#u9Tc2

Ostatnio odezwał się do mnie „kolega” sprzed lat, dokładnie to sprzed 20. Trochę popisaliśmy, powspominaliśmy, całkiem miło było przypomnieć sobie czasy, kiedy miało się 17 lat...
W pewnym momencie „kolega” wyznał, że nie ma kobiety, a przez te 20 lat nie zapomniał o mnie, i nawet firmę nazwał moim imieniem pisanym po angielsku... Nie będę zaprzeczać, że miło mi się zrobiło, nawet coś tam gdzieś w środku drgnęło.
Szkopuł w tym, że mam męża i troje dzieci, a on spóźnił się o te 20 lat.

#Hbuu0

Jestem skrytopijcą. To znaczy, że oprócz kilku lekarzy nikt z mojej rodziny nie wie, że jestem alkoholikiem. Piszę te słowa i kieruję je do osób, którym wydaje się, że mogą kontrolować picie. Otóż nie da się, a do czego może to doprowadzić, przeczytacie poniżej. 
Rok temu po serii badań definitywnie stwierdzono u mnie złośliwego (na maksa, jak wyraził się lekarz) raka prostaty. Zakwalifikowano mnie w trybie pilnym na operację wycięcia prostaty robotem Da Vinci. Dzień przed przyjęciem na oddział urologiczno-onkologiczny miałem spotkanie z panią doktor anestezjologiem, przy czym musiałem wypełnić specjalną ankietę (kto przechodził, ten wie). Napadło mnie na szczerość i w miejscu, gdzie było pytanie o alkohol, napisałem, że mam z tym problem...
Pani doktor, skądinąd bardzo sympatyczna osoba, wywlekła ze mnie, co i jak w związku z moim piciem. Wszystko to opisała w mojej ankiecie i gdy następnego dnia pojawiłem się na oddziale u-o, lekarz poprosił mnie o ankietę od anestezjologa. Poczytał, przyszedł drugi lekarz, który był na tyle dowcipny, że zapytał mnie, czy mam przy sobie wódkę. Skończyło się na tym, że lekarz, który mnie miał przyjąć na oddział, powiedział, że anestezjolodzy, którzy mieliby mnie usypiać, powiedzieli, że absolutnie mnie nie będą usypiać, bo mogą się zdarzyć jakieś dziwne reakcje z mojej strony. Pan doktor dał mi skierowanie do radiologa i numer telefonu do poradni zdrowia psychicznego. U radiologa dowiedziałem się, że radioterapia będzie trwała cały czerwiec, potem jeszcze jakiś bolesny zabieg, a potem hormonoterapia do lipca. Ale jako wstęp do radioterapii musiałem przyjąć zastrzyk z jakimś hormonem. Pielęgniarka, która zrobiła mi zastrzyk, po wszystkim, z uśmieszkiem dała mi ulotkę, mówiąc: „Niech pan to przeczyta”. Przeczytałem. Jest to preparat, który likwiduje produkcję testosteronu. Libido-zero. Rosną mi cycki. A najgorsze jest to, że przychodzą mi do głowy głupie myśli... Kilka dni temu w jednym z marketów była promocja różnego rodzaju sznurów i linek. A ja sprawdzałem, czy byłyby w stanie utrzymać mój ciężar... Przyszło opamiętanie, ale boję się dnia, kiedy to opamiętanie nie przyjdzie.
Ponieważ nie chcę się wypłakiwać przed rodziną, oni mają swoje problemy, to tu jest miejsce, gdzie mogę się wyżalić, wypłakać... Nie wiem. Moim problemem jest to, że siedzi w mojej głowie dwóch „ja”. Jeden mówi „człowieku, ogarnij się, idź na terapię, zacznij odwyk”, a drugi mówi „spoko, nie przejmuj się, strzel se piwko albo lufkę, nic ci nie będzie”. Najgorsze, że ten drugi wygrywa...

#hPOOp

Mój przyszły szwagier ma problem z higieną. Jest naprawdę świetnym, inteligentnym i pracowitym facetem, ale niestety higiena u niego lezy. Potrafi kilka dni nie brać prysznica i nie myc zębów! Dlaczego? Bo nigdzie nie wychodzi. Nie obchodzi go, że w domu jest kilka innych osób, które czują ten smród.
Parę miesięcy temu pojechałam z narzeczonym i jego bratem do ich kuzyna na 3 dni.
Wysiadając z samochodu, ja i narzeczony wzięliśmy ze sobą walizkę, a ten nic. Z pustymi rękoma. I nie, że potem sobie wszystko wziął z auta. Nie. On przez te 3 dni się nie mył, nie umył zębów i chodził w tych samych ciuchach. Nawet majtek nie zmienił!
Nie zawsze od niego śmierdzi, ale czasami naprawdę... przebywanie w jego towarzystwie jest nieprzyjemne.
Jest teraz u nas. Wczoraj narzeczony niby pół żartem, pół serio ze śmiechem zapytał go, czy brał prysznic, bo śmierdzi. W domu już też unosi się nieprzyjemny zapach.
Jak delikatnie dać mu do zrozumienia, żeby się ogarnął?
Przecież nawet nie chodzi o świeży oddech, tylko o zdrowe zęby.
Czy znacie takich ludzi?

#pXmv8

Towarzystwo moich rodziców jest naprawdę irytujące. Ktoś powie — dojrzewanie. Być może coś w tym faktycznie jest, ale uważam, że znacznie większy wpływ ma na to zachowanie rodziców.

Nie pamiętam ostatniego przyjęcia/spotkania rodzinnego, które udało mi się przesiedzieć całe. Już po kilku minutach ogarnia mnie takie zażenowanie, że czuję się winny, a moje istnienie tam to kara. Rozmowy przez nich (i bliską rodzinę) prowadzone są żywcem wyjęte z memów o nosaczach. Kiedy mam od nich odmienne zdanie, to wszystko próbują zwalić na moje dojrzewanie, a gdy już uda mi się udowodnić moją słuszność, słyszę tylko: „Jedz, nie gadaj...”. Moje próby brnięcia dalej w dyskusję kończą się na tekstach o moim braku wychowania i robieniu wstydu przy rodzinie (???), a także wściekłym wzrokiem rodzicielki. Oprócz tematów czysto Januszowych ostatnio odkryłem, że idealnym tematem na rozmowy jest śmianie się ze mnie i z tego, co lubię jeść, bo jak to ja mogę nie zjeść schabowego! Ostatnio wszedłem nawet w środku historii, której mama obiecywała nie opowiadać... Kiedy już po przyjęciu spytałem się mamy, co to miało znaczyć, ta mi odparła, że to i tak bliska rodzina, więc to nic takiego. A co usłyszałem w podobnej sytuacji, kiedy to bohaterem historii była moja mama? Że takich rzeczy się nie mówi, bo to sprawy rodzinne.

Cieszę się, że po zjedzeniu ciasta mogę się oddalić do mojego zacisza, włączyć komputer lub wyciągnąć książkę i pobyć w zupełnie innym świecie, daleko od tego czegoś w pokoju obok. 

PS Zapomniałem wspomnieć o pojawiającym się na stole alkoholu — i tej jednej rzeczy się nie dziwię, ponieważ nikt na trzeźwo by tam nie wysiedział.

#8Pa0z

W przedszkolu poznałem swoją miłość.
W podstawówce „chodziliśmy” ze sobą aż do trzeciej klasy, do momentu jak kolega mi jej nie odbił.
Nie byłoby w tym nic anonimowego, gdyby nie to, że po 20 latach ja mam chłopaka, ona ma dziewczynę, a kolega, jak i ja, też jest waginosceptykiem (nie, nie jestem z nim :)).

Tym chyba jednak da się zarazić, tylko nie wiem kto od kogo...

#iBG9X

Ćwiczyłem na gumach fitness i zaplątała mi się noga, czego wynikiem zawisnąłem głową w dół jakieś 50 cm nad ziemią (z wyciągniętymi rękoma). Jak się uwolnić?
Opcja pierwsza: zadzwonię do siostry, która jest w domu... ale telefon przecież jest na ziemi, żeby mi nie wypadł z kieszeni podczas ćwiczeń.
Opcja druga: zawołam siostrę... ale mój „kącik ćwiczeń” zbudowałem sobie w rogu ogrodu, więc za nic mnie nie usłyszy.
Opcja trzecia: mogę wisieć i czekać, aż ktoś mnie znajdzie... ale szybko bym się pomocy nie spodziewał.
Jest i ostatnia opcja: samemu próbować się wyplątać i spaść na łeb na ziemię — brzmi super, więc próbuję. Machając nogami i uważając przy tym, żeby nie spaść, udaje się dotrzeć do momentu, gdzie wystarczy cofnąć stopę, żeby się zje... to znaczy dostać szybko na ziemię.
Ogarnął mnie szybki natłok myśli: spadnę i się przeturlam... Niee, to działa tylko w grach. Więc wyciągnę ręce, żeby chronić głowę. Ekstra. Stopa do tyłu i nim zdążyłem zrobić cokolwiek, już wylądowałem na upragnionej ziemi.

Skutek tego wszystkiego? Złamana ręka i filmik z moimi zmaganiami z grawitacją nagrywany z kuchni, autorstwa chłopaka mojej siostry. Dzięki za pomoc :]

#eUL69

Zapasłem się jak prosię. Zawsze byłem grubasem i to żadna genetyka, zawsze lubiłem się obżerać. Od początku pracuję zdalnie, praktycznie nie wychodzę z domu, żywię się żarciem na dowóz i słodyczami, to sadło się zbierało. No i tak sobie żarłem, żarłem aż zabrakło skali na wadze, bo była do 160 kg, ale co tam, obżerałem się dalej, a sadła przybywało, i to sporo, aż dzisiaj przyszła mi zamówiona waga z większym limitem. Wiedziałem, że jest źle, bo tusza utrudnia mi funkcjonowanie i mam problemy z najprostszymi czynnościami, ale jakie było moje zdziwienie, jak waga pokazała 236 kg!

Mam 25 lat i ważę ćwierć tony, i zamiast coś z tym zrobić, obżeram się i piszę tutaj, jakby to kogoś interesowało, i prawdopodobnie będę żarł dalej, aż nie będę w stanie wstać albo padnę na zawał. Już mam to w dupie, idę się spaść jeszcze bardziej.

#KAif5

Mam niecałe 15 lat i problem jest w moim wyglądzie. Nie chodzi o to, że jestem gruba czy brzydka, wręcz przeciwnie. Wyglądam jak Kardashianka – duży biust, wielkie usta i oczy, kości policzkowe... Nigdy oczywiście nie robiłam operacji plastycznych. Staram się, za pomocą makijażu, zmniejszyć usta itp., a tak ogólnie to raczej się nie maluję. Wiem, że brzmi to raczej jak powód do radości, ale w moim wieku sprawia tylko problemy. W szkole wielokrotnie miałam nieprzyjemne sytuacje. Nauczyciele kazali mi zmywać makijaż, mimo że go nawet nie miałam. Dodatkowo wszyscy uważają mnie za pustą dziewuchę. A ja właśnie taka nie jestem. Interesuję się sztuką i architekturą, piszę, chcę iść na studia i zostać redaktorką gazety. Wcześniej interesowała mnie kariera aktorska, ale zrozumiałam, że z moim wyglądem nic z tego. Denerwuje mnie to, że wstydzę się pokazywać ludziom. Boję się iść na spotkanie rodzinne. Wiem, jak to będzie wyglądać... Mam już po prostu dosyć.

#WWNPB

Wkurzają mnie filmy, które pokazują ofiary gwałtu chowające się pod szerokimi bluzami i reagujące płaczem na jakikolwiek dotyk. Ja po gwałcie zbiorowym stałam się puszczalska i nie potrafiłam dochować wierności.

Wiem, że nie jestem odosobnionym przypadkiem. Przeszło mi samo w okolicach trzydziestki, jednak poczucie winy i wspomnienia dawnego życia mnie dobijają.


PS Psychoterapia nic nie daje.
Dodaj anonimowe wyznanie