza.
„Wygląda na to, że państwa kot został mocno kopnięty”.

Łeb mu ukręcę, jak będę miała okazję. Bez chwili zastanowienia to zrobię.
Jeszcze beknie za to. Prędzej czy później.
Nienawidzę go.

#0KlUn

Mój tata jest lekarzem w jednym z większych miast w Polsce. Jakiś rok temu miał wizytę domową w jednej z uboższych dzielnic miasta. To, co zobaczył w mieszkaniu pacjentki, było po prostu przerażające: zgniłe jedzenie, wszechobecny kurz, nieszczelne okna, grzyb, stare zniszczone meble. Warunki niegodne do życia żadnego człowieka. Właścicielką „mieszkania” okazała się 86-letnia kobieta. Mój tata po zobaczeniu warunków życia pani Janiny spędził kolejne 5 godzin na sprzątaniu jej domu. Dowiedział się także od niej, że wszyscy członkowie jej rodziny nie żyją lub wyemigrowali, została kompletnie sama.
Tacie udało skontaktować się z rodziną mieszkającą w Kanadzie. Dzięki temu pani Janina mogła spędzić święta w towarzystwie swoich bliskich. Jednak rodzina musiała wracać do Kanady, a jedynym przyjacielem pani Janiny został mój ojciec. Co tydzień, po pracy, mimo dużego zmęczenia, przyjeżdżał do niej oraz spędzał z nią czas na rozmowie i sprzątaniu jej mieszkania. Dla tak samotnej kobiety takie spotkania były bardzo ważne. Potrafiła rozpłakać się, gdy tata zapomniał odmachać jej z samochodu. Raz na parę miesięcy wpadała do niej jakaś kuzynka z Kanady – to było całe zaangażowanie rodziny.
Z czasem u pani Janiny zaczęła występować początki demencji starczej. Tymczasem MOPS próbował wcisnąć jej jakąś opiekunkę, której pani Janina po 15-minutowej znajomości podarowała swój złoty naszyjnik — najcenniejszą rzecz, jaką miała.
Mimo choroby pani Janina nadal pozostawała ciepłą i miłą kobietą. Przez większość czasu naprawdę ciekawie się z nią rozmawiało. Jednak choroba zaczęła robić postępy, powoli zabierając zdolności logicznego myślenia.

Pani Janina dzisiaj odeszła. Cieszę się jednak, że ostatniego roku swojego życia nie musiała spędzić w samotności.

#LS4fW

Historia sprzed kilku miesięcy. 
Byłem wraz z goszczącym u mnie kolegą w domu. Zbliżało się kolokwium, a ja pomimo nieustannej nauki nic nie pamiętałem. Sfrustrowany poszedłem z kolegą do małego sklepu kupić piwo. Wychodzimy ze sklepu na ławkę za budynkiem wypić napoje w cieniu drzew, dochodzimy i siadamy. Po godzinie przychodzi trzech zarośniętych i lekko już wstawionych mężczyzn żuli. Mocno i żywo o czymś dyskutowali. Usiedli na ławce obok i dalej rozprawiali o czymś, wraz z kolegą nie zwracaliśmy na nich uwagi, ale później z nudów zaczęliśmy ich słuchać.  Jakie było nasze zdziwienie, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, o czym rozmawiają. Różne tematy, m.in. aktualna polityka zagraniczna Polski i UE, dyskutowali na temat ostatnio przeczytanych książek, jeden z nich rzucił temat historii Polski i wiele innych. Siedzieliśmy z kolegą i nie co wierzyliśmy, co słyszymy. 

Po powrocie do domu opowiedziałem o tym i ich opisałem mojej mamie, a ona wytłumaczyła nam, że jeden z nich pracował za komuny w policji jako ktoś ważny, drugi to były wykładowca politologii na uniwersytecie w Szczecinie, a trzeci to były nauczyciel historii.

#gboez

Niedaleko mojego domu jest park. Któregoś dnia postanowiłam wybrać się tam z moim psem. Pies, jak to pies, musiał się załatwić. Był spuszczony ze smyczy i aby się załatwić, wlazł w jakieś krzaki. Oczywiście miałam przy sobie woreczek, by po nim sprzątnąć, ale jeżeli załatwił się w krzakach (były tak gęste, że nie mogłam tam wejść), to uznałam, że raczej nikomu nie będzie to przeszkadzało... 

Wszystko widziała jakaś starsza pani. Podeszła do mnie i zaczęła krzyczeć, bo jak tak można?! Nie sprzątać po własnym kundlu?! Magicznym sposobem wdarła się w te krzaki, podniosła ręką to, co zrobił piesek i... wcisnęła mi to w rękę. Nie powiem, nieźle mnie zaskoczyła...

#NCZho

Ze swoim chłopakiem jestem od 7 lat. Wielokrotnie słyszeliśmy od innych osób, czy to rodziny, czy to znajomych, „jesteście idealną parą”, „tak bardzo do siebie pasujecie”, byliśmy wręcz stawiani jako wzór do naśladowania, jeżeli chodzi o związki. Nie ukrywam, jest nam bardzo dobrze ze sobą, świetnie się dogadujemy i mocno kochamy. Jeżeli chodzi o sprawy materialne, to bywało z tym różnie, raz lepiej, raz gorzej, bywały miesiące, że trzeba było naprawdę zacisnąć pasa, żeby jakoś wytrwać od wypłaty do wypłaty, zwłaszcza kiedy przez pół roku mój partner był niezdolny do pracy i tylko ja pracowałam. Tak sobie żyliśmy szczęśliwie ze sobą, w zgodzie z całym światem, aż do pewnego momentu... w którym mój wybranek wygrał niemałą sumę pieniędzy na loterii.
Nie chciał nikogo o tym informować, poza własnymi rodzicami, bratem i mną. Ktoś się jednak wygadał, ktoś inny podał dalej, i finalnie wiedzą o wygranej nawet ludzie, których nie znamy. I się zaczęło gadanie... Osoby, które znam pół życia, bliższe, dalsze, które znają nasz związek od samych jego początków i jeszcze parę miesięcy wcześniej były zafascynowane naszą miłością, zaczęły rozpowiadać, że jestem z nim tylko dla pieniędzy. Jest to bardzo krzywdzące. Ja jestem z natury raczej skromną osobą i jest wręcz głupio wydawać te pieniądze, bo wiem, że sobie na nie nie zapracowałam, mam wrażenie, że nie powinnam, mimo że chłopak czasami wręcz na to nalega, tłumacząc, że to jest nasz wspólny majątek.

Jakiś czas temu zaszłam niespodziewanie w ciążę, przyjęliśmy ten fakt spokojnie, bo wiemy, że sobie poradzimy i że maluszek będzie miał wszystko, co niezbędne, a my nie będziemy musieli się martwić o to, jak damy sobie finansowo radę z nowym członkiem rodziny.
I tak oto zostałam tą, która nie dość, że jest z nim dla pieniędzy, to jeszcze złapała go na dziecko, nawet dla własnej teściowej, która otwarcie mówi, że jej synka „bez problemu stać na lepszą”.

To jest wręcz zadziwiające, jak ludzie prędko potrafią zmienić swoje poglądy. Nikogo nie obchodzi to, że jesteśmy już kilka lat razem i jak trzeba było, to ja wspierałam go finansowo. Nikogo nie obchodzi, że sami byli kiedyś zafascynowani naszym związkiem i tym, że można aż tak się kochać, na dobre i na złe. Teraz, po wygranej, jestem dla nich tylko materialistką, która łapie chłopa na dziecko.
MaryL2 Odpowiedz

Bardzo mi przykro, że takie coś cię spotyka :( nie próbuj nic nikomu udowadniać. Życie jest niesprawiedliwe i ludzie są niesprawiedliwi. Wiadomo, że nie jestes z nim dla pieniędzy, co za absurd. Swoją drogą rodzina mojego byłego też tak o mnie mówiła, mimo, że zawsze dużo pracowałam, a on tak różnie. Był fajnym facetem, ale jak byliśmy młodzi to grosz się go nie trzymał, raz miał pracę, raz nie. Nawet gdy zarabiałam sporo więcej od niego i mu pożyczałam hajs na auto, to jego rodzina tak o mnie mówiła. No cóż…Wy to chociaż macie jakieś realne pieniądze :D Ale takie rzeczy potrafią gadać matki typów, pracujących za minimalną 😅

Odpowiedzi (2)
Amfiploid Odpowiedz

Dzisiaj właśnie rozkminiałam ile życia zmarnowałam na przejmowanie się tym, co ludzie o mnie pomyślą. I o ile szczęśliwsza i spokojniejsza jestem, odkąd mam to w dupie.

Zobacz więcej komentarzy (3)

#xApXv

Kto z anonimowych świrów nie lubi "strasznych" opowieści?
Będzie zwięźle. Pierwsza noc w domu mojej lubej (na parterze mieszka babcia, schorowana, mało chodliwa). Idę przez piętro późno w nocy, cicho, wszyscy śpią i nagle słyszę szept, takie szmery. W głowie już nastąpiło zwolnienie blokady strasznych myśli. Przysłuchuję się z przerażeniem i zaciekawieniem. Nie mogę zlokalizować pochodzenia dźwięku. To brzmiało jak łacina. Kojarzycie na pewno te sceny opętania? Głos stawał się coraz to głośniejszy.
I wiecie co się okazało? Jej babcia się modliła, szeptem... w nocy idąc do kuchni.
Moje majty prawie kwalifikowały się do zmiany. Do dzisiaj jak to wspomnę to mam ciarki.

#VrHzy

Znacie powiedzenie "pies to najlepszy przyjaciel człowieka"? Z pewnością tak, stworzonko jakim jest pies może dać wiele bezgranicznej miłości i szczęścia, w taki sposób, że żaden człowiek mu nie dorówna.

Teraz coś o mnie: mam 15 lat i jestem odrzucony przez rówieśników, tzn. nie okazują tego wprost, lecz odczuwam od nich wyraźną niechęć do mnie, słyszałem nie raz obgadywanie mnie za plecami jaki tu ja nie jestem zjebany.
Od razu zaznaczam że nie jestem, ani gruby, ani niego mam krzywej mordy. Byłem (teraz zresztą też) strasznie nieśmiały. W przedszkolu często płakałem z tęsknoty za rodzicami, bo (co prawda rzadko) bardzo mocno się przywiązuję. W zerówce miałem kilku kolegów, byłem jak każdy inny dzieciak, ale tak naprawdę zostałem odrzucony w 1 klasie.

Co było tego przyczyną? To nieśmiałość do tego doprowadziła. A o co dokładnie chodzi? WF. Najlepiej mieli ci co dobrze grali w nogę. A co trzeba zrobić by dobrze grać w nogę? Dużo grać. Co trzeba zrobić by dużo grać? Musisz mieć PRZYJACIÓŁ, a nie kolegów, by ci podawali. Jak nie dostajesz piłki to się nie uczysz grać, jak ktoś ci w końcu poda, a ty nie umiesz grać, to ci więcej nie poda. Taki prosty mechanizm.
Powiecie: "Daj spokój πerdolisz, potem na pewno poznałeś kolegów, którzy cię polubili". Ten no... No nie.

Tak mnie wtedy ten powyżej opisany system zdołował, że ciągle chodziłem smutny i przygaszony, a z takimi nikt nie chce się kolegować.
Potem zostałem zwyzywanym od kujonów, gdyż nie miałem kolegów, więc się uczyłem, bardzo dobrze, wręcz celująco - 5 stypendiów w klasach 4 - II Gim.

Teraz jeszcze czynnik przygnębiający:
- Moja 2 lata młodsza siostra, która jest fejmem; wszystkie te obrazy, gdy widzę jak co tydzień wychodzi na imprezy do znajomych, a mnie nikt nie zaprasza.

Co z tym wszystkim na wspólnego wstęp? To, że zawsze marzyłem o piesku, którego wytresuję, który będzie mym pocieszycielem. Wreszcie me marzenie się spełniło, z racji że zasłużyłem swym posłuszeństwem, to dostałem pięknego szczeniaka owczarka berneńskiego.
Teraz spodziewacie się zakończenia typu "Burek to mój najlepszy przyjaciel, zawsze daje mi powody do szczęścia".

Owszem Kubuś (bo tak się wabi) to mój najlepszy przyjaciel, lecz on nie uznaje mnie za swojego najlepszego przyjaciela. Ja spędzam z nim najwięcej czasu, szkolę go, daję mu jeść, czeszę go - ogólnie wszystko. Ale najbardziej uwielbia moją siostrę, która dała mu jeść tylko raz, pobawi się z nim 10 minut dziennie, cyknie mu 20 zdjęć na Snapchat.
To mnie zżera od środka, czuję olbrzymią niesprawiedliwość, powiecie, że narzekam, Pewnie macie rację, może mnie w ogóle nie powinno być.

~całe moje życie.

#uAfoS

Przechadzając się wczoraj po mieście zauważyłam maksymalnie pięcioletnią dziewczynkę i jej mamę. Doznałam szoku, ponieważ dziewczynka była umalowana mocniej niż matka, w jednej rączce trzyma szminkę, a w drugiej lusterko. W dodatku miała na sobie odsuniętą kurtkę, była bez szalika, bez czapki, miała spódniczkę i adidasy.

Były tylko trzy stopnie i padał śnieg.

Brak słów.

#cBKAZ

Wydarzenie z liceum.

Ślizgałem się na butach, a przynajmniej taki miałem zamiar. Jednak tego dnia miałem jakieś buty, które nie miały tak zacnej śliskiej podeszwy. Moja próba ślizgu skończyła się... wyrwaniem drzwi z futryny i wpadnięciem z nimi do sali fizycznej.

Jednakże najlepsza była reakcja obecnej tam fizyczki, która spojrzała tylko znad okularów i nie zareagowała na zdarzenie kompletnie inaczej. Ja szybko się pozbierałem i uciekłem stamtąd, a gdy skończyła się przerwa, fizyczka wstała od biurka, spojrzała tylko na leżące na podłodze skrzydło drzwiowe i powiedziała "o, a co tu robią te drzwi?".

Nie wiem, czy kobieta była w jakimś transie, czy ki diabeł. Ale jak można nie zauważyć ucznia wpadającego do sali razem z drzwiami, robiącego przy tym wiele huku, a potem jeszcze udawać, że drzwi wyleciały z futryny, bo był przeciąg (oficjalna wersja nauczycielki, gdy przyszedł konserwator ocenić straty)? :D

P.S Do zdarzenia nigdy się nie przyznałem, chociaż mój lot widziała cała klasa. Fizyczka zdawała się nie zauważyć mojego udziału w tymże czynie, co było mi w sumie na rękę. A historia skończyła się wymianą zawiasów w drzwiach i futrynie oraz osadzeniem skrzydła na swoim, właściwym jemu, miejscu.
Dodaj anonimowe wyznanie