Po 5 latach zerwał ze mną chłopak. Zerwał, bo mnie nie kochał, a raczej twierdził, że nie wie, czy jeszcze mnie kocha i myśli, że tak będzie lepiej, bo widział, w jaką rozpacz ja wpadałam, próbując to ratować.
Nie mogę jeść, nie mogę spać, nie mogę sobie znaleźć nowego mieszkania, więc jestem u rodziców, gdzie są nasze zdjęcia, których nie umiem ściągnąć ze ściany.
Co w tym niezwykłego? Ano to, że bardziej niż za nim samym, tęsknię za wieloma rzeczami wokół. Za jego przyjaciółmi, na których mogłam zawsze liczyć, dopóki byliśmy razem. Za jego rodziną, którą kochałam czasem bardziej niż swoją. Za ciepłem, bliskością.
Nie wiem, co ze sobą zrobić, a w tych czasach ciężko znaleźć nawet nowych znajomych – na grupkach na fb widzę, że są sami przegrywy albo dzieciaki, na zajęcia po pracy nie mam czasu, a szukanie znajomych czy drugiej połówki w klubie czy na Tinderze nie ma dla mnie sensu…
Jestem, jak by to powiedzieć... przy kości. Byłem na diecie odchudzającej, lecz ona niezbyt pomagała. Więc wpadłem na pomysł...
Gdy najdzie mnie ochota na jakieś słodkości, włączam sobie na YouTube filmiki jakichś obrzydliwych robactw lub coś takiego, co mi obrzydzi jedzenie.
Powiem wam, że działa w każdym przypadku :D
Pracuję w internetowej obsłudze klienta. Nasze odpowiedzi są oceniane przez klientów w ankietach. Moje wyniki od wielu miesięcy są na bardzo wysokim poziomie – około 90-95% zadowolonych klientów, przy znacznie niższej średniej ogólnej naszego zespołu. Oprócz tego, że dostanę stówę więcej premii, to przyznaję, że czuję się niedoceniany.
Jednak ostatnio w pracy został ogłoszony konkurs z atrakcyjnymi nagrodami (w tym dosyć wysoka nagroda pieniężna), dotyczący właśnie wyników z ankiet. Sęk w tym, że najwyżej ocenianym czynnikiem jest nie wynik, a wzrost wyniku w porównaniu do aktualnego poziomu. Biorąc pod uwagę moje wysokie wyniki oraz to, że fizycznie nie ma możliwości mieć więcej niż 100% zadowolenia, zawody zostały skonstruowane w taki sposób, bym był przegrany już na starcie.
Mam 32 lata, ogarnięty finansowo, stabilne życie. Nigdy moje relacje nie trwały dłużej niż 3-4 miesiące, bo zawsze druga strona mi dziękowała. „Jesteś za dobry”, „Zbyt ułożony”, „Nie jesteś facetem dla mnie”. Nigdy nie zdarzyło mi się, bym sam kończył jakąś relację. Były trudne sytuacje, ale zawsze do przepracowania z mojej perspektywy, tymczasem druga strona potrafiła kończyć relację z dnia na dzień i to naprawdę z błahych powodów (np. „nie wziąłeś mnie nigdzie na wakacje”). Ostatnio zauważyłem, że coś we mnie umarło. Nie czuję żadnego entuzjazmu z poznawania kogoś. Nikt nie potrafi wzbudzić we mnie pozytywnych emocji, wszystko wydaje mi się płytkie i nic nieznaczące. Mam poczucie, że znowu ktoś mnie nie wybierze. Że znowu będę niewystarczający. Lata lecą, a moim marzeniem było zawsze założenie rodziny.
Okazuje się, że spłacenie hipoteki jest dużo łatwiejsze niż stała relacja w dzisiejszych czasach.
Mam 31 lat i naszła mnie pewna myśl.
Żyjemy w czasach, że ciężko o relacje, jest mnóstwo singli, nie rodzą się dzieci.
Sam również jestem singlem i boję się samotnej starości. Każdy z nas koniec końców podupadnie na zdrowiu, skończą się znajomości, nie będzie już rodziców – w wieku 40-50 lat nikt nie zadzwoni, nie przyjedzie na święta, nie odwiedzi, nie zapyta, co u ciebie. Ostatnio dowiedziałem się, że sąsiada mojego znajomego znaleźli w mieszkaniu dopiero po 2 tygodniach. Nikt się nie zainteresował i nie wiedział co się z nim dzieje. Dopiero zapach rozkładającego się ciała sprawił, że służby były wzywane do mieszkania.
Pojawi się pewnie mnóstwo domów samotnej starości, gdzie nie każdego będzie również stać na pobyt. Prawdopodobnie więcej osób będzie próbowało targnąć się na swoje życie, bo dla kogo żyć, po co, w jakim celu, jak nie ma się z kim tym życiem dzielić? Nie będzie sytuacji, że można się zaopiekować wnukami, że dzieci odwiedzą, przyjadą, że będzie jeszcze ta druga osoba obok.
Przeraża mnie ta perspektywa.
W podstawówce nauczycielka kazała nauczyć się naszego hymnu szkoły. Mieliśmy go zaśpiewać, po czym ona wybierała kilku najlepszych, którzy musieli śpiewać ten hymn na każdej uroczystości. Bardzo nie chciałem zostać wybrany, dlatego na tym „castingu”, kiedy przyszła moja kolej, zacząłem fałszować najlepiej jak tylko umiałem. Przerwała mi po kilku słowach i powiedziała, abym się nie wygłupiał i zaczął od nowa. Powtórzyłem mój plan i znowu zacząłem udawać hamujący pociąg. Wkurzyła się i wyrzuciła mnie z sali.
Pamiętam, że czułem wtedy taaaką satysfakcję :)
Zawsze chciałam znaleźć psa, który komuś uciekł i ktoś go szuka, żeby móc go oddać i widzieć szczęście tej osoby.
Nie wiem, czy to ja jestem nienormalna i nie rozumiem XXI wieku, czy to właśnie innym ludziom coś się poprzewracało w głowach.
Mój ojciec zostawił mamę dla córki siostry mojej mamy.
Czy tylko mi się to wydaje chore? A po oznajmieniu mi tego nie rozumiał, dlaczego jestem zła albo się nie odzywam. Poważnie mam w głowie jakiś mindfuck, może wy mi powiecie, kto tu ma nie po kolei w głowie.
Tuż przed Sylwestrem dostałam nowinę – moja mama ma raka. To nie tak, że się nie spodziewaliśmy – spośród siódemki jej rodzeństwa żyje trójka (dwoje ma nowotwór, trzeci nie chce się badać), pozostałe grono zmarło z podobnych przyczyn.
Od pół roku wszystkim z rodziny radzę, żeby się zbadali – taka prewencja pozwoliła na szybkie zdiagnozowanie mamy, po operacji ma się dobrze. Rodzina od strony mamy jest liczna, mam kilkanaścioro sióstr/braci ciotecznych, którzy mają dzieci, które mają dzieci. Przekonałam kilkoro na badania genetyczne. Idą razem, rodziną – w kupie siła. U jednego ukazały się zmiany, reszta zdrowa, do kontroli za rok.
I mimo że nowotwór jelita grubego pojawia się zwykle po 40 roku życia, życie dało mi jedną szansę na kilkadziesiąt tysięcy – mam go. Poszłam na badania w tajemnicy, mając 25 lat, i okazało się, że jestem w stadium pozwalającym jedynie na resekcję dużej części jelita grubego, pozostawiającym mnie z workiem stomijnym. Tak na wszelki wypadek, gdyby mi się zachciało żyć po utracie połowy rodziny, chorej mamie, problemami osobistymi i depresji, którą dopiero postanowiłam leczyć. Na życie z „wyrokiem” się nie zgadzam.
Przykro mi, kiedy myślę ze spokojem o własnej śmierci. Śmierci pod warunkiem, że moi rodzice już nie będą żyć. Nie chcę im robić przykrości własną śmiercią, ale wciąż nie potrafię powiedzieć im prawdy.
Gdy mieszkałam jeszcze w domu rodzinnym, miałam pewnego sąsiada, który bardzo lubił imprezować i puszczać głośno muzykę – do tego stopnia, że ja dwa piętra niżej odnosiłam wrażenie, jakby ktoś imprezował za moją ścianą. Sąsiedzi wiele razy wzywali policję, lecz nigdy nie przynosiło to rezultatów – delikwent nie otwierał im po prostu drzwi, przez co miał nawet założoną sprawę w sądzie. Miarka jednak przebrała się pewnego późnego wieczoru, gdy mama wyszła na balkon zapalić. W tym samym momencie sąsiad uznał, że najlepszym miejscem do załatwiania potrzeb fizjologicznych jest balkon. Mówiąc wprost – prawie obsikał moją mamę. Uknułyśmy wtedy plan zemsty.
Delikwent, podobnie jak większość sąsiadów, dojeżdżał do pracy rowerem, który zostawiał tuż przy wejściu do piwnic – tak, że widziała go każda osoba, która wchodziła lub wychodziła z klatki. Nakleiłyśmy na cały rower mnóstwo samoprzylepnych karteczek z ogromnym napisem „SIKA PRZEZ BALKON”. Sąsiedzi z rana zastali zatem bardzo ciekawy widok, a sam pokrzywdzony już nigdy nie dopuścił się podobnych praktyk ;).
Dodaj anonimowe wyznanie