#4oCak

Godzina mniej więcej 8.00. Wróciłem właśnie autobusem z nocnej zmiany w pracy, ale po wyjściu z autobusu muszę przejść jeszcze kawał drogi do domu. Istnieje jednak jeszcze droga na skróty, polną ścieżką wzdłuż rzeki, która znacznie przyspiesza moment spotkania z prysznicem, łóżkiem i narzeczoną. Wysiadam z autobusu na niewielkim rondzie i przechodzę przez ulicę, w poprzek której płynie wspomniana rzeka. Idąc, zauważyłem, że do barierki nad rzeczką przywiązany u spodu jest sznur i stoi na wpół wypita butelka piwa. Wyglądało to jak wyglądało — pomyślałem zmęczony, że ktoś już miał dosyć piwa tak bardzo, że je zostawił. Schodzę z ulicy nad rzekę, odwracam się, żeby spojrzeć pod most i zobaczyć, co do sznura było przywiązane. A raczej kto... Młody mężczyzna wisiał w rzednącej porannej mgle, a ja gdy go zobaczyłem, od razu zapomniałem o zmęczeniu i po powrocie do domu, gdy przytuliłem się do narzeczonej, doceniłem to, jak wiele mam.

#yqAUY

Umówiłam się ze znajomymi na grilla. Dzień był dosyć słoneczny, jednakże co jakiś czas padało, stwierdziłam więc, że będzie mi niewygodnie w japonkach/sandałach. Ubrałam tenisówki z pracy, jedyne całe buty, które mogłam wykorzystać.

Wyszliśmy na dwór i znów zaczęło padać, zmieniliśmy wiec plany i poszliśmy do domu kolegi. Siedzimy sobie kulturalnie, ale coś strasznie wali. Modlę się w duchu, żeby to tylko nie były moje stopy, ponieważ buty z pracy były „lekko” przepocone. Smród coraz większy, w końcu ryzykuję i idę do łazienki. Tak... to były moje nogi. Szybko myślę, jakie mam możliwości i ostatecznie podejmuję decyzję: umyję nogi w umywalce. Łazienka kolegi niestety jest bardzo, bardzo, bardzo mała, więc musiałam się nagimnastykować. Jedna stopa już pachnąca i czyściutka, cud miód i orzeszki, no to czas na drugą i nagle... Bum! Wywaliłam się i rozwaliłam drzwi od łazienki.

Cała ekipa przerażona przybiegła... Eh, ciężko było się wytłumaczyć ;)

#aUcAx

Jestem psychicznym wrakiem człowieka, bo mamy w domu pluskwy. Masakra... Ciężki temat, przez jakiś czas próbowaliśmy walczyć z tym sami, ale bez skutku. Zdecydowaliśmy się na firmę i zamawiamy w poniedziałek.
Ciągle martwię się, że to cholerstwo dostanie się do przyjaciół i rodziny i wszyscy nas znienawidzą. Wykańczam się psychicznie, nie jem, nie śpię po nocach. Jestem kłębkiem nerwów.

#9FRim

Jedna z tych historii, pod którymi chciałabym zobaczyć moc i wsparcie kobiet! Anonimowe... bo ciężko rozmawiać z bliskimi na takie tematy.

Od półtora roku z mężem się nie zabezpieczamy... nie chcemy się stresować i starać na siłę, tylko na spokojnie czekamy, aż los nam przyniesie małe szczęście. Niestety pół roku temu dowiedziałam się o ciąży, dopiero gdy poroniłam. Lekarz stwierdził, że doszło do samoczynnego poronienia w 6. tygodniu ciąży. Tego bólu i łez nie życzę nikomu... emocje sięgały zenitu i mieliśmy kryzys, bo nie potrafiliśmy ze sobą o tym rozmawiać. Przez pół roku odwiedzałam endokrynologa w celu uregulowania tarczycy, gdy ten lekarz dał zielone światło, to okres zniknął mi na 3 miesiące, a przecież w ciąży nie jestem. Boję się podjąć jakąkolwiek decyzję i mieć parcie na dziecko, bo wiem, jakie będzie rozczarowanie, gdy go nie będzie lub stracę kolejne.

Wiem, że na anonimowych jest wiele mam po przejściach. Może któraś miała podobnie? Dajcie siłę i rady, żebym wiedziała, że warto walczyć !

#aTltw

Rozwiodłam się z moim byłym mężem przez… kota. Tak, być może niektórym wyda się to dziwne, ale faktycznie kot stał się powodem, dla którego odwróciłam swoje życie do góry nogami.

Wyszłam za mąż z rozsądku. Nigdy nie kochałam Michała, był dla mnie za to opoką i przyjacielem, bratnią duszą, z którą potrafiłam swobodnie żyć. Więc kiedy mi się oświadczył, zgodziłam się. Przeżyliśmy wspólnie dobre 10 lat. Do momentu, kiedy przyłapałam go na pewnej czynności. Kiedyś wróciłam do domu wcześniej, niż zapowiedziałam i zastałam byłego męża, jak bije naszego kota. Centralnie lał go kapciem przy naszym 6-letnim synu. Pokrzykiwał przy tym teksty w stylu: „A masz, nigdy nie chciałem cię w tym domu”. Mój syn patrzył na to i widać było, że nie jest to dla niego przyjemne. Szybko zainterweniowałam i pierwsze co, to udałam się na rozmowę z synkiem, by mu wytłumaczyć, że tak zwierząt nie wolno traktować. Następnie rozmawiałam z mężem, który nagle stwierdził, że nie cierpi zwierząt. Owszem, to ja namówiłam go na kota i wiedziałam, że nie przepada za zwierzakami, ale nie miałam pojęcia, że aż do takiego stopnia, by wyrządzać im krzywdę. Nie mogłam pojąć, jakim cudem przez tyle lat nigdy nie powiedział mi, co tak naprawdę myśli na ten temat. W efekcie tego feralnego rozczarowania wyjechałam z synkiem (i oczywiście kociakiem) na kilka dni na wieś, do moich rodziców. Poprzebywaliśmy tam trochę na łonie natury, właśnie wśród zwierząt, i cieszyłam się, gdy Bartuś powiedział, że „tata bardzo brzydko postąpił z naszym kotem”. Wierzę, że mimo wszystko były mąż nie zaszczepił w dziecku agresji do zwierząt.

W każdym razie od tamtego momentu przestało się nam układać. Zaczęłam na nowo wartościować swoje życie i zastanawiać się, czy aby na pewno jestem w stanie żyć z taką osobą. Dodam, że ja bardzo kocham zwierzęta, wychowałam się na wsi i nie wyobrażam sobie życia bez żadnego zwierzaka, a już na pewno nie mogę wyobrazić sobie, by taką bezbronną istotę krzywdzić. Ostatecznie rozeszliśmy się, jemu się chyba odwidziało, a ja przejrzałam na oczy i się opamiętałam. Ślub z rozsądku to nie był dobry pomysł. Aczkolwiek dziękuję losowi za to, że dał mi Bartusia.

Kilka miesięcy po rozwodzie poznałam miłość mojego życia. I to dopiero w wieku 40 lat! Nie wierzyłam, że kiedyś naprawdę szczerze się zakocham i to przekonanie pchnęło mnie do wejścia w małżeństwo bez miłości. Dziś jestem kilka dni przed wejściem do małżeństwa z wielkiej miłości i jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie! Życie ma swoje ścieżki, kręte i często dla nas niezrozumiałe – cieszę się, że udało mi się odnaleźć moją właściwą drogę. Tego samego życzę każdemu z czytelników!

#UljOk

Polski psychiatryk.

Jakiś czas temu na oddziale pojawił się Radek. Pierwszego dnia pielęgniarka kazała mu się przedstawić z imienia i nazwiska. „Grzegorz Brzęczyszczykiewicz” – przedstawił się z uśmiechem Radek.
Pielęgniarka z takim samym uśmiechem stwierdziła: „W pasy”.

Radek spędził w pasach trzy dni. Za jeden dowcip.
Dodaj anonimowe wyznanie