Muszę Wam opisać sytuację z dzisiaj, bo mi się w głowie nie mieści.
Jechałam samochodem przez miasto. Wiadomo, korki, światła, przejścia dla pieszych, wszyscy jechali wolno. Za mną jechał pewien pan, w jakimś takim małym, dostawczym autku.
Kilkadziesiąt metrów przed ostatnimi światłami w mieście było oznakowane przejście dla pieszych, a widziałam już z pewnej odległości, że stoi jegomość rozglądający się na prawo i lewo, w celu upewnienia się, że przejdzie bezpiecznie. Normalna reakcja- zatrzymuję się, jegomość zaczyna przechodzić i na tym mogłaby się historia zakończyć.
Otóż nie.
Pan(p) w autku za mną na mnie trąbi. Myślę sobie, ki czort, po cholerę trąbisz, baranie.
Drugi raz trąbi przeciągle i wymachuje rękoma, więc ja też zaczęłam wymachiwać w jego stronę, z tym że jednym palcem. Środkowym.
I to się chyba panu nie spodobało, wyprzedził mnie, zatrzymał się gwałtownie przy podwójnej ciągłej, na zakazie dodatkowo i jak napuszony kogut wyskakuje z auta i się drze:
P: Jest pani normalna?!
ja: Słucham?!
P: No pytam się, czy jest pani normalna!
ja: Ale o co panu chodzi?
P: Zatrzymuje się pani nagle, ja mam wszystko nagrane! Ja mam kamerkę!
ja: Ma pan nagrane, że zatrzymałam powoli się przed przejściem dla pieszych, żeby pieszy mógł przejść?
P: Ja mam to nagrane! I tego fakersa też mam nagranego! Ja pójdę na policję!
ja: Od kiedy zatrzymanie się przed przejściem dla pieszych jest wykroczeniem? I proszę bardzo, może pan iść na policję z tym nagraniem, zrobi pan z siebie błazna, jeśli panu tak zależy. Poza tym to pan powinien dostosować prędkość do poruszania się po mieście.
Po czym pan jak niepyszny oddalił się w stronę samochodu.
Ludzie, serio?
Jak macie zły dzień, to wyżyjcie się gdzieś na siłowni, albo idźcie popływać.
Koleś kompletnie nie miał racji, a mi zepsuł humor na pół dnia.
Pozdrawiam Cię, drogi kolego, mam nadzieję, że po drodze złapałeś gumę.
Ludzie opisywali tu już bardzo dziwne fetysze i upodobania, moje mimo iż pewnie nie najdziwniejsze jest dosyć okrutne.
Otóż kręcą mnie tylko i wyłącznie kobiety w jakiś sposób wcześniej skrzywdzone, z dużym bagażem emocjonalnym, lub po prostu po jakiś złych życiowych przeżyciach.
Pochodzisz z patologicznej rodziny? Ktoś molestował cię w dzieciństwie? Twój były cię bił? Przychodź śmiało!
Nie chodzi o to, że te kobiety podniecają mnie stricte seksualnie. Tu bardziej chodzi o pomoc im, wsparcie, bycie cierpliwym i czułym. Oczywiście wiem, że robię to z czysto egoistycznych pobudek i na pewno nie uważam się za dobrego człowieka, a wręcz przeciwnie. Najgorsze jest to, że kiedy już udaje mi się takiej kobiecie pomoc, wyprostować jej życie, przełamać lęki lub dodać otuchy w ciężkich chwilach, to po prostu zaczyna mnie ona nudzić. Staje się apatyczny, nieczuły i olewam rzeczy, które były dla mnie wcześniej tak ważne.
Po przeżyciu tak kilku związków uznałem, że za bardzo krzywdzę kobiety, którym tak starałem się wcześniej pomoc porzucając je zaraz po tym jak to zrobię.
Od roku jestem sam, bo nie chce już nikogo ranić, aczkolwiek kiedy czytam wyznania niektórych kobiet(które chciałbym od razu szczerze przeprosić za mój egoizm) przez głowę przechodzi mi milion myśli o tym jak bym im pomógł, wspierał i kochał.
Czas odwiedzić psychologa.
Parę miesięcy temu przyjąłem pod dach siostrę byłej. Z byłą się rozstałem, bo mnie zdradziła i chciała wrobić w dziecko. Jej siostrę przyjąłem pod dach, bo zmroziło mnie jak sobie pomyślałem, że ma spać gdzieś po klatkach na blokach. Sielanka początkowo trwała, tu imprezy małe, tu pracujemy, nie zakochałem się w niej, bo totalnie nie mój typ kobiety. Ostatecznie któregoś dnia wróciłem, mieszkanie zostało okradzione, pieniędzy też większość straciłem (cóż, mój błąd ).
Szczerze? Pieniądze mam gdzieś, to rzecz nabyta, ale zaufania już nie odzyska. Zły jestem trochę na nią, bo też z moją aktualną kobietą próbowała mnie skłócić. Byłem zbyt ufny, i dalej lubię ufać ludziom, ale najbardziej mnie zabolało, że pomimo że dostała dużą pomoc, po prostu wykorzystała moment.
Kupiłam mojemu chłopakowi grę na rocznicę, Rust, bo kiedyś myślał o tym, by sobie kupić. Okazało się, że bardzo się wciągnął. Minęło już sporo czasu, a on poza tą grą świata nie widzi. Oboje pracujemy, a że mieszkamy osobno, to w tygodniu mało mamy czasu dla siebie, ale chciałabym móc robić z nim cokolwiek razem w weekendy, czy to pogadać, czy pograć w coś, co nam obojgu się podoba. On jednak najpierw umawia się z kolegami na całodniową rozgrywkę, o czym dowiaduję się zawsze w piątek i zawsze mnie przeprasza za to, a w niedzielę bywa różnie, raz ja nie mogę, bo muszę pomóc rodzicom, innym razem on znowu gra w to samo.
Jakby kiedyś ktoś mi powiedział, że zacznę tracić chłopaka z powodu gry, to bym się zaśmiała, ale dziś czuję, że go tracę. Wiele razy mu proponowałam zagranie w cokolwiek innego, ale on jest już uzależniony, a gdy próbuję mu subtelnie zasugerować, czy nie wygląda to na uzależnienie, to odpowiada, że nie. Nie wiem co mam z tym zrobić, bo oddaliliśmy się od siebie i nic go nie przekonuje. Nawet pojawiają się myśli, że może czas skończyć ten związek i przeboleć miłość, a jak serce zagoi się, to zakocham się kiedyś w kimś, kto będzie chciał to uczucie pielęgnować.
Moja dziewczyna zażyczyła sobie na urodziny psa. Kupiłem więc jej małego, puchatego szczeniaka, z nadzieją, że obdarzy mnie wieczną miłością i wdzięcznością.
Tak też się stało – była miłość i wdzięczność, ale… tylko przez dwa dni. Ten gówniarz nie zdążył się dobrze zadomowić, a już został okrzyknięty panem i władcą naszej skromnej kawalerki. Moja ukochana całkowicie zwariowała na punkcie tego psa i choć mamy go zaledwie miesiąc, to już wiem, że popełniłem drastyczny błąd fundując jej (i sobie!) taki „prezent”.
Przykładowo, jak idziemy spać, to nie możemy już leżeć „na łyżeczki”, bo Kacperek ma, kufa, zarezerwowane miejsce na środku łóżka. Sylwia kładzie mu niebieską poduszkę (bo dla chłopca to przecież musi być niebieska), przykrywa kocykiem i do widzenia, tyle z przytulania dziewczyny. Kiedy wychodzimy z domu to pies musi mieć koniecznie buty – tak, BUTY. Według mojej lubej: „jego poduszki są jeszcze zbyt malutkie, by mogły dotykać zimnego chodnika”.
Kiedy jemy obiad, to Kacperek oczywiście nam towarzyszy. Wyobraźcie sobie, że ten zwierzak ma swój talerz. Sylwia za każdym razem oddaje mu część swojej porcji i nieraz prosi mnie, bym poczęstował Kacperka frytką lub mięskiem, bo „on rośnie”. Po czym obdarowuje jego śliski, śmierdzący nos tysiącami pocałunków, podczas gdy mi nie raczyła rzucić choćby durnego „smacznego”. Ona po prostu przestała mnie zauważać, od kiedy to coś z nami mieszka. Ale najgorsze dopiero przed Wami.
Słuchajcie, on nie pozwala nam… uprawiać miłości. Brakuje na to słów, przez tego kundla nie kochałem się z moją dziewczyną od 21 dni! Dlaczego? Bo za każdym razem, gdy robi się nastrój i zaczynamy się do siebie zbliżać, Kacperek piszczy! Tak, skomle, jak mały, biedny, porzucony na deszczu szczeniaczek. Wtedy mojej Sylwii włącza się tryb o nazwie „o matko jaki on słodki, nie mogę go opuścić” i bierze psa w uściski, rozmawia z nim, tuli go, całuje. A mnie zostawia samego w łóżku, w bólu i rozpaczy.
Nie wiem co zrobić, myślałem, żeby znaleźć dla szczeniaka dobry dom, a dziewczynie skłamać, że się zgubił. Wiem, to drastyczne, ale ja nie dam rady dłużej funkcjonować w ten sposób! Pomocy!
Moja mama lubi narzekać, najbardziej na szafę w swojej sypialni. Od 10 lat żałuje, że w trakcie generalnego remontu naszego domu nie zrealizowała swojego szafowego marzenia i teraz męczy się z tą, która jest – małą, ciasną i brzydką. Często pytałam się jej, czemu zdecydowali się z tatą na ten mebel – wersja była taka, że nie chciała czekać długo na realizację zamówienia, bo przedłużyłoby to remont.
Ostatnio jednak mama doszła do wniosku, że dorosłam do poznania tajemnicy szafy. Otóż mama nie chciała tego wyśnionego mebla, ponieważ planowała wnieść pozew o rozwód i bała się, że to ojciec dostanie szafę, a nie ona.
Mam wadę wymowy i zamiast "r" mówię "j". Wszyscy w szkole się z tego śmieją, więc wolę się w ogóle nie odzywać, żeby nie dawać nikomu powodu do drwin (drwina - lubię pisać to słowo, bo przecież wymówić to sobie nie wymówię).
A teraz zgadnijcie, kto na koniec roku na prezentację przed całą klasą wylosował temat "Rewolucja październikowa"... Gdyby ktoś nie wiedział, to jewolucja paździejnikowa to był taki przewjót zbjojny w Josji...
Spełniłem moje największe marzenie i zostałem policjantem. Za młodu naoglądałem się amerykańskich filmów o gliniarzach, od pierwszych lat podstawówki uprawiałem sport, potem uczęszczałem do uczelni, po której wreszcie udało mi się zrobić odpowiednie uprawnienia.
Pracuję w wydziale prewencji. Robota ta jest dość emocjonująca. Nie ma wprawdzie strzelanin, pościgów i jedzenia pączków, jak to sobie kiedyś wyobrażałem, ale na nudę narzekać nie mogę.
Dwa miesiące temu zostałem wezwany do interwencji. Jakaś para zaparkowała swój samochód pod supermarketem i oddawała się seksualnym rozkoszom. Auto stało w miejscu niezbyt rzucającym się w oczy. Uchwyciła ich jednak kamera i nazbyt gorliwy ochroniarz zadzwonił na 997. Cóż – sprawy olać nie można, zgłoszenie zostało przyjęte. Reagować trzeba było z jednego powodu – dosłownie kilkadziesiąt metrów od sklepu, pod którym parka znalazła sobie miejscówkę na bzykanie, znajduje się szkoła podstawowa. W podobnych sytuacjach zasada jest taka, że oprócz grzywny, osoby dopuszczające się czynów „lubieżnych” musimy aresztować. Czyli wiadomo – kajdanki, suka, komisariat.
Na parkingu faktycznie stał jakiś opasły, kolebiący się na boki SUV z zaparowanymi szybami. Wysiadłem z radiowozu, wziąłem latarkę i zapukałem nią w szybę wozu. Chwilę trwało, zanim zobaczyłem jakąś reakcję. Zakochana para musiała przecież szybko coś na siebie założyć.
Szyba zjechała w dół i… zamarłem. W pojeździe była moja sześćdziesięcioletnia, bogobojna mama i jakiś gruby gość z wąsem.
Nie wiem, co jest gorsze – to, że musiałem aresztować własną rodzicielkę, czy świadomość tego, że złapałem ją na przyprawianiu poroża mojemu ojcu.
Na początku tych wakacji zaczęłam oglądać "Grę o tron". Jako, że się wciągnęłam, szybko dotarłam do końca czwartego sezonu. Włączyłam zatem pierwszy odcinek sezonu piątego. Zaskoczyło mnie to, że nie klei się zbytnio z poprzednią częścią serialu i nie do końca wiem, co się dzieje na ekranie. Jednak ponieważ odcinek był bardzo ciekawy, w swej radosnej głupocie i bezmyślności obejrzałam go do samego końca. Stwierdziłam, że zapewne tak ma być.
Co się jednak okazało? Zamiast pierwszego odcinka włączył mi się ostatni... Najgorszemu wrogowi bym tego nie życzyła ;)
Sytuacja miała miejsce parę dni temu.
Chodzę do gimnazjum i jako że na lekcji chemii robiliśmy grupowe doświadczenia, to w domu ktoś musi zrobić sprawozdanie, składające się między innymi z wyników doświadczenia i rysunków. I właśnie o tych rysunkach będzie te wyznanie...
No więc siadam do pisania sprawozdania. Idzie mi nieźle, szybko machnąłem przebieg doświadczenia, reakcja chemiczna jakoś też idzie, aż przychodzi pora na rysunek.
Postanawiam najpierw poćwiczyć rysowanie próbówek na brudno na oddzielnej kartce, żeby nie wyszły koślawe.
Chwilę potem całą kartkę zasypują nabazgrolone różnych wielkości próbówki razem z zachodzącymi w nich reakcjami.
Dumny z tego, że probówki wychodzą jak probówki, przerysowuję je na kartkę ze sprawozdaniem i mach! do plecaka, a próbne rysunki zostają na biurku.
Następnego dnia wracam ze szkoły, wchodzę do kuchni i witam się z mamą, która tam siedzi. Nagle zauważam, że chyba jest zła... szybko analizuję za co może mi się oderwać, lecz nic nie przychodzi mi do głowy. Nagle pada legendarne " Musimy porozmawiać".
W tym miejscu muszę wspomnieć, że moja mama jest wyjątkowo surowa, nie toleruje przeklinania oraz zboczonych żartów. I często przesadza. Między innymi.
A więc siadam obok niej i nawiązuje się między nami taki dialog:
- O co chodzi?
- Adam... dlaczego bazgrzesz na kartce penisy?
Na początku jestem zdezorientowany i zupełnie nie rozumiem o co chodzi, ale potem sobie przypominam, że zostawiłem na biurku kartkę, na której rysowałem probówki...
Ledwie powstrzymuję śmiech.
- Mamo, to są probówki...
Jej mina - bezcenna :D
Dodaj anonimowe wyznanie