Kiedy miałam 12 lat, były duże opady i stan wód w jeziorach się podniósł. Byłam wtedy na wakacjach u babci i chodziłam sama z bratem na plażę. Tam chłopaki skakali z pomostu na dwie strony – wewnętrzną, której w określonych godzinach pilnował ratownik, i tę otwartą na jezioro, gdzie nikt nic nie pilnował.
Tamtego lata chciałam nauczyć się skakać. Początkowo wszystko szło dobrze, ale ja nie lubiłam, jak chłopcy mnie pchali i popychali w kolejce do skoku. Ktoś pokazał mi, jak się skacze na główkę. Pomyślałam sobie, że co będę skakać tam, gdzie wszyscy, skoczę sobie w innym miejscu. Wzięłam rozbieg i już chciałam skoczyć na główkę, gdy tuż przed wpadnięciem do wody usłyszałam takie męskie: „Stój!!!”. Przestraszyłam się, bo nie wiedziałam, do kogo to było skierowane. Wygięłam się, spadając, i zamiast na główkę, spadłam na brzuch, na „dechę”. Poczułam bardzo silne uderzenie w mostek. Wypuściłam całe powietrze z płuc, potem już tylko opadałam. Ból był tak wielki, że nie byłam w stanie oddychać, a nawet się ruszyć. Powoli opadałam na dno, czując przerażający lęk i pewność, że umrę. Woda była ciemna, wszędzie były wodorosty. Albo straciłam przytomność, albo byłam tak odrętwiała, że nic dalej nie pamiętam. Kolejne, co pamiętam, to jak leżałam na pomoście i ludzie pytali mnie, czy wszystko dobrze, a ja kaszlałam wodą i z każdym oddechem bardzo bolały mnie płuca i mostek. Miałam na klatce (byłam wtedy jeszcze płaska jak decha) takie białe miejsce wielkości 5x5 cm, w którym była zdarta skóra.
Z wody wyciągnął mnie jakiś mężczyzna, który pływał po drugiej stronie pomostu i zauważył, że skoczyłam, ale nie wypłynęłam. To było jeszcze w latach 90. XX wieku. Komórki nie były powszechne. Obcy ludzie zawinęli mnie w koc i mówili, że zawiozą do szpitala, ale ani ja, ani mój brat nie chcieliśmy jechać, bojąc się reakcji rodziców. Siedzieliśmy na plaży tak długo, aż doszłam do siebie. W kolejnych dniach na klatce piersiowej zrobił mi się olbrzymi krwiak, który bolał kilka tygodni. Nie mogłam mocniej oddychać, unosić rąk, kilka miesięcy miałam problem, by np. zrobić pompkę. A jakiś czas potem okazało się, że podniesiony poziom wody uniósł do góry molo i stare belki odłączyły się od konstrukcji. Kilka tygodni potem molo zamknięto. A ja nigdy więcej nie odważyłam się skakać do wody.
Nie wiem, kto wtedy krzyczał. Lubię myśleć, że tamtego dnia krzyknął mój „anioł stróż” – może był nim ktoś przypadkowy, kto krzyczał coś do swojego dziecka? Ważne, że na mnie podziałało. Myślę sobie czasem, że gdyby nie ten czyjś krzyk, nadziałabym się głową o belkę i złamała kręgosłup szyjny.
Wyznanie piszę, bo kilka dni temu miałam stłuczkę w aucie i zrobili mi RTG klatki, by sprawdzić, czy nie mam pękniętych żeber. Okazało się, że na mostku mam starą bliznę. Ortopeda pytał, kiedy było pęknięcie.
Wyobraźcie sobie, że produkuję żywność. Możecie ją kupić praktycznie wszędzie. Na stacji paliw, w sklepie spożywczym lub znanej sieci drogerii. Produkuję ją w zwykłej fabryce. Kupuję składniki od producenta, a następnie mieszam je i wytwarzam gotowy produkt. Do mieszanki w pewnym momencie dodam trochę proszku, który ponoć ma jakieś witaminy. Trochę wymieszam i w sumie to tyle. Uruchamiam prasę i klepię miliony małych pastylek. W kartonik wchodzą trzy blistry. Koszt produkcji takiego opakowania to 10, może 15 gr. Na kartoniku napiszę, że tam jest witamina C, D, A i może coś tam jeszcze. Przecież nikt tego nie kontroluje... Bada się tylko, czy spożycie jest bezpieczne i czy nie ma drobnoustrojów, które zagrażałyby zdrowiu. Nie bada się, czy to działa czy nie. To jest żywność. Ma odżywiać.
Tak wygląda produkcja suplementów diety.
Nie dajcie się mamić... TO NIE DZIAŁA. Jeśli masz niedobry witaminy D, idź do lekarza, niech to sprawdzi i przepisze Ci lek. Masz słabą odporność? Na 99,9% to nie z braku witaminy C. Zbadaj się, znajdź problem i go wylecz. Nie daj się mamić, suplementy to nie leki. Nikt ich nie bada, bo nie musi. Badania są drogie, a im zależy na zysku. Nie na tym, żebyś przestała/przestał kupować ich produkty.
Czasy przedszkola, pamiętam, że była to zima. Okres ferii, mało dzieci wtedy przychodziło. W pewien dzień przyniosłam swoje lalki, ale zabrakło do zabawy moich najlepszych koleżanek, z pozostałymi osobami niezbyt się lubiłam. Nikt nie chciał się ze mną bawić, byłam załamana, płakałam, wręcz histeryzowałam z braku zainteresowania. Nie wiem dlaczego, ale pobiegłam do łazienki i zamknęłam się w jednej z kabin. Stanęłam na kibelku, długo myślałam, nie wiedziałam, co robić, no i w końcu postanowiłam – skoczę i się zabiję, wtedy wszystkie dzieci będą żałować tego, że się ze mną nie bawiły.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Pech chciał, że nic mi się nie stało, jedynie deska się złamała i coś tam jeszcze pękło. Szybko po tej akcji przestraszona wróciłam do zabawy. Nauczycielka nie wiedziała, kto to zrobił, była wezwana nawet dyrektor przedszkola. Do dziś nikt nie wie, że to niedoszła 5-letnia samobójczyni zniszczyła jedną z ubikacji.
Wczoraj, idąc do pracy, minęłam żebraka, który smacznie sobie spał spowity ciepłym promykiem słońca. Wrzuciłam do jego kapelusza pięć złotych. „Niech chłopina ma” –pomyślałam sobie. – „Obudzi się i będzie miał za co leczyć kaca...”. Zadowolona z siebie poszłam dalej.
Osiem godzin później, gdy wracałam z roboty, przechodziłam tą samą ulicą i w miejscu, gdzie drzemał sobie menel, teraz stało pogotowie. Dwóch sanitariuszy właśnie pakowało go do czarnego worka. Okazało się, że żebrak, którego rano poratowałam monetą, prawdopodobnie był już martwy od kilkunastu godzin…
Pierwsza wizyta z moją dziewczyną u jej rodziców – lekki stres. Drzwi otwiera jej nagi ojciec – stres lvl over 9000+.
Kiedy byłem jeszcze mały (jakieś 30 lat temu), wybrałem się z kolegami do lasu. Tam wykopaliśmy niewypał z czasów drugiej wojny światowej. Jeden mówił, żeby to zostawić i uciekać, ale my rozpaliliśmy ognisko i wrzuciliśmy pocisk do ognia. Natychmiast daliśmy nogi za pas.
Po chwili nastąpił wybuch, tak głośny, że na drugim końcu miasta było słychać. Po całym zdarzeniu na miejsce przyjechała spora grupa milicji, ale nas tam już tam nie było.
Jadę sobie autobusem komunikacji miejskiej, a przede mną siedzi kobieta z dzieckiem. Nagle dziecko zaczyna strasznie krzyczeć, drzeć się, jak to dziecko, a matka próbuje na wszystkie sposoby uspokoić bobasa, a to go bawiąc czymś, a tu dając mu jakieś słodycze, zabawki z wózka itp., lecz to wszystko na nic. Nagle gościu siedzący za nią zaczął strasznie na tę kobietę naskakiwać, żeby uspokoiła dzieciaka. Kobieta zmieszana, zestresowana, dalej próbuje ogarnąć małego.
Jakaś kobieta siedząca po drugiej stronie siedzeń, widząc arogancję, złość i wkurw typa z tyłu, odwróciła się w stronę dziecka i chcąc pomóc, zaczęła z nim rozmawiać. Mały zauważył, że kobieta się nim zainteresowała, zaciekawiło go, co ona do niego pokazuje i że próbuje go zabawiać. Pani pomogła uspokoić dzieciaka, matka podziękowała za pomoc, a mały ucieszony bawił się z nieznajomą.
Niektórzy nie potrafią pojąć, że naskakiwanie na kogoś nie jest sposobem, żeby pozbyć się problemu.
Podczas wakacji we Włoszech, jak to bywało wieczorem, wybraliśmy się rodzinnie do jednej z pobliskich restauracji. Zamówiliśmy trzy pizze i jakiś napój. Czas spędzony w gronie najbliższej rodziny mijał nam bardzo dobrze. W końcu jednak nastała odpowiednia godzina na powrót do hotelu.
Wujek trochę tam rozumie po włosku, więc gdy tylko podszedł kelner, poprosił grzecznie o rachunek, mówiąc jedynie: „Konto”. Kelner uśmiechnął się do nas, mrugnął swoim błyszczącym oczkiem i pognał gdzieś na zaplecze. Po chwili pdaje nam paragon, patrzymy na cenę i... coś nam się nie zgadza. Zaczynamy się zastawiać, czego kelner zapomniał policzyć.
Po pewnym czasie zagadka została rozwiązana, albowiem „konto” to wcale nie rachunek ani żadne włoskie słowo. Kelner widocznie stwierdził, że wujek powiedział „skonto” (wł. sconto), co oznacza rabat. No i go nam udzielił :D
Za każdym razem, gdy odkurzam, wyobrażam sobie, że występuję w teledysku „I want to break free” zespołu Queen.
Gdy byłam dzieckiem, niczego mi nie brakowało. Mieszkałam z mamą, ojcem, z trzema braćmi i dwoma siostrami w małym domku z trzema pomieszczeniami. Co prawda kibel był na dworze, nie było bieżącej wody itd., ale wtedy w mojej wsi większość ludzi tak żyła. Było mi dobrze. Nie brakowało pieniędzy, w rodzinie wszyscy bardzo żeśmy się kochali. Gdy miałam jakoś 9 lat, dopieprzył się do nas sąd, że nie ma warunków by mnie wychować i że trzeba będzie mnie zabrać do domu dziecka. Nie chciałam tam jechać, ale rodzice nie mogli nic zrobić. Pojechałam tam sama, bo każdy z mojego rodzeństwa miał ponad 15 lat. Płakałam z dnia na dzień, przez kilka dni. Czasem mnie odwiedzali, również płacząc. Genialny sąd stwierdził, że moje złe samopoczucie jest spowodowane przez kontakty z rodziną (brawa proszę) i że trzeba te wizyty ograniczyć. Raz na miesiąc. Było tylko gorzej. Po dwóch miesiącach całkiem przestali mnie odwiedzać. Gdy miałam 13 lat, przygarnęła mnie jakaś rodzina. Nie kochałam ich, ale nie było tak źle. Problem w tym, że moja prawdziwa rodzina gdzieś się przeprowadziła, bo podczas wizyt nikogo nie było.
Gdy skończyłam 18 lat, poszłam do pracy i na studia. Cały czas szukałam kogokolwiek z rodziny. I w końcu znalazłam swoją najstarszą siostrę. Opowiedziała mi wszystko. Rodzice po mojej stracie kompletnie się załamali. Zaczęli pić. Rodzeństwo, które nie skończyło 18 lat, również zostało zabrane, najprawdopodobniej gdzieś indziej niż ja. Rodzice przestali pracować i płacić rachunki. Ojciec poszedł siedzieć za jakąś kradzież. Matka zapiła się na śmierć. A co z ich dziećmi? Porzucili swych rodziców.
Nie mam kontaktu z nikim z rodziny. Po prostu nie mogę patrzeć w oczy komuś, kto nie chciał pomóc swoim rodzicom. Ojca nie mogę odwiedzić, bo przecież nie jestem z nim rodziną.
To dlatego nienawidzę prawa, rządu, sądu i tego całego gówna.
Dodaj anonimowe wyznanie