#79aa3

Gdy wracałam po pijanemu z imprezy, naszła mnie ochota na zabawę we własnym towarzystwie. Pozbyłam się bielizny, a po kilkuset metrach takiej ryzykownej eskapady, z 300 m od domu, przykucnęłam w wiacie śmietnikowej. Ze spodniami do kostek i cyckami na wierzchu oddałam się swoim fantazjom. W ferworze walki się przewróciłam do tyłu i chciałam tak dokończyć, ale wtedy właśnie mi coś mignęło. Nawet nie wiem kiedy zobaczyłam miejscowego smakosza tanich win... Chyba jeszcze w życiu się tak szybko nie ubierałam i tak szybko nie uciekałam... i nie dochodziłam... Niby ułamki sekund, ale miałam orgazm jeszcze w trakcie biegu.

#rpP8P

Mieszkam na wsi. Odkąd pamiętam zawsze trzymałyśmy się w czwórkę - ja, moja siostra (na potrzeby wyznania niech będzie Kasia) oraz nasze dwie koleżanki (Asia i Basia).
Dziewczyny mają młodszą siostrę - Anię.

Byłyśmy wtedy w podstawówce. Niedaleko naszych domów było przedszkole, a tam plac zabaw. Potrafiłyśmy tam spędzać całe popołudnia, a w wakacje całe dnie.
Za przedszkolem znajdował się taki duży czarny kosz (jak na śmieci), a w nim mnóstwo zabawek do piaskownicy. Wiaderka, łopatki, grabki... no wszystko co się chciało.

Pewnego dnia naszej najmłodszej towarzyszce zachciało się dwójeczkę. To nic, że do domu dosłownie 2 minuty. Wpadłyśmy na głupi pomysł, by młoda załatwiła się do wiaderka. Wydało nam się to zabawne, więc wszystkie cztery postanowiłyśmy zrobić to samo.
A co zrobiłyśmy z tymi gównami? Wrzuciłyśmy do czarnego kosza na zabawki. Ten proceder powtarzałyśmy chyba z tydzień, jeśli nie dłużej. Smród było czuć z daleka, a jeśli minimalnie otworzyło się kosz, wylatywało mnóstwo much. Żadna z nas nie wyciągała już z tego kosza nic, ponieważ powodowało to zbyt duże obrzydzenie.
Kiedy doszłyśmy do wniosku, że ktoś może odkryć, że to nasza sprawka, przestałyśmy tam przychodzić. Może dopiero po miesiącu się odważyłyśmy. Z kosza nie wylatywały już muchy, nic nie śmierdziało, ale był on owinięty łańcuchem i przypięty na kłódkę (zabawki były dla dzieci, które uczęszczały do przedszkola).
Do tej pory jest mi okropnie wstyd, bo pewnie panie sprzątaczki wiedziały, kto jest za to odpowiedzialny...

#RF2af

Pod koniec studiów przyjaciółka zwerbowała mnie do roboty w korpo na telefonach. Pierwszego dnia po szkoleniach trenowała mnie bardzo sympatyczna i profesjonalna pracowniczka z długim stażem. Następnego wyrwała mnie jednak moja przyjaciółka, która też pracowała tam parę lat, i zamiast mnie odpowiednio szkolić, zaczęła sprzedawać mi najgorsze ploty o wszystkich moich nowych szefach i kolegach. Temat ciągnęła potem na spotkaniu przy piwie.

Przeszła wtedy również do mojej trenerki: "Uważaj na nią, wiedzą o tym tylko wtajemniczeni, ale ona jest złodziejką. Pracowała kiedyś w szkole na tej swojej pipidówie i ludziom notorycznie ginęły pieniądze z portfeli, z kurtek i torebek. W końcu zrobili na nią zasadzkę, ktoś zostawił w kieszeni płaszcza oznaczone 400 zł i oczywiście się pokusiła. Złapali ją na gorącym uczynku. Chcieli dzwonić po policję, ale uciekła na parapet i w histerii groziła, że jeżeli to zrobią, to wyskoczy z okna i się zabije. Zwolnili ją bez wpisu do akt, znalazła potem robotę tutaj, spodobało jej się i została".
Nie wierzyłem w to, żałowałem, że nasłuchałem się historyjek tego kalibru, ale mleko zostało rozlane.

W firmie siedziałem prawie rok. Praca była ciężka, wymagająca, płaca żałosna, ale za to ludzie cudowni i to dzięki wspaniałym nowym znajomościom udało mi się tam popracować. Z nikim jednak nie dzieliłem się swoją wiedzą nabytą od przyjaciółki (której szybko wtedy skończyła się umowa i nie chciała jej przedłużać), nigdy nikomu nie powiedziałem o mojej trenerce. Przez wszystkie te miesiące dała mi się poznać jako ktoś ciepły, pomocny i tryskający żartami.
Z biegiem czasu stałem się częścią fantastycznej paczki. Co prawda jako pierwszy z jej członków opuściłem firmę, ale potem przez lata nadal się spotykaliśmy w tym samym składzie, czekając powoli aż wszyscy rzucą tę okropną robotę.

5 lat po moim odejściu ostatnia rodzynka rzuciła pracę w naszym korpo i żeby to uczcić spotkaliśmy się na uroczystej kolacji. Wypiłem jednak nieco za dużo i chcąc zabawić resztę gawiedzi, opowiedziałem o okropnej plocie, jaką na samym początku usłyszałem o mojej trenerce, będąc pewnym, że ich tym zabawię. Zapadła jednak cisza. Okazało się, że jedna z moich przyjaciółek, która pracowała z moją trenerką w jednym dziale dłuższy czas, została przez nią okradziona. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na nią, ale jej ofiara nie miała żadnych dowodów i też nie mogła w to uwierzyć. Po moim wyznaniu dodała jednak dwa do dwóch. Złodziejce uszło wszystko płazem i do tej pory rozpływa się słodkimi komentarzami na Fb pod każdym postem swojej ofiary.

Gdybym nie był takim cholernym świętoszkiem, mógłbym temu zapobiec. Od tej pory nie ufam już tak swoim sądom o napotkanych ludziach.

#USIdf

Mój ojciec chlał... Niestety, czasem tego nie robił i był wtedy naprawdę świetnym człowiekiem. W wieku 16 lat, po kolejnej awanturze o nieistotną pierdołę (wyższość abonamentu nad telefonami na kartę, serio) stwierdziłam, że nie potrafię dłużej tak żyć – nie dam rady dłużej go kochać i nienawidzić jednocześnie, bo mnie to przerasta.


Któregoś wieczoru podjęłam decyzję, że to właśnie dzisiaj się zabiję. Pamiętam, że najpierw posprzątałam swój pokój, uporządkowałam rzeczy. Potem stwierdziłam, że nie będę robiła kłopotu i od razu się wykąpię, żeby nie musieli tego robić po mojej śmierci. Usiadłam do biurka, napisałam pożegnalny list. W pokoju obok mojego (przerobionym na prasowalnie) stała szafka z lekami. Różne antybiotyki, które zostawały z kolejnych leczeń trójki dzieci. Postanowiłam, że wezmę wszystkie i pójdę spać, nigdy więcej się nie budząc. Przy okazji miałam zrobić to cicho, higienicznie i nikomu nie robiąc problemu. Gdy poszłam po leki, okazało się, że dzień wcześniej mama zrobiła z nimi porządek i wszystko wyrzuciła. 


To był jedyny raz, kiedy doszłam do granicy mojej wytrzymałości. Przehibernowałam jeszcze 3 długie jak cholera lata i wyjechałam na studia, jak najdalej od domu. Odcięłam się i teraz jestem szczęśliwa. Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam.

#5h8Sh

Zainspirowane historią #Zvo0V.

Z moim mężem (nazwijmy go Piotr) znałam się od wieku nastoletniego - ta sama klasa gimnazjum. Przyjaźniliśmy się, na studiach drogi się rozeszły, jako para skończyliśmy dopiero po spotkaniu z okazji 10-lecia zakończenia gimnazjum.

W związku od początku stawiałam sprawę jasno - nie chcę mieć dzieci, chcę pracować, rozwijać się. Piotrowi to pasowało, twierdził, że samodzielność każdego w związku jest bardzo ważna, bo liczy się partnerstwo, a nie zależność od drugiej osoby. Za dziećmi nie przepadał.

Minęło parę lat związku, w międzyczasie zaręczyny, ślub, własne mieszkanie. Robiłam karierę, Piotr też. Kilka lat po ślubie awansował, trafił w nowe towarzystwo. I zaczęło się.

Bo on zarabia już tyle, że nie muszę na siłę udowadniać swojej samodzielności (zarabialiśmy mniej więcej po równo, ja miałam mniej stałej pensji, ale za to o wiele większe premie uznaniowe, więc średnia miesięczna była podobna). Bo w domu bałagan i nie ma kto posprzątać (w związku to raczej ja byłam tą porządnicką, on zostawiał wszystko gdzie popadnie i ja to ogarniałam). Bo on by czasem zjadł coś domowego, a nie tylko w pracy czy na mieście (wcześniej w dni pracy zdalnej albo w weekendy oferowałam się, że coś ugotuję, ale najczęściej słyszałam, żebym się nie przemęczała).

Najgorsze jednak było gdy pewnego dnia oświadczył mi, żebym poszła do lekarza zbadać się pod kątem bezpłodności, bo on już był i to musi być moja wina, że nie jestem w ciąży skoro on od trzech miesięcy dziurawi prezerwatywy. Awanturę jaką mu po tym zrobiłam słyszeli chyba wszyscy w promieniu kilkunastu kilometrów.

Obecnie jesteśmy po rozwodzie, zdobyłam dowody na to, że usiłował mnie zapłodnić wbrew mojej woli i że wiedział od początku, iż ja dzieci nie chcę mieć, a mój adwokat dokonał cudu i rozwód jest z jego winy. Nie rozmawiamy ze sobą, jego rodzina mnie nienawidzi i obrabia tyłek w mieście rodzinnym, ale mam to gdzieś, bo mój brat tam nie mieszka, a rodzice po przejściu na emeryturę przenieśli się na wieś.

Napisałam na początku, że stawiałam sprawę co do dzieci jasno, ale mimo wszystko zataiłam przed nim jedną rzecz - po studiach w pełni świadomie wyjechałam za granicę i usunęłam jajniki, bo wiedziałam, że dzieci w moim życiu nie chcę. I cieszę się, że to zrobiłam, a nie polegałam na zaufaniu wobec partnera.

#a97Xh

W dzieciństwie wychowywała mnie tylko mama, ale zmarła, gdy miałam 8 lat. Popełniła samobójstwo. Opiekę nade mną przejęli dziadkowie, starsi, ale bardzo kochani ludzie. Opiekowali się mną jak własnym dzieckiem, dzięki nim nigdy nie byłam głodna, zawsze miałam w co się ubrać. Byłam szczęśliwa i będę im za to wdzięczna do końca życia.

Ale popełnili jeden błąd, a była nim niewiedza. Nie mieli telewizora, żyli na wsi. Nie orientowali się we współczesnym świecie, a co dopiero w prawie. Prowadzili swoje gospodarstwo, z którego się utrzymywali i to było całe ich życie. Po śmierci mojej mamy, dowiedzieli się, że miała olbrzymie długi, ale nie wiedzieli, że przechodzą one na mnie i że muszę się ich zrzec, więc nie zrobili nic w tym kierunku.

Niedawno skończyłam 18 lat. Jakiś czas potem, zaczęłam dostawać listy, z których wynika, że odziedziczyłam po mamie ponad 2 miliony długów. Kontaktowałam się już z prawnikami, nic nie można z tym zrobić, bo miałam pół roku od śmierci matki, by odrzucić spadek. Dziadek zmarł dwa lata temu, babcia jest już bardzo schorowana, pytałam ją o to, ale mówi, że nie pamięta czy cokolwiek przychodziło, a jeśli nawet, to pewnie gdzieś schowała.

Weszłam w dorosłe życie z olbrzymim długiem, a nie mam nawet pracy. Nawet jeśli ją znajdę, to do końca swojego życia, większość wypłaty będę musiała oddawać na spłatę długów. Na dodatek jestem na świecie całkiem sama, mam tylko babcię, ale nie chcę zawracać jej głowy swoimi problemami, bo i tak nie jest w stanie mi pomóc. Nie wiem co mam robić. Coraz częściej myślę, by skończyć to wszystko tak jak skończyła moja mama. Tylko poczekam aż babcia umrze, bo inaczej chyba pękłoby jej serce.

#yTzGU

Gdy byłam mała, to często chodziłam z dziadkami do kościoła. Ogólnie mieszkałam w dość sporym miasteczku, ważne jest to, że były tam 2 kościoły: stary i nowy.

Z dziadkami chodziłam do tego starego i zawsze gdy ktoś miał zbierać pieniądze na ofiarę, to robił to taki grubszy ksiądz, mówił bardzo niewyraźnie. Pewnego dnia złożyło się tak, że babcia nie mogla pojechać i przyjechał ze mną do kościoła tylko dziadek o kulach, wiec on czekał na dworze w samochodzie, a ja weszłam do kościoła. No i chodzi ten ksiądz sobie po kościółku i zbiera na ofiarę. Normalnie to nie interesowałam się tym, co się dzieje na mszy, tylko wiecie, czymś tam, swoje sprawy itp. No ale tego dnia musiałam wyciągnąć 5 zł od babci i wrzucić do koszyczka. Ksiądz podchodzi do mnie i mówi "Bóg zapłać", ale ja usłyszałam tylko "zapłać". A więc szybkim ruchem zabrałam pieniążka z koszyczka i wydarłam się "Za nic ci płacić nie będę" i wybiegłam z kościoła.

#v8KwQ

Jestem zwykłym podglądaczem. Wszystko zaczęło się od momentu, w którym zobaczyłem jak jedno z moich rodziców ma romans. Nie mogłem się powstrzymać. Musiałem patrzeć, dopóki nie skończyli uprawiać seksu. Są ludzie, którzy pozwalają innym podglądać ich w intymnych chwilach i oczywiście korzystałem z takich okazji, ale ja zdecydowanie bardziej wolę podglądać pary, które sobie z tego nie zdają sprawy. Nigdy nie zostałem przyłapany, bo jestem niesamowicie ostrożny. Tylko patrzę, nigdy nie robię zdjęć ani nie kręcę filmików. Czasami czuję się z tym źle, ale nie mam zamiaru przestać. To mój brudny sekrecik i nigdy nikomu ze znajomych się do tego nie przyznałem.

#9UHRT

Jestem przyszłym rozwodnikiem z powodu zdrady żony.

Uczciwie pracowałem na dobro naszej rodziny, napier*alałem po nocach na drugą zmianę przy rozładunku w supermarkecie, żeby nasza przyszła rodzina miała ciepły kąt i bezpieczną przyszłość. Moja sytuacja osobista jest raczej nędzna (rodzina alko, przemoc domowa itp.), więc dla mnie to było w zasadzie wszystko co miałem. Autentycznie, jedyna motywacja.


Wczoraj w nocy skasowali mi zlecenie, bo tir miał wypadek. Wróciłem do domu przed północą. Nie chcąc budzić lubej, wślizgnąłem się do łóżka i dotknąłem nogi obcego faceta. I kur*a tyle. Były ze trzy czy cztery plomby, jedna dla niej, a teraz siedzę i patrzę pusto w sufit, bo się zrobiło cicho jak wypieprzyłem bydło na klatkę.

Łzy dławią mi przełyk.

#PFnHT

Zdarzyło mi się umówić na randkę z facetem kawał czasu temu. Na randce przegadaliśmy 7 GODZIN, obeszliśmy cały park (jedyna atrakcja w malutkiej miejscowości) i czułam się w jego towarzystwie cudownie. Taki człowiek, z którym pogadałabym o wszystkim i o niczym. Jeszcze nie zdarzyło mi się na randkach tak szybko złapać kontakt z facetem. Miałam też wrażenie, że także nie jestem mu obojętna. Opowiedział mi w sumie, że na stałe mieszka za granicą, a chciał kogoś tutaj poznać, w Polsce ma rodzinę i jak czas i okoliczności pozwolą, zostaje w Polsce.
Sytuacja oczywista - marzyć za wiele nie mogłam, on tam, ja tu.

Po tygodniu w Polsce i kilku spotkaniach ze mną wrócił do siebie. Zaczęłam za dużo myśleć, snuć fantazje (a kto zabroni ;)), no ale zapał mi opadał, gdy coraz rzadziej odpisywał na wiadomości.
Sytuacja jeszcze bardziej powinna być dla mnie klarowna - przelotna znajomość, więc powinnam dać sobie spokój. Olał, było miło i tyle. Zawrócił mi w głowie i został w pamięci. Zatem żeby pozbyć się myśli o nim, jeśli taka wpadała mi do głowy, za chwilę odpowiadałam sobie "chvj z tobą!". Operacja powtarzana wielokrotnie. Do skutku.

Niecały rok później, akurat oglądałam pieczywo w sklepie... Poczułam dotyk na ramieniu, obejrzałam się za siebie i "on" z uśmiechem mnie przywitał:
- Hej Madzia!
- Chvj z tobą! - wystrzeliłam bezmyślnie.
- Chciałem... Nieważne - wyszedł ze sklepu.


Nie, nie goniłam go, sparaliżowało mnie. :(
Dodaj anonimowe wyznanie