Mam 22 lata i nie chcę mieć dzieci. Nigdy. Nie lubię dzieci, tylko te, które są w mojej rodzinie albo dzieci znajomych. Większość moich koleżanek ma już dzieci albo jest w ciąży, a mnie skręca, jak je widzę.
Nie byłabym w stanie zajść w ciążę, wiedząc ile energii, czasu, nerwów i pieniędzy się na tym traci. Nie byłabym w stanie zaakceptować mojego ciała po ciąży. Nie byłabym w stanie zaakceptować tego poświęcenia. Nie byłabym dobrą matką. Dlatego świadomie i z wielką chęcią wybieram przyszłość bez dzieci.
Byłam przekonana, że hipnoterapia polega na zahipnotyzowaniu kogoś i rozmowie z jego podświadomością. Natomiast moja hipnoterapeutka kazała mi po prostu wygodnie siąść na kanapie i wyobrazić sobie przyjemne miejsce, a później „przenosić” ciężkość od stóp do głów itp. Nic mi to nie pomogło, a zapłaciłam za wizytę 700 zł. Miało mi to pomóc w bólach psychosomatycznych, ale nic mi to nie dało, jak i rozmowa z trzema psychoterapeutami.
Gdy byłam w liceum, na jednym z konwentów zagadnął mnie chłopak, dla historii Jan Kowalski. Robił zdjęcia cosplayerom, mówił, że jest fotografem, miał nawet profesjonalnie wyglądający sprzęt. Fajnie się gadało, wymieniliśmy się namiarami. Po jakimś czasie zaprosił mnie na sesję zdjęciową. Pokazał mi swoją stronę, było tam wiele pięknych zdjęć. Na social mediach nic nie miał, ale mówił, że rozdziela życie prywatne od zawodowego. Trochę się wahałam, bo sesja miała być w plenerze, ale nawet moja rodzina mnie namawiała, żebym poszła, bo wszystko wyglądało profesjonalnie. Przed terminem sesji złapała mnie jakaś infekcja, napisałam do Kowalskiego, żeby ją przełożyć. Po tym nagle kontakt się urwał, a on skasował konto. Myślałam, że zwyczajnie się obraził.
Minęło kilkanaście lat, na konwenty jeżdżę teraz jako gość. Na jednym z nich oficjalnym fotografem był Jan Kowalski. Mężczyzna koło 70. To do niego należała strona, którą wysłał mi chłopak w licealnych czasach. Nie znał tego chłopaka ani nie wiedział, że przedstawia się jego personaliami i pokazuje jego stronę. Do dziś się zastanawiam, co by się stało, gdybym wtedy poszła na tę sesję zdjęciową.
Od roku nie przeczytałam więcej niż parę stron książki dziennie, bo za każdym razem moja kotka znajduje sposób, by położyć się na książce i pójść spać... Wygląda przy tym zbyt słodko, by ją zrzucić.
Ponad 8 miesięcy temu poznałam pewnego chłopaka. Na początku wydawał się bardzo dojrzały i ogarnięty, więc po krótkim czasie spotykania się zostaliśmy parą.
Początek związku był jak bajka – zabierał mnie na różne randki, kupował kwiaty itp. Moja rodzina wręcz zaczęła go uwielbiać.
Po dwóch miesiącach zmienił się o 180 stopni. Zaczął mówić do mnie chamskie komentarze, twierdząc, że żartuje, oraz wyśmiewać się ze mnie ze swoją siostrą za moimi plecami (sam mi się do tego przyznał). Zaczął również kontrolować to, w co się ubieram, w tym nawet to, jaką bieliznę mam nosić. Pisał z dużą liczbą „koleżanek”, a nawet bez powodu podduszał mnie lub ciągnął za włosy, kiedy tylko miał na to ochotę, mimo że mówiłam mu, że nie chcę, żeby to robił.
Niedawno z nim zerwałam, ponieważ nie wytrzymywałam już tego psychicznie. Mojej rodzinie powiedziałam, że rozstaliśmy się z powodu, że do siebie po prostu nie pasujemy.
Nigdy nie przyznam się im, dlaczego tak naprawdę się rozstaliśmy, ponieważ czuję wstyd, że pozwoliłam na to, żeby tak mnie traktował.
Mam trądzik. Nie jest on jakiś ogromny, ale jest. Mam go pomimo tego, że dbam o siebie i miałam też badania krwi i wszystko jest w normie, więc w sumie nie wiem, czemu się pojawia. Nauczyłam się akceptować siebie, pomimo że go mam, oczywiście walczę z tym, ale rezultaty są powolne (nie kwalifikuję się na większość leków, więc jedynie muszę mieć dobre kosmetyki, a nie każdego stać na profesjonalne zabiegi). Jednak moja rodzina ma z tym ewidentnie problem. Słyszę teksty w stylu „jesteś fajną osobą, ale ten trądzik…”. Jezu, jak to się niby ma do charakteru? Albo zawsze jak gdzieś z nimi idę, to każą mi nałożyć tonę podkładu (żeby było estetycznie), bo się mnie wstydzą. Jako argument powiedzieli mi, że moja prababcia dbała o siebie, bo nawet śmieci wyrzucała w pełnym makijażu. No dobra, ale dbanie o siebie nie polega wyłącznie na noszeniu makijażu, przede wszystkim polega na byciu czystym i noszeniu czystych ubrań, a ten warunek spełniam. Jednak hitem jest ostatnia sytuacja. Szliśmy do sklepu zwykłego sklepu spożywczego, nie do Sephory czy innego Hermésa. Nie pomalowałam się podkładem, tylko oczy sobie zrobiłam. Spotkaliśmy tam znajomych i w tym momencie kazali mi się oddalić. Usłyszałam też, że mam „ubytki w urodzie” i o siebie nie dbam, od wiecie jakiej osoby? Otyłej. I wiem, że ona się opycha, bo widziałam, więc to nie jest kwestia tego, że jej wygląd wynika z konieczności przyjmowania leków.
Każdy ma jakieś wady, trądzik można wyleczyć, tylko widać nie każdy to rozumie. A teksty, że o siebie nie dbam, są trochę nietrafione, bo chodzę na siłownię, nie jem gównianego jedzenia i słodyczy, zawsze jestem czysta i mam czyste ubrania, utrzymuję porządek wokół siebie i się maluję, ale niekoniecznie robię pełną tapetę do zwykłego sklepu spożywczego.
Moja teściowa to złota kobieta, wychowała dwóch synów na porządnych ludzi, ale w jednym popełniła błąd. Chłopaki od małego pracowali pomagając ojcu, zapalonemu sadownikowi, który dzień w dzień znajdował zajęcia synom przy swoich drzewkach, których miał multum. Jak nie koszenie pod nimi, to podcinanie i zbieranie gałęzi.
W efekcie tego chłopaki często wpadali do domu, jedli i wychodzili. Gary zmywała oczywiście teściowa.
I tu jest pies pogrzebany.
Mój mąż za nic w świecie nie zmyje nic po sobie, nawet cholernego kubka. Nigdy, po prostu sam nie wpadnie na to, żeby pozmywać. Dobry chłop, ale tak nauczony i tyle, pod tym względem niereformowalny. Ostatnio wróciłam padnięta ze szkoły (jestem nauczycielką i byłam pochłonięta poprawkami w sierpniu i pomaganiem z sensownym rozłożeniem planu lekcji). Byłam tak zmęczona, że po drodze do domu zatrzymałam się, żeby odetchnąć, bo bałam się, że po prostu zasnę za kółkiem. Po wejściu do domu zobaczyłam zlew i myślałam, że padnę. Góra naczyń, a mąż wesoło siedzi z herbatką zrobioną w słoiku, "bo kubków czystych nie ma". No i szlag jasny mnie trafił, ale nic nie powiedziałam. Zmywarkę załadowałam, resztę pomyłam ręcznie.
Na drugi dzień pochowałam wszystkie kubki oprócz jednego, ulubionego kubka małżonka, i zostawiłam kartkę "jeden łatwiej będzie ci się myło". Oprócz tego zniknęły miski i talerze, wszystkiego zostawiłam po jednej sztuce, bo ja i tak jadam w szkole ze swoich plastikowych pudełek.
Myślałam, że małżonek ogarnie się. O ja naiwna...
Mija trzeci tydzień, i o ile talerz i miskę myje po każdym użyciu (sukces!), to kubka już nie, a ja do tego jego kubka boję się podejść w obawie, że wysunie nóżki i pobiegnie po blacie.
Jak patrzę, jak mąż wesoło popija z niego ulubioną herbatę, to zyskuję przekonanie, że uodpornił się na wszystkie możliwe syfy i pasożyty.
Ale cóż.
Ja przynajmniej nie mam garów do mycia, a on ma swój cholerny ulubiony kubeczek zawsze pod ręką.
Mimo to kocham tego wariata, nawet jeśli czasem obrzydza mnie do granic możliwości. Moja miłość jest silniejsza niż obrzydzenie, poza tym jeszcze z centymetr i ten cały brud sam odpadnie. Jest nadzieja! :D
Z Olą poznałyśmy się dzięki stronie Wattpad, gdzie obie pisaliśmy swoje amatorskie książki. A że to czasy trochę odległe, nie było tam zbyt wielu prac po polsku, a pomijając różne ''fanfictions'' oraz ''q&a'' czy inne oparte na anime książki - było tam naprawdę malusio konkretniejszych pozycji. Stąd i ona, i ja, wpadłyśmy na swoje publikacje dość prędko (tzn. na świeże prace, wciąż niezakończone - nie te roczne albo starsze). Najpierw to ona zaczęła czytać moje próby literackie, zawsze zostawiając miłe komentarze lub uprzejme uwagi. Potem to ja z ciekawości odwiedziłam jej profil oraz jej prace, zazdroszcząc dziewczynie talentu i drygu wraz z nietypowymi pomysłami na tematy. Wszyscy zostawiali jej słowa, że powinna wydać swoje tomiki poezji lub dokończyć czym prędzej jakąś książkę, by mogła ją wreszcie dać do druku i do szerszej grupy odbiorców. Ja to popierałam, i jej to napisałam w prywatnej wiadomości, dalej na Wattpad.
Tak się poznałyśmy i tak przerzuciłyśmy się po dwóch latach na Facebooka, gdzie wygodniej było pisać i szło wysyłać sobie zdjęcia czy filmy. A potem byłyśmy w czasie, w której nasza znajomość miała już pięć lat - i nadal nie widziałyśmy siebie na żywo poza zdjęciami, filmami, wieloma wiadomościami głosowymi i połączeniami (bo nr tel. swój wzajemny sobie dałyśmy). Zdecydowałyśmy się umówić na kawę w mieście, które obie miałyśmy w połowie naszej drogi do siebie - obie byłyśmy z dwóch krańców Polski, trochę kombinować trzeba było, ale stwierdziłyśmy, że to robimy.
Przejechałam niemal 300 km na darmo. Dojechałam do miasta z umowy, poszłam z mapami Google pod wybraną kawiarenkę i już się miałam rozpłaszczać, kiedy zadzwoniła Ola. Odebrałam. Powiedziała, że nie może przyjechać, bo coś jej wyskoczyło. Choć byłam wściekła, przełknęłam to z szacunkiem na granicy cierpliwości. Poszłam sobie na tę kawę sama, a później wróciłam do domu.
Ale w tym momencie kontakt się urwał. Ola przestała odpisywać na wiadomości, przestała odpowiadać na telefony i SMS-y, usunęła też konto na Wattpadzie. Nie umiałam się z nią nijak porozumieć. Zostawiałam jej miliony pytań, nawet martwiłam się, że coś się stało.
Gdzie przepadła, nie wiem. Nie mam możliwości kontaktu z nią poza pojechaniem wielu km do jej rodzinnego miasta, na co nie umiem się zdobyć. Dziwnie mnie przed tym krokiem coś wewnątrz blokuje.
Nie rozumiem, co się stało.
Będzie krótko i na temat. Właśnie wyszłam od laryngologa. Gdy czyścił mi uszy za pomocą swoich urządzeń, prawie doszłam.
Od 3 lat mieszkam w kamienicy w większym mieście. Na piętrze. Pode mną mieszka Pani 70+. Wszystko niby fajnie i ok. Też tak myślałam, do czasu kiedy Pani z dołu postanowiła sobie zrobić remont i obniżyć sufit. Sufity w kamienicach są dosyć wysokie, więc swój sufit nasza "miła Pani z dołu" obniżyła co najmniej o pół metra.
I tu się zaczyna historia właściwa.
Mam 4 dzieci. Najpierw Pani zaczęła nas zaczepiać, że jest u niej głośno i mamy chodzić ciszej, przeprosiłam, powiedziałam, że będziemy się starać chodzić ciszej, a dzieci upomnę, żeby nie biegały. Trochę współczułam tej Pani, bo na pewno nas słychać, tak jak ja słyszę tą Panią, bo przecież jest to jednak budynek wielorodzinny.
Następnie zaczepiła męża, że ona zrobiła sobie remont, obniżyła sufit i jeszcze głośniej słychać nasze kroki. Kolejnym krokiem były odwiedziny i uświadomienie nas, że ona pójdzie na policję, że dzieci biegają i nas wyrzucą z mieszkania (nasze mieszkanie jest własnościowe, "miłej Pani" jest socjalne i Pani chyba o tym nie wie). Obecnie jak tylko Pani usłyszy głośniejszy stuk, od razu krzyczy teksty w stylu "CICHO TAM", "JAK TAK MOŻNA", "ZAMKNĄĆ SIĘ". Hitem było, gdy o 22:03 postawiłam miskę z praniem na podłodze, Pani zaczęła krzyczeć "CICHO TAM, JEST PO 22".
Nasza sąsiadka mieszka sama, nigdzie nie wychodzi, odwiedza ją rodzina, wtedy pod naszym oknem od 7 rano trwa biesiada, a nasze mieszkanie przepełnia dym papierosowy, bo biesiadnicy swój stoliczek mają dokładnie pod naszymi oknami, zresztą okien w pokoju nie otwieramy wcale, bo ta Pani pali w swoim oknie codziennie. Towarzystwa nie upominam, bo wiem, że nie mieszkam w domku jednorodzinnym.
Wiem, pewnie zaraz poleje się fala hejtu pt. "zrobiła se 500plusy, a teraz narzeka", "wredne bachory biegają i jeszcze miłą Panią z dołu tyranizują", "nie ma biedota kasy na dom i jeszcze ma problemy". Tyle, że to ja się czuję tyranizowana we własnym mieszkaniu. Pół dnia nas nie ma, dzieci w szkole, my z mężem w pracy. Jak tylko zjemy obiad zaraz idziemy na plac zabaw, do lasu, żeby dzieciaki się wybiegały. To prawda, nie zarabiamy kokosów, ale mąż bierze dodatkowe etaty i zaczynamy budowę domu. Ostatnio źle się czułam, mąż w weekendy też pracuje i nie mogłam wyjść z dzieciakami z domu.
Gdy tylko "miła Pani" usłyszała jakiś stuk, całe podwórko usłyszało "CICHO TAM, CAŁY DZIEŃ W DOMU SIEDZĄ". Jakbym nie miała do tego prawa. Rozpisałam się, a teraz zakończenie.
Wczoraj wieczorem zaczęłam się zastanawiać jak ta historia się skończy. Sąsiadka rozkręca się coraz bardziej. Mam wrażenie, że tylko czeka, kiedy u nas coś stuknie, żeby zacząć krzyczeć. Czekam na policję, zdechłe szczury, donosy do opieki społecznej. Jestem pomału zniszczona psychicznie. Pozostanie kupić namiot i zamieszkać na działce.
Dodaj anonimowe wyznanie