#Z3mpK

Od jakiegoś czasu urządzamy z narzeczonym planszówkowe wieczory. Dzisiaj zaprosiliśmy kilku znajomych i zasiedliśmy do Taboo (taka gra w odgadywanie haseł), było przy tym sporo krzyku, ale i dobrej zabawy.
Po pewnym czasie do naszych drzwi zapukała policja, ponieważ zaniepokojeni sąsiedzi zgłosili... podejrzenie przemocy domowej.

#SUFxE

Dziś się dowiedziałem, że istnieją na świecie ludzie gotowi na to, by cię pobić, tylko dlatego, że nie pomyślałeś o tym, żeby przepuścić ich przed siebie w oczekiwaniu na zielone światło na przejściu dla pieszych. I jeszcze z twarzą do mnie, że nic a nic nie myślę i teraz się jej Dżesika spóźni przeze mnie do szkoły. W sumie jakby Dżesiki mamusia tyle nie pyskowała, to pewnie by zdążyła...

#UACT7

Zima w pełni, a ja z zepsutą kurtką. Trzeba było wymienić suwak, więc wyprułam stary, następnie wszyłam nowy, zorientowałam się, że wszyłam nie ten, co trzeba, więc go wyprułam. Następnie dokładnie sprawdziłam, czy kolejny suwak jest OK i... tak, był OK, więc go przyszyłam. Założyłam na siebie kurtkę i... okazało się, że wszyłam ten suwak do góry nogami. Teraz to już pierdzielę, wcale nie potrzebuję tej kurtki.

#7OPuo

Niedawno po wielu miesiącach smutku, płaczu i nieprzespanych nocy udałam się do psychiatry. Diagnoza: depresja. No cóż, przede mną miesiące leczenia. Przepisano mi leki, przy których muszę ograniczyć spożycie alkoholu, a najlepiej do zera. Dla mnie to nie problem, chcę w końcu wyzdrowieć i cieszyć się życiem. Problemem jest natomiast reakcja rodziny i znajomych. „Ale jak to depresja, przecież wszystko było okej”, „Każdy ma jakieś problemy, nie użalaj się tak nad sobą”, „Kilka piwek ci nie zaszkodzi, he, he...”. Oczywiście nie wszyscy, są i tacy, którzy mnie bardzo wspierają. Natomiast nikt mimo moich tłumaczeń nie jest w stanie zrozumieć, że alkohol mnie nie zabije, ale może pogorszyć mój stan psychiczny, a terapia nie przyniosłaby żadnych rezultatów. Boli mnie to, że nie chcą rozumieć. Co takiego jest w alkoholu, że już bez niego niektórzy nie potrafią sobie wyobrazić spotkania, to nie wiem...

#1QNfE

Jestem studentem wynajmującym mieszkanie razem z dwójką kumpli. Nieskromnie powiem, że jestem jedyną osobą w tym domu, która ma ambicje i co najważniejsze – pracę. Dorabiam sobie jako grafik, dzięki czemu zawsze mam parę groszy na opłacenie czynszu i napełnienie żołądka jakąś strawą. Tymczasem tamci dwaj… Są wspaniałymi ludźmi, ale ich podejście do życia przypomina balansowanie na pograniczu menelstwa, żebractwa i radosnej wiary w łut szczęścia.

Ostatnio zajechałem sobie na stację benzynową, aby zatankować auto. Zalałem bak na bogato, za całe 100 zł i poszedłem zapłacić. Przy kasie wyjąłem z portfela banknot stuzłotowy i już chciałem odejść, gdy pani zawołała: „Halo, proszę pana! Żarty sobie pan robi?”. Babka wręczyła mi moje pieniądze, mówiąc, że ma zły dzień i absolutny brak ochoty na takie szczeniackie numery. I wtedy to zobaczyłem... Te dwa barany wyjęły z portfela moje jedyne 100 złotych, a następnie zastąpiły go wydrukowanym na uczelnianej drukarce banknotem o nominale (minus) 0 zł i podobizną Janusza Panasewicza, pod którego nieco zapitym obliczem znajdował się napis „Nie gniewaj się, królu złoty. Pożyczyliśmy, ale oddamy...”.

Najadłem się wstydu jak nigdy wcześniej, gdy mój tatko przyjechał na stację, aby uiścić rachunek za mnie. I jeszcze mnie zrugał przy naburmuszonej kasjerce, mówiąc: „Weź ty, synek, zrób coś wreszcie ze sobą. Miej jakieś ambicje, znajdź pracę...”.

#D41wi

Oddałem wszystkie pamiątki mojej matki na cele charytatywne, a czego oddać się nie dało, spaliłem w piecu na jej oczach. Matka po udarze jest przykuta do łóżka i nic nie może.
Dlaczego tak zrobiłem?
Bo byłem bity, zastraszany i we własnym domu nie miałem żadnych praw. Cokolwiek otrzymałem, było mi zabierane. Byłem bity za sam fakt, że moi rodzice musieli chodzić do pracy. Nie pili, ale bili ostro. Nieważne, co zrobiłem, a czego nie zrobiłem, obrywałem. Czasami, gdy mieli lepsze dni, dawali mi jakieś drobiazgi, w święta nowe ubrania – które po Wielkanocy wywalali przy mnie z szafy i oddawali kuzynowi, którego rodzice mieli bardzo dużo pieniędzy i który był ubrany znacznie lepiej niż ja. Czasami na osobności prosiłem ciocię, żeby mi je oddała, ale ona zawsze zdążyła je wyrzucić. Do następnego roku nic już nie pamiętała.

Mnóstwo ludzi ostatnio opisuje swoje „przeboje” z dzieciństwa, podobne do moich. Ja niemal uciekłem z domu, poszedłem do pracy, sam się utrzymywałem, aż pewnego dnia matka zadzwoniła, że ojciec miał wylew – ratuj, kochane dziecko! Kochane dziecko odpłaciło im tym samym, co oni dali mi. Gdy szanowna mama płakała po śmierci tatuńcia, celowo rozdawałem pamiątki po nim i paliłem zdjęcia m.in. z ich ślubu. Pytała, dlaczego jestem taki zły, oni mi tyle życia dali, poświęcili... Wypomniałem jej wszystko. Udawała, że nie pamięta. Skąd wiem, że udawała? Bo gdy wspominałem odebrane mi pluszaki, zabawki, ulubione rzeczy, za każdym razem tłumaczyła ze szczegółami okoliczności, dlaczego je oddała...

#bttaN

Przewijają się od czasu do czasu historie o tym, że dzieci w przedszkolu nie przyszły na urodziny nielubianej/go koleżanki/kolegi. Mnie to się też zdarzyło niedawno, ale w starszym wieku.

Jestem studentką pierwszego roku i zdążyłam się zakumplować z paroma osobami. Zbliżały się moje urodziny, postanowiłam urządzić małe przyjęcie. Nie w klubie, bo za drogo (utrzymuję się w głównej mierze sama), nie w mieszkaniu, bo nie ma miejsca, tylko w pizzerii. Znalazłam blisko centrum, niedrogą i utrzymaną w fajnym klimacie, zarezerwowałam wstępnie na 10 osób. Niecałe 3 tygodnie wcześniej rozesłałam zaproszenia (taki mamy zwyczaj, że tworzymy wydarzenie na fb i tak zapraszamy, więc nie było to obrazą), zapisało się 8 osób. Super, nic, tylko czekać. Dodatkowa radość, że ostatnie takie przyjęcie miałam może w 4 klasie podstawówki, potem już tak zepsuły się stosunki z klasą, że nie miałabym kogo zaprosić, w liceum jakoś ten zwyczaj zamarł.

Nadchodzi dzień zero, piątek, mieliśmy iść tam bezpośrednio po zajęciach. Przypominam każdemu, że spotykamy się w tym a tym miejscu i potem jedziemy razem, bo łatwiej. I co słyszę? Ten wraca już do domu, tamten ma coś do zrobienia, ta nie jest głodna (sic!), a tamtej się nie chce. Tylko jedna, normalnie szara myszka powiedziała, że chętnie ze mną pójdzie, widać było, że chciała im dojechać, ale nie miała odwagi.

Nigdy wcześniej nie było mi tak przykro. Na pizzę nie poszłyśmy, ale do kawiarni, obu nam odszedł apetyt w jednej chwili. Chyba najsmutniejsze urodziny życia.
Dodaj anonimowe wyznanie