Było zimowe popołudnie. Tego dnia mój kuzyn miał urodziny. Postanowiliśmy ja i mój chłopak wyjść razem z nim na dwór (różnica wieku była niewielka). A że leżało trochę śniegu, to panowie zaczęli się nim rzucać.
Mój chłopak rzucił w kuzyna śnieżką, gdy ten nie oberwał, obrócił się szybko, by ją podnieść, gdyż myślał, że się nie rozwaliła. To, co wziął do ręki, nie było zbitym śniegiem, lecz zużytą chusteczką z nieokreślonymi brązowymi śladami... Panicznym, wręcz paralitycznym ruchem wyrzucił z krzykiem domniemaną śnieżkę. Załamał się, usiadł na krawężniku i rozpaczał nad swoim życiem. W tym samym momencie mój chłopak leżał w śniegu, nie umiejąc złapać oddechu ze śmiechu.
Do dziś wypominamy mu akcję z chusteczką. Dodam, że tamtego pięknego dnia kuzyn wdepnął w psią kupę dwa razy :).
Pewnie każdy z was miał taką sytuację, że gdy jest na jakimś przyjęciu czy imprezie, przedstawia mu się większa grupa osób. Wymieniają swoje imiona po kolei: Arek, Tomek, Krzysiek, Dawid, Ania, Ola, Julia, Paweł, Agata, Sebastian, Paulina, Renata. A ty ściskasz ich dłoń i powtarzasz: Daniel, Daniel, Daniel, Daniel... No, chyba że tak się złożyło, że nie masz na imię Daniel, wtedy przedstawiasz się inaczej.
I teraz moje pytanie do was: jak miała na imię szósta osoba z mojej listy? Pewnie właśnie musiałeś to sprawdzić. No właśnie...
Ostatnio na przyjęciu przedstawiła mi się większa grupka osób, a ja nie zapamiętałem imienia jednej dziewczyny. Pewnie nie tylko jednej, ale z tą jedną będzie związana moja historia. Na całe szczęście podczas rozmowy z jedną osobą nie używamy raczej jej imienia. I pani Niezapamiętana (tak ją na razie nazwijmy) spędziła ze mną cały wieczór. Pod koniec imprezy wymieniliśmy się numerami.
Jak to czasem w życiu bywa, zakolegowałem się z Niezapamiętaną. Chodziliśmy razem na piwo, spacery, okazało się, że tak jak ja lubi w nocy oglądać gwiazdy z dachu. Mijały tygodnie, a ja wciąż nie wiedziałem, jak ona ma na imię. A głupio było po takim czasie zapytać „a tak właściwie, to jak masz na imię?”.
Któregoś dnia zaprosiła mnie na grilla. Kilka razy poszliśmy do niej na działkę, braliśmy piwo, coś na ruszt i grillowaliśmy sobie sami. Myślałem, że ma na myśli takiego grilla. Okazało się, że byli tam jej rodzice i pies – taki mały, wkurzający, głośny, upierdliwy... Właściciele takich małych piesków często je rozpieszczają. Atmosfera o dziwo nie była napięta, jej rodzice okazali się bardzo w porządku. Zaczęliśmy jeść, a jej pies wciąż ode mnie żebrał! Ale właściciele zabronili dokarmiać zwierza, więc tego nie robiłem. W końcu dał mi spokój i wskoczył na kolana mamie.
Po jakimś czasie pani domu zadała mi pytanie, czy polubiłem Maję. Jest! Po takim czasie w końcu dowiedziałem się, jak ma na imię! Maja! Uszczęśliwiony odpowiadam, że tak. Znamy się tylko miesiąc, ale jest moją przyjaciółką, a na dodatek ma bardzo miłych rodziców. Ale patrzę, że jej ojciec spogląda na mnie spod byka. Myślę sobie — jak to ojciec, nie lubi, gdy ktoś się kręci wokół jego córki. Więc przyhamowałem trochę z entuzjazmem i zacząłem opowiadać o tym, co ostatnio robiliśmy. Opowieść przerwał mi wkurzony tatusiek słowami: „Maja to pies”...
Kilka lat temu zatrudniłam się w małym zakładzie produkcyjnym i powiem szczerze, że nigdy w życiu nie spotkałam takiego szefa, jakiego mam obecnie. Jest życiowy, wyrozumiały i odkąd pracuję, zawsze mogłam na niego liczyć. Swoich pracowników traktuje trochę jak własne dzieci. Jest też oczywiście wobec nas wymagający, jednak od siebie również wymaga. Nie boi się złapać za szczotkę czy mopa. Codziennie podchodzi do każdego i się z nim wita. Bardzo miło jest, gdy pracownik się naprawdę stara i to zostaje nagrodzone zarówno premią, jak i dobrym słowem.
Darzę go ogromnym szacunkiem za to, jakim jest człowiekiem. Każdemu życzę, by chociaż raz na swojej życiowej drodze zawodowej mógł pracować pod skrzydłami takiej osoby.
Mam pewien rytuał: zawsze, gdy mam w ręce grosz, rzucam go gdziekolwiek. Myślę wtedy o tym, że jeśli ktoś przypadkiem trafi na grosza, to stwierdzi, że to na szczęście.
Mam bardzo ciężką sytuację, jednak uszczęśliwia mnie myśl, że może jakiś człowiek w trudnej sytuacji choćby uśmiechnie się dzięki tej śmiesznej zasadzie „grosika na szczęście”. Ten gest potrafi mnie teraz w małym stopniu uszczęśliwić. Niby taka pierdoła, a tylko dzięki temu w ciągu dnia czuję się lepiej.
W wieku 17 lat poznałam chłopaka, był starszy sporo ode mnie, jednak świetnie się dogadywaliśmy, spędzaliśmy razem czas i w końcu zostaliśmy parą. W związku czasami bywały kłótnie, ale zawsze potrafiliśmy dojść do porozumienia, poznałam jego rodzinę, on moją. Po 1,5 roku postanowiłam zakończyć ten związek, czułam, że nie ma to przyszłości, że coś jest nie tak. On oskarżył mnie o zdradę, która nigdy nie miała miejsce. Po jakimś czasie próbowaliśmy jeszcze to naprawić, bo wybaczyłam mu to oskarżenie, jednak to już nie było to samo i zakończyłam to ostatecznie. Na koniec zostałam wyzwana, szantażowana próbą s., ostatecznie to ja miałam zginąć przejechana przez samochód. Póki co żyję i miewam się dobrze.
Niedawno dowiedziałam się, że ten „były chłopak” miał kiedyś żonę, dwójkę dzieci jeszcze z inną kobietą, zdradzał je. Jedną zamykał w mieszkaniu, by nigdzie nie wychodziła, nawet do pracy. Kobietę w ciąży pobił, trafiła do szpitala, on sam także w nim wylądował, bo był/jest narkomanem. Przy mnie robił z siebie ofiarę, że miał dziewczynę, która zdradziła go z jego kolegą i to była jedyna, jaką miał.
Najlepsze jest to, że ani on, ani nikt z jego rodziny nawet słowa nie wspomnieli o czymś takim, przy mnie zachowywał się zupełnie inaczej i nigdy bym go nie podejrzewała o takie rzeczy. Teraz mogę żałować tylko swojej głupoty lub cieszyć się, że tylko tak się skończyła moja historia z tym panem.
Niedawno zostałam zaproszona na ślub swojej koleżanki z pracy. Nie przyjaźnię się z tą dziewczyną, ale pracujemy w jednym zespole i tak się złożyło, że miała gest i chęci, by świętować w większym gronie. Zaproszenie przyjęłam bez wahania, w końcu to pierwsza impreza tego typu w moim życiu. Zasadniczo kocham biel, mam większość ubrań białych lub w jasnych pastelowych kolorach. No i jak nietrudno się domyślić, całkowicie bezmyślnie postanowiłam, że ubiorę na tę imprezę jedną z moich najnowszych zdobyczy – prostą, białą sukienkę. Mieszkam sama, na imprezę również szłam bez osoby towarzyszącej, więc nikt nawet nie mógł mnie uświadomić, jak wielki błąd popełniam.
Już po przyjściu pod kościół zostałam obrzucona zabójczymi spojrzeniami, wtedy jeszcze nie wiedziałam, o co chodzi. Swój błąd zrozumiałam w pełni dopiero na weselu, w momencie, kiedy wręczałam prezent młodej parze i pani młoda rzuciła mi z sarkazmem, że dziękuje za wybór stroju. Pomyślałam naiwnie, że fakt, strzeliłam gafę, ale chyba mi to wybaczą. Otóż nie. Chociaż usiadłam na samym skraju stołu, kryjąc się, jak mogłam, to dostało mi się prawie od każdego. Do znudzenia słuchałam od różnych osób: „Wiedziałam, że Kasi zazdrościsz, ale to, co zrobiłaś, to już przesada”, „Jak można być tak podłym i zepsuć komuś najpiękniejszy dzień w życiu” itp. Było mi coraz bardziej przykro i smutno, wiedziałam też, że to moja wina, ale ja naprawdę nie wiedziałam, że na wesele w bieli przyjść nie wypada. Atmosfera wokół mnie była tak gęsta, że w pewnym momencie zwyczajnie wyszłam i wróciłam do domu.
Dawno już tyle nie płakałam, ile po tamtej imprezie.
Jestem złym człowiekiem, a konkretnie jestem bardzo zazdrosna o szczęście innych ludzi. Nie przeszkadza mi to tylko wtedy, jeśli ja to COŚ już mam. Zawsze chcę być pierwsza i najlepsza, ale to dlatego, że w rodzinie zawsze byłam uważana za czarną owcę, za tę najbrzydszą, najgłupszą, nikt nie liczył się z moim zdaniem i chyba teraz chcę być idealna, by nikt mnie więcej nie krytykował.
Przykładem jest wesele koleżanki, z którą kiedyś utrzymywałam przyjacielski kontakt – jestem zazdrosna o to, że ona jako pierwsza wyszła za mąż, a nie ja.
Kolejnym przykładem jest ciąża mojej kuzynki – też byłam zazdrosna o to, że ona ma śliczną, zdrową córeczkę, a nie ja.
Takich przykładów jest mnóstwo. Nie jestem mściwa, ale nie wiem, jak walczyć z tą zazdrością. Ciągle chcę być najlepsza, najważniejsza. Nie wiem, co mam robić, bo boję się, że ta zazdrość doprowadzi mnie do tego, że przestanę mieć znajomych.
Kilka lat temu pracowałam w sklepie odzieżowym znanej marki, trzeba było dwoić się i troić, żeby klient wyszedł zadowolony.
Układam ubrania i widzę, że jakaś pani stoi przy kasie, no to biegnę... Podchodząc, słyszę: „I jak tam minął dzień?”, więc ja od razu zaczynam jej opowiadać, zadowolona, bo wiadomo, że są klientki, które lubią sobie porozmawiać i zwykle są one bardzo sympatyczne.
Nagle coś mi nie gra, widzę, że pani robi wielkie oczy i patrzy na mnie z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia, a po chwili mówi: „Poczekaj, oddzwonię do ciebie” i zakłada włosy za ucho, a tam moim oczom ukazuje się słuchawka bezprzewodowa...
Myślałam, że zapadnę się pod ziemię.
Moja rodzicielka zmaga się od najmłodszych lat z nadwagą i mimo że jej to bardzo przeszkadza, nic z tym nie robi. Kiedy byłam mała, częstą moją dolegliwością były zaparcia, wciąż bolała mnie brzuch, a wizyty w WC trwały godzinami. Mówiłam o tym mamie, ale ona się tym nie przejmowała.
Kiedy się wyprowadziłam i zaczęłam żyć swoim życiem, a problem nadal mi dokuczał, postanowiłam coś z tym zrobić. Poszłam do lekarza, a potem do dietetyka i zaczęłam nowe życie – zmiana diety i stylu życia. Od tej pory moje jelita pracują prawidłowo i skutkiem ubocznym była utrata wagi i zdrowa cera. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zazdrość mojej matki.
Kiedy przyjeżdżam w odwiedziny, zawsze słyszę głupie teksty w stylu „w dupach się poprzewracało od tego fit foodu, już nawet obiadem u mamy gardzi”... a ja tłumaczę, że nie jestem na diecie, aby schudnąć, ale dlatego, że mam problemy z trawieniem itd.
Mam wrażenie, że ona jest tak cięta, bo jestem szczupła, a ona nie. Nie rozumiem, jak własna matka może być zazdrosna o wygląd córki??? Mój problem zdrowotny jest jej znany od zawsze, więc powinna mnie wspierać, a nie mi docinać.
Nie rozumiem jednej rzeczy. Mianowicie: dlaczego kobiety, które karmią piersią, tak usilnie chcą pokazać, że są lepszymi matkami? Sama jestem młodą mamą, w naszym mieście są w różnych miejscach pokoje, w których można nakarmić i przewinąć dziecko. Ostatnio będąc w centrum handlowym z maluchem, byłam zmuszona z takiego pokoju skorzystać. Na ławkach przed drzwiami zastałam dwie kobietki z piersiami na wierzchu. Nie wiem, dlaczego po prostu nie weszły do pokoju?
Jak już tam weszłam z moim maluchem i wyjęłam butelkę, termosik i mleko w proszku, zostałam wygoniona. Dlaczego? BO TO POKÓJ DLA MAM KARMIĄCYCH PIERSIĄ. Serio ludzie nie mogą zrozumieć, że niektóre kobiety zwyczajnie nie chcą lub nie mogą karmić?
Dodaj anonimowe wyznanie