Przez tydzień mieszkałam w hotelu, w którym drzwi otwierało się kartą i czasem owe karty się zacinały. Gdzieś tak około 22 ruszam pędem do pokoju, bo siku chce mi się niemiłosiernie, no i oczywiście karta nie działa, pokój nie chce się otworzyć. No trudno, próbuję raz, drugi, trzeci i nic. W końcu uderzyłam kilka razy i chciałam już iść do recepcji, gdy nagle zza drzwi wychodzi jakiś facet, który nie wie, o co mi chodzi.
Okazało się, że próbowałam wejść do innego pokoju.
Dwa miesiące temu dowiedziałam się, że moja ciąża jest zagrożona poronieniem. Od tamtego czasu żyję na garści leków, a od jakiegoś czasu zaczęłam zażywać leki przeciwbólowe, bo nie daję rady wytrzymać z bólu o czym wie moja mama, która wróciła zza granicy żeby mi "pomóc" i teraz wyjaśnię dlaczego tak jest, że codziennie jestem cała w nerwach.
Moja mama specjalnie zwolniła się z pracy żeby zaoferować swoją pomoc, która wygląda tak, że codziennie nie ma jej w domu. Po jej przyjeździe robię wszystko to co zawsze, czyli piorę, prasuję, odkurzam, myję podłogi, zajmuję się jeszcze swoją córką, czyli tak jak zawsze - trzeba dziecko umyć, bawić się z nim, wyjść na spacer, zrobić śniadanie, kolacje i obiad, w którym moja mama pomaga mi tak, że codziennie zamawia obiad do domu, z tym że wszystkie te czynności muszę wykonywać częściej i więcej, ponieważ matka nic w domu nie zrobi poza dodatkowym dwa razy większym bałaganem niż robi moje dziecko. Przed jej przyjazdem miałam mniej roboty niż teraz.
Tydzień temu na wizycie u ginekologa dowiedziałam się, że muszę dodatkowo leżeć, bo inaczej urodzę, a dziecko nie przeżyje... Mojej mamy słowa "twój ginekolog wymyśla".
Dzisiaj przegięła już po całej linii. Dzwoni moja siostra czy może przywieźć syna, bo ona musi jechać na zakupy ze znajomymi (syn ma 2 lata) odpowiedz: nie ma problemu. Siostra rzuciła małego i uciekła tak samo szybko jak moja mama 5 minut później. Po 3 godzinach napisałam do siostry jaka jest sytuacja? Odpisała, że nie wie kiedy wróci. Jej syn biega teraz samopas z kupą w pampersie (nie przywiozła pampersów na zmianę), a moje dziecko siedzi ze mną bo widzi, że nie wytrzymuję, a matka uważa że przesadzam.
Jeśli chcecie zapytać o ojca moich dzieci, to więcej go nie ma w domu niż jest, ponieważ ktoś musi pracować żeby utrzymać kobietę w ciąży, dzieci i ich babcie. To nie pierwsza i ostatnia sytuacja kiedy muszę zajmować się siostry dzieckiem, ale jeśli potrzebuję, żeby ona została z moim dzieckiem np. kiedy jadę do lekarza lub leżę w szpitalu, to ona zawsze nie ma czasu. W tym wszystkim nie jestem zła na siostrę tyle co na matkę, która zrzuca wszystkie swoje obowiązki i pomaganie mojej siostrze na mnie, chociaż wie że nie mogę robić wielu codziennych czynności kiedy mam już rozwarcie.
Jestem w miarę normalną nastolatką. Przynajmniej ja tak uważam... Problem jest w tym że pedagog szkolna ma o mnie chyba inne zdanie.
Jestem w 7 klasie podstawówki. Ostatnio na lekcjach coraz częściej wyżej wspomniana pani bierze mnie do swojego gabinetu na rozmowę..
Oto kilka powodów, przez które jej nienawidzę:
Ubieram się na czarno i nikomu to nie przeszkadza. Nigdy nie słyszałam od nauczycieli ani innych dorosłych, że jestem jakaś przez to inna czy nawet gorsza. Ale pani pedagog ma oczywiście swoje poglądy i zapytała mnie najpierw czy wszystko u mnie dobrze. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam że tak, na co pedagog zrobiła zdziwioną minę i zadzwoniła po moich rodziców. Gdy przyjechali powiedziała im że na 100% mam depresję i odchylenia satanistyczne czy coś w tym stylu... Zaleciła wizytę u psychologa w pobliskim mieście. Stwierdziła też, że jeżeli to nic nie da, to ona do pilnuje żeby psychiatra miał ze mną stały kontakt... Ok. Termin z psychologiem mam na tą środę, bo żadne tłumaczenia że mi nic nie jest nic nie dały.
Sytuacja 2.
Gdy mieliśmy zastępstwo z pedagogiem, przygotowała prezentację na temat depresji, z której wynikało że depresję ma osoba, która np. ubiera się na czarno (popatrzyła na mnie i jeszcze dwie inne koleżanki, które też się tak ubierają), która zachowuje się wulgarnie i tak też się ubiera (spojrzała na moje 3 przyjaciółki i mnie) i że takie osoby często się tną i sięgają po alkohol, papierosy czy nawet inne używki (patrzyła mi bezczelnie prosto w oczy).
Takich sytuacji było więcej. Zastanawiam się tylko co powie pedagog z kliniki.
W gimnazjum koleżanka myślała, że bawełna to tkanina robiona z bawoła xD
Zawsze, gdy jest obok mnie śliczna dziewczyna, boli mnie brzuch.
Chyba spotkałem miłość swojego życia, bo na randce dostałem sraki, która dobrze nadawałaby się na broń chemiczną...
Wszystko zaczęło się, gdy miałam 7 lat. Przeprowadziliśmy się z mamą i moją starszą siostrą na wieś, kilkanaście kilometrów za rodzinne miasto. Ludzie z jednej wsi znali się z ludźmi z wiosek położonych nieco dalej. Do szkoły podstawowej miałam kilka kroków. Tam zaczęło się moje piekło – wyzwiska ze strony rówieśników były na porządku dziennym. Ale nie to było najgorsze. Najgorszy był człowiek, który związał się z moją mamą.
Mieszkałam z siostrą na piętrze, a on wraz z mamą i dwójką ich dzieci na dole. Na początku było nawet dobrze. Ale wystarczyło, że jego dzieci nagadały, że ja kazałam im wąchać zabawki od dołu (nie wiem, jak można coś takiego wymyślić). Przyszedł z kijem i bił mnie do tej pory, dopóki się „nie przyznałam”, że to ja wymyśliłam ową zabawę. Zaczęło się potworne piekło. Bicie za każde najmniejsze przewinienie, za drobne nieposłuszeństwo. Nie lubisz szpinaku? Wpierdol. A jak się zrzygasz, zjesz to. Chcesz iść w nocy do łazienki? Wciry, bo tupiesz jak słoń. Nikt nie patrzył, że to 100-letni dom i wszystko słychać. Źle położone buty? Kij w ruch. Ale najpierw za kudły, przeciągnąć po schodach, korytarzu i stłuc. Nieważne, czy święto, czy nie. Oczywiście zawsze bił tak, żeby nie było śladów. Raz byłam chora. Nie miałam siły iść zjeść, więc zjadłam w pokoju kubek zupy. Przyszedł. Dostałam kubkiem trzykrotnie w głowę, by mi przypomnieć, że nie je się w pokoju. Leciała mi krew, skóra głowy rozcięta. Ale mama przyszła i powiedziała, że nic takiego się nie stało.
Takich sytuacji było znacznie więcej, można by o tym napisać książkę. Za każdym razem, gdy mijałam komisariat, chciałam iść na policję. Ale mama powtarzała, że trafię do domu dziecka, że inne dzieci też będą mnie bić, że nie będę mieć potem przyszłości. Wyzwiska w domu + bicie, wyzwiska w szkole. Ile można? Chciałam umrzeć, zasnąć i już nie cierpieć.
Czemu mama nic nie zrobiła? Bo miała dodatkową dwójkę małych dzieci, straciła pracę, a to on płacił za rachunki. Moja mama tylko za jedzenie. „Musimy to przetrwać” – powtarzała. Nie raz, nie dwa patrzyła, jak on mnie tłukł i kopał, wyzywając od debili i mówiąc, że nie zasługuję na miłość.
Nigdy nie usłyszałam słowa „przepraszam” za to wszystko. Tylko „bo sobie zasłużyłaś”. Czym dziecko zasługuje na takie traktowanie? Ja nie mówię o lekkim klepnięciu w tyłek ręką czy pacnięciu po rękach, to było jawne znęcanie się. A ja nie mogłam nikomu o tym powiedzieć, bo gdyby się dowiedzieli, odpowiedzieliby, że kłamię i byłoby jeszcze gorzej.
Ostatnio po wizycie mojej koleżanki, zastałem w łazience kilka kropel czerwonej mazi w umywalce. Umyłem ją ręcznikami papierowymi, a te wyrzuciłam do kosza. Jako, że worek był już pełny postanowiłem wynieść go do kosza (na dworze). Niestety zawartość się wysypała ukazując mi wilgotny, lekko ściśnięty tampon.
Historię opowiedział mi kuzyn na imprezie rodzinnej. Trochę wstawieni, wiec humor dopisywał. Mówił, że pracuje z nim pan Irek +50, który nie zna się zbytnio na nowoczesnej technologii. Pan Irek dostał od swojego syna swój pierwszy telefon, niestety nie umiał nim się zbytnio posługiwać, wiec czasami, gdy miał jakiś problem, radził się mojego kuzyna.
Któregoś dnia przyszedł do niego i spytał: "Bartek, mam problem. Otóż mam wiadomość na poczcie głosowej i pytanie moje do ciebie, na którą pocztę mam pojechać, by ją odsłuchać?". Mój kuzyn ze łzami w oczach, próbując powstrzymać śmiech, wytłumaczył mu co i jak. Pan Irek miał dystans do siebie, więc sam się z siebie śmiał.
Kilka lat temu jechałam z chłopakiem pociągiem do Wrocławia. Pociągi kolei dolnośląskich. Kilka stacji. Dużo ludzi, nie ma gdzie usiąść, więc stoimy. W pewnym momencie zaczęło mi się robić gorąco. Zdejmuję kurtkę, wciąż duszno, potem bluzę, maseczkę osunęłam na brodę (wtedy jeszcze trzeba było je nosić). Przytulam się do chłopaka, on pyta, czy wszystko w porządku. Ja tylko coś mruczę i osuwam się na ziemię. Słyszę tylko, jak woła moje imię, a potem otwieram oczy, leżę na ziemi. Jest konduktor, ktoś kawałek dalej ustępuje miejsce, żebym usiadła. Otwierają okno. Wciąż duszno. Chcą wzywać karetkę. Odmawiam. Mówię, że zaraz będzie lepiej. Podpisuję oświadczenie, że odmówiłam wzywania karetki. Dostaję zwilżony papier na szyję. Wrocław Grabiszyn (jakieś 6 minut jazdy do głównego) – wciąż słabo, rzygać się chce i coraz gorzej. Ze łzami proszę o karetkę. Konduktorka dzwoni przy mnie i mówi, że na 4 peronie będziemy. Przepraszam chłopaka za problem.
Zajeżdżamy na stację. Wciąż jest mi słabo, wysiadam, trzymając się mocno chłopaka. Konduktorka mówi, że za 10, może 15 minut będzie karetka i żeby poczekać na peronie, bo ona musi jechać dalej. Siadam na ławce. Pociąg odjeżdża. Chłopak pyta co chwilę jak się czuję i sprawdza, czy jest już karetka. Robi mi się bardzo niedobrze. Wymiotuję, nie trafiam do kosza, tylko obok. Przynajmniej nakarmiłam faunę dworcową (tak, wróble zaczęły zjadać to, co zwróciłam). Chłopak wycyganił od kogoś jakieś chusteczki, żebym wytarła się po wymiotowaniu. Dzwoni do mojej mamy, że źle się czuję, ale czekamy na karetkę i ma być spokojna. Mija 15 minut. On zwraca swój bilet na pociąg do domu, zostaje do jutra, bo nie zostawi mnie teraz. Jest zimno. Chłopak wyjmuje z plecaka bluzę i okrywa mi nią nogi, a zaraz potem oddaje mi swoją kurtkę. W końcu mija godzina czekania... Karetki wciąż brak, mi jest już trochę lepiej, bo nie mam mroczków przed oczami. W końcu uciekamy z dworca, bo cała trzęsę się z zimna. Przyjeżdża po mnie mój wujek. Wracamy do mnie do domu.
Nie wiem co się stało, że karetki nie było i nie żałuję, że uciekłam.
Historia, która wydarzyła się kilka lat temu, gdy nie było mObywatela.
Mój szwagier jest zawodowym kierowcą i pech chciał, że pewnego dnia zgubił prawo jazdy oraz wszystkie dokumenty od samochodu. Biedak jeździł pół nocy i szukał zguby w każdym możliwym miejscu, ale szczęścia nie miał i nie udało mu się. Załamany tym, że nie ma po co iść rano do pracy, co wiązało się z bezpłatnym urlopem, bo tak to wyglądało to wśród kierowców (w większości firm).
Rano po tym zdarzeniu chciał zadzwonić do szefa wyjaśnić sytuację, wstaje - wiadomo, kawka, śniadanko i nagle ktoś dzwoni do drzwi (szok, kto o tej porze może czegoś chcieć?). Okazało się, że bezdomny znalazł wszystkie dokumenty, pofatygował się i doręczył osobiście, żeby było ciekawie, złożył szwagrowi życzenia urodzinowe, bo miał w tym dniu. Oczywiście otrzymał zaproszenie na ciasto i kawę, z czego skorzystał.
Niby tak niewiele, a tak cieszy!!!!
Dodaj anonimowe wyznanie