Jestem ateistą jakoś od 13 roku życia, czyli od ok. 7 lat. Uważam, że po śmierci nie może nic nastąpić, po prostu umieramy – jednak to, co mi się przytrafiło, zmieniło moje nastawienie.
Jakoś w połowie grudnia mój brat do mnie zadzwonił, że jakiś koleś wystawił przed dom swoje „graty” i jest rower, ale bez powietrza w oponach, więc czy mógłbym podjechać samochodem. Zgodziłem się i tam pojechałem. Na miejscu od razu wpadło mi w oko duże lustro, przypomniałem sobie, że moja dziewczyna marudzi mi o duże lustro do korytarza od kilku tygodni. Przywiozłem je do domu i skapnąłem się, że nie mam jak tego lustra powiesić, nie mam żadnego haczyka ani nic. Nie mogłem też go postawić, więc stwierdziłem, że przykleję to lustro na taśmę i będzie git.
Moja dziewczyna wróciła z pracy, pośmialiśmy się trochę, że na taśmę jak wszystko, no ale ogarnie się potem, gdzie to powiesić.
Nadeszła noc, śpimy sobie smacznie, nagle słyszę jakiś dziwny dźwięk, sprawdzam godzinę – po pierwszej w nocy. Dalej słyszę ten dźwięk – ktoś tam jakby coś zrywa. Nagle sobie uświadamiam, że to dźwięk zrywanej taśmy... Budzę Natalię i nic nie musiałem tłumaczyć, od razu było po niej widać, że jest obsrana jak ja. I nagle słyszymy bicie się lustra. Pomyślałem, że może samo się odkleiło i spadło.
Idziemy z Natalią do korytarza, a lustro leży na ziemi całe obmacane, jakby ktoś jeździł po nim palcami. Od tej pory nie spaliśmy, po prostu przeżyliśmy ten dzień z pobudką o pierwszej w nocy.
Nikomu o tym nie mówiliśmy – chcieliśmy o tym powiedzieć rodzinie na święta, ale przełożyliśmy to na sylwka i wyszło tak, że nikt nie wie. Dalej nie wierzę w paranormalne rzeczy, ale to chyba tylko dlatego, że się boję w to wierzyć. Ta noc zmieniła moje życie.
Piszę to, żeby „uwolnić” się od tego, co siedzi mi w głowie. Mam 14 lat i prawdę mówiąc, czuję się brzydka, nudna i generalnie mało interesująca. A to głównie dlatego, że prawie wszystkie osoby, które znam, miały już jakieś swoje miłostki.
Niektórzy po prostu byli zakochani bez wzajemności, inni z wzajemnością, jeszcze inni byli albo są w związkach – a ja nigdy nie dostałam nawet propozycji związku, ani tej durnej adoracji z boku.
Wiem, co pewnie teraz pomyślisz: „masz jeszcze czas”, „jesteś młoda” itd. Rozumiem to, naprawdę. Ale i tak czuję się samotna. Już nawet nie chodzi mi głównie o związek (chciałabym, jasne, ale przeżyję bez). Chodzi o kogoś, kto będzie moim naprawdę najlepszym przyjacielem / najlepszą przyjaciółką – kogoś, kto będzie wiedział o mnie dosłownie wszystko, a ja o nim też wszystko.
Mam „najlepszą przyjaciółkę”, ale szczerze mówiąc, niewiele o niej wiem. Czasem czuję się, jakby ona widziała całe moje wnętrze, miała mnie całą w garści, a ja o niej praktycznie nic nie wiem.
Jestem pracoholikiem, pracuję od rana do wieczora przez 7 dni w tygodniu. Znaczna część w domu jako praca umysłowa, reszta to praca fizyczna. Nie umiem już odpoczywać tak jak inni i zdaję sobie sprawę z potrzeby terapii. Mój mózg potrafi się uspokoić tylko podczas snu i podczas wieczorów, gdy mam dość, jestem przemęczona i muszę „odseparować” mózg od myślenia. Zaczynam wtedy grać. Niby nic. Tylko że ja gram w Gry LEGO – Hobbit, Avengers, Batman, Gwiezdne Wojny... Zostało mi to po tym, jak kiedyś grałam z córką. Okazało się, że zamiast rozwalania wroga i krwawych horrorów „dla odreagowania”, wolę biegać LEGO hobbitem wśród zieleni i zbierać monety. Tak, wiem, że to pewnie żaden wstyd, ale w głowie mam zakodowane stereotypy, których nie mogę się pozbyć. Mam 39 lat, własną firmę, powinnam być poważniejsza. W bibliotece Steam mam nawet gry z gatunku horrorów albo przygodowe „dla starszych graczy” za kilkaset złotych, w które nie grałam ani razu. Nie umiem, nie potrafię się zmusić. Potrzebuję prostej, nieskomplikowanej rozrywki, by mój umysł choć chwilę odpoczął od ciągłego myślenia. Za to uwielbiam filmy z gatunku horrorów, najlepiej psychologicznych, paranormalnych, ale i krwawymi rozbryzgami nie pogardzę.
Gdy zaczęłam szkołę średnią, spodobał mi się pewien chłopak (nazwijmy go Marek). Ledwo co go znałam, pisałam z nim tylko na messengerze. Po paru tygodniach on zapytał o spotkanie, na co się zgodziłam. Dowiedziałam się, że po spotkaniu koleżanka wygadała mu, że mi się podoba, przez co już mi nie odpisywał i ignorował mnie cały czas. Po paru dniach zauważyłam, że jego koledzy z klasy śledzą mnie i moją przyjaciółkę, trwało to tygodniami, a my bałyśmy się odezwać. Po około 2 miesiącach jego koledzy z klasy wysyłali mi anonimowe wiadomości, wyzywające mnie itp. Marek też założył fake konto, by do mnie pisać i się wyśmiewać ze mnie, po paru dniach się przyznał, że to on ze swoim kumplem. Pewnego dnia poznałam takiego chłopaka, długo ze sobą pisaliśmy, na pierwszy rzut oka to był zajebisty facet. Po miesiącu się spotkaliśmy. Cały czas mnie o wszystko wypytywał, po czym zaczął namawiać, bym napiła się z nim wódki, że pójdziemy do niego się przespać (byłam nieletnia). Po pewnym czasie zaczął mnie obmacywać, przytulać na siłę, a ja po prostu uciekłam. Następnego dnia w szkole usłyszałam Marka z tym kolegą, co się spotkałam. Okazało się, że Marek namówił go, by mnie przeleciał. Gdy tylko obydwoje mnie zauważyli, to zaczęli robić mi zdjęcia. Bałam się komukolwiek to powiedzieć, bo nie chciałam, by oni jeszcze bardziej mnie gnębili. Po tym wszystkim zaczęłam bardzo bać się jakichkolwiek chłopaków. Nie potrafiłam z żadnym porozmawiać, a tym bardziej nie chciałam, by któryś mnie dotknął, nawet żeby się przywitać. Dopiero po pół roku wyleczyłam się z tego, wtedy gdy poznałam mojego obecnego narzeczonego.
Wracałam pociągiem od przyjaciółki, u której spędziłam kilka poprzednich dni. W drodze na peron kupiłam sobie frytki, w końcu czekała mnie dość długa podróż. Wsiadłam do pociągu.
W moim wagonie nie było nikogo poza mną. Do odjazdu zostało jeszcze około 10 minut, więc postanowiłam umilić sobie oczekiwanie, pisząc z koleżanką i zajadając się fryteczkami.
Po chwili do mojego wagonu wsiadł mężczyzna (na oko 40-50 lat) i zajął miejsce naprzeciwko mnie. Byłam zajęta jedzeniem i pisaniem w najlepsze z przyjaciółką, więc nie zwróciłam na niego większej uwagi. Do czasu kiedy spytał: „Nie przeszkadza ci to?” Spojrzałam na niego zdziwiona, zastanawiając się, o co mu chodzi.
I w tym momencie zdałam sobie sprawę, że przez cały ten czas świdrował mnie wzrokiem i się mast***ował.
Kiedy miałam 12 lat, napisałam po angielsku niezbyt składną (i w 100% wymyśloną), pełną różnych błędów językowych historię o moich doświadczeniach z duchami. Wrzuciłam to na jakieś forum i przez jakiś czas obserwowałam, jak ludzie próbowali mi doradzać, czasami coś odpisywałam. Po jakimś czasie znudziło mi się, przestałam wchodzić na forum, a po roku już nie pamiętałam o całym zajściu.
Ostatnio, przez pewną książkę, zaczęłam interesować się wiarą ludzi w duchy, zjawiska nadprzyrodzone itd. W końcu znalazłam się na polskich forach i w oczy rzuciła mi się pewna popularna i często omawiana tam historia. Była dziwnie znajoma. Zainteresowałam się tematem.
Okazało się, że historyjka została przetłumaczona na polski. Znalazłam link do oryginału i... tak. To moja historia. Chociaż minęło sześć lat, ludzie dalej do niej wracają, komentują ją, tworzą do niej teorie, a nawet stworzyli dwa filmiki na YouTubie.
Mam 24 lata i odkąd pamiętam, jestem raczej nieśmiała. W podstawówce przeżywałam katusze na prawie każdej lekcji przyrody: nasza nauczycielka uwielbiała pracę w grupach połączoną z prezentacją wyników i zawsze wyrywała mnie do odpowiedzi. W końcu tak mnie wytrenowała, że wychodzenie na środek i opowiadanie o wynikach pracy nie stanowiło dla mnie żadnego problemu. Ba, z czasem wszelkie „prezentacje” zaczęły sprawiać mi przyjemność i starałam się moją publiczność zaskoczyć ich tematem. Dlatego przed obroną pracy inżynierskiej zaczęłam myśleć, że sobie świetnie poradzę, bo przecież to żadna stresowa sytuacja, nie ma w tym nic strasznego, nikt nie patrzy na mój wygląd, a oceniana jestem tylko za wypowiedź. Że przecież robiłam to tyle razy, że bez problemu opowiem o wynikach moich badań pewnym głosem, bez plątania się we własnych słowach.
Wyszłam na środek sali, przedstawiłam siebie i tytuł pracy i mój głos zaczął się łamać, przemknęło mi przez myśl, że muszę żałośnie wyglądać i... rozpłakałam się.
Pracę magisterską realizuję jednak w innym zakładzie, niż planowałam... ;)
W tamtym roku mój tata stracił pracę, a mama miała poważną operację. Musieliśmy zacisnąć pasa i zacząć solidnie oszczędzać. Starałam się pomagać rodzicom w domu, przejęłam większość obowiązków, takich jak sprzątanie czy gotowanie. Zdawałam sobie sprawę, że wszystkim nam jest ciężko, dlatego bez piśnięcia zrezygnowałam z wycieczek i wyjazdów ze znajomymi. Nie chciałam zwierzać im się ze swoich problemów, a oni pomyśleli, że celowo się od nich odsuwam.
Codziennie przed wyjściem do szkoły dostawałam kilka złotych na jedzenie i picie. Jako że była to już końcówka jesieni, postanowiłam, że zrobię prezent dla mamy i zaczęłam zbierać pieniądze. Przez kilka miesięcy musiałam wytrzymać bez jedzenia do późnych godzin. Same zajęcia trwały zazwyczaj do 16, a powrót do domu zajmował kolejną godzinę.
W końcu tuż przed Bożym Narodzeniem udało mi się uzyskać wystarczającą sumę, by kupić upragniony przez mamę prezent – srebrny łańcuszek, który zawsze oglądała na wystawie. Była bardzo zaskoczona, kiedy pod choinką jedyny prezent należał do niej.
Nawet nie wiecie, jak ciepło na serduchu mi się zrobiło :)
Nie lubię użalać się nad sobą, nienawidzę być w centrum uwagi, a gdy byłam młodsza, lubiłam sobie popłakać. Ot tak, bez żadnego powodu, bo miałam taką ochotę. Relaksowało to moje ciało i umysł. Nie wiem czemu.
Brzmi niegroźnie, prawda?
Jednak czasem pozwalałam sobie popuścić wodze fantazji, lecz niestety, jak się okazuje, za bardzo. Otóż odkąd pozwoliłam sobie na dopuszczanie do siebie niebezpiecznych, abstrakcyjnych i niedorzecznych myśli, zaczęłam stawać się coraz bardziej podejrzliwa, do tego stopnia, że w mgnieniu oka wszędzie dostrzegałam spiski i intrygi. Mimo że doskonale wiem, że to nieprawda, zawsze zachowuję ostrożność, robiąc DOSŁOWNIE wszystko. Ktoś obcy podejmuje ze mną rozmowę? Na pewno rodzina/ludzie, którzy znają mnie z widzenia, zapłacili mu, bo chcą się pośmiać/coś ode mnie wyciągnąć. Idę do sklepu? Na pewno wszyscy mnie obserwują i patrzą, co kupuję. Zdarzały się nawet sytuacje, w których odmawiałam sobie czegoś właśnie ze względu na ludzi. O znajomościach w internecie nie ma nawet mowy. Nie potrafię zaufać ludziom, nawet najbliższym. Nikomu nie mówię o swoich problemach od wielu, wielu lat.
Wiem, że to wszystko niedorzeczne. Być może to mój podświadomy instynkt samoobronny. Sama jestem sobie winna.
Kilka dni temu moi rodzice obchodzili dosyć zaawansowaną rocznicę ślubu. Miała być impreza niespodzianka, chciałam zaskoczyć rodziców. Jako że moje rodzeństwo nie miało za bardzo pomysłów co przygotować, przejęłam inicjatywę i moja wizja została odebrana pozytywnie. Na ten dzień upiekłam tort, przygotowałam kolację i miło spędziliśmy czas w skromnym gronie domowników.
Minęło parę dni, nikt nie wracał do tematu rocznicy rodziców. Myślałam, że wszystko jest w porządku, aż do wczorajszej rozmowy z mamą. Od słowa do słowa, niechętnie przyznała się, że jest strasznie zawiedziona i rozczarowana tym, co od nas dostali. Wprost mnie zamurowało, aż nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie miałam pojęcia, że mój pomysł był tak tragiczny, świetnie też zamaskowali swoje niemiłe zaskoczenie, gdy go dostali. Teraz tylko wszystko składa mi się w całość i zaczynam rozumieć, że on nawet stoi w miejscu, którym nazwałabym miejscem hańby. Wiem, że to normalne, że czasem zdarza się nietrafiony prezent i nie ma co z tego robić afery, jednak nie miałam pojęcia, że aż tak źle to odebrali. Rozczarowanie mamy było tak ogromne, że podczas rozmowy aż poleciały jej łzy. Uważa, że takim badziewiem okazaliśmy brak szacunku do tak wielkiego jubileuszu, jakim była dla nich ta rocznica ślubu. Moje przyznanie się do bycia autorką pomysłu na prezent mama podsumowała tylko tym, że jak na swój wiek jestem dziecinna i mam straszne pomysły.
A ja... nigdy nie czułam się gorzej, niż mając tę świadomość. Bo naprawdę nie chciałam, by było im przykro, nie chciałam, by prezent wywołał tyle złych emocji. Gdybym miała więcej pieniędzy, wszystko wyglądałoby inaczej. Chciałam dobrze, a wyszło jak zawsze. Jest mi potwornie głupio i wstyd, chodzę przybita i nie potrafię spojrzeć rodzicom w oczy. Nie mam pojęcia jak zatrzeć to złe wrażenie, jak to naprawić. Chciałabym cofnąć czas i dać im coś, co ich ucieszy, a nie smuci przy każdym spojrzeniu na to. Mam lekką zdiagnozowaną nerwicę i ta sytuacja stresuje mnie do tego stopnia, że mam mdłości, trzęsą mi się ręce, nie mogę spać i mam ochotę płakać na samą myśl. Czuję się koszmarnie.
Tylko ja znam prawdę, rodzeństwu nic nie mówiłam. Wystarczy, że ja mam ochotę schować głowę w piasek z powodu prezentu, który, jak widać, ma ogromne zdolności do wywoływania złych emocji.
Dodaj anonimowe wyznanie