#0EEjT

To był ponury, deszczowy dzień. Wracałem do domu i na szczęście akurat przestało padać. Byłem w połowie drogi, szedłem ulicą pod górkę. Popatrzyłem dalej i jakieś 20 metrów ode mnie spostrzegłem mężczyznę w długim czarnym płaszczu, który trzymał pistolet wycelowany we mnie! Sparaliżowany strachem zatrzymałem się, ugięły się pode mną kolana. Na plecach zimny pot. Pomyślałem, że może to napad i jak oddam co mam to mi daruje życie, zacząłem nerwowo szukać po kieszeniach portfela.

Gdy go znalazłem i popatrzyłem znów na napastnika to zobaczyłem, że w ręku ma nie pistolet, a parasol. Facet tłumaczył jakiejś kobiecie drogę i wskazywał drogę parasolem...

#jKIAU

To stało się w wakacje, wracałam spacerkiem ze swoim chłopakiem do domu, była mniej-więcej godzina 23.00. Lampy świeciły bardzo jasno, więc nie było problemów z widocznością. Na ulicach było pusto, zero samochodów, zero ludzi. Szliśmy sami i jak to zwykle robimy - dogryzaliśmy sobie w najlepsze.

Mam zwyczaj kopania wszystkiego po drodze - kamieni, patyków. Na chodniku leżał dziwny, błyszczący kamień, wyglądał jak placek gipsu. Oczywiście - kopnęłam. Ponieważ mam jaskrę, nie mogłam przyjrzeć się obiektowi, ale z daleka nie wyglądał nadzwyczajnie, a wszystko stało się szybko.

Więc zamachnęłam się, mówiąc do swojego chłopaka "Patrz jaki dziwny ka..." (chodziło mi o jego kształt) i w tym momencie kopnęłam... Momentalnie płynne, świeże gówno rozchlapało się na chodniku i moim trampku. Ja oczywiście spaliłam buraka, on zaczął się śmiać, tłumaczyłam się, że naprawdę myślałam, że to kamień, co tylko bardziej go bawiło. Do dziś mój luby śmieje się z tej sytuacji i gdy sobie dogryzamy, mówi "Idź kopać dziwne kamienie".

#BVqLk

To zdarzenie miało miejsce około 10 lat temu, kiedy jeszcze chodziłam do szkoły podstawowej. Często wtedy brałam udział w telewizyjnych konkursach, niestety jak do tamtej pory bez powodzenia. W jednym z takich konkursów trzeba było narysować coś, co później mogłoby być wykorzystane w programie "Wirtulandia". Wykonałam dwa różne obrazki, zaadresowałam i wysłałam. 

Po jakimś czasie, zadzwonił telefon. Dialog mniej więcej brzmiał tak:
- Dzień dobry. Z tej strony X. Czy dodzwoniłam się do Y?
- Tak…
- A czy brała Pani udział w naszym konkursie "Wirtulandii"?
- Tak…
- W taki razie serdecznie gratuluję, pani rysunek okazał się najbardziej pomysłowy. Wygrała pani główną nagrodę, jest nią komputer!
- … <totalny szok>
- Odbierze pani nagrodę osobiście czy mamy wysłać pocztą?
- Proszę wysłać pocztą.
- Dobrze. W takim razie jeszcze raz gratulacje. Do usłyszenia.

Odłożyłam słuchawkę. Po chwili, kiedy już doszło do mnie co się stało, ogarnęła mnie fala euforii. W końcu nie co dzień wygrywa się komputer, który wtedy jeszcze był rarytasem. Nie zastanawiając się długo pobiegłam do pokoju rodziców i wykrzyknęłam: "Mamo! Tato! Wygrałam komputer!". Ich miny były bezcenne, od razu 100 pytań na minutę, niedowierzanie, ekscytacja, prawie się popłakali ze szczęścia. 

Kiedy już podzieliłam się z nimi tą cudowną wiadomością, zapragnęłam też wszystko opowiedzieć rodzeństwu. Zaczęłam biec po schodach niemal się na nich nie zabijając. Kiedy dotarłam prawie do ich szczytu, usłyszałam niepohamowane śmiechy, hihy itd. Wyszłam na górę i zobaczyłam brata i siostrę, którzy tarzają się ze śmiechu po podłodze i nie mogą przestać. Szybko się domyśliłam, że ten telefon był ich sprawką. Mój świat wtedy legł w gruzach. Zeszłam na dół i popłakałam się. Poskarżyłam się rodzicom, a oni wściekli się niesamowicie i ochrzanili pajaców. Mama z tatą przeżyli chyba większe rozczarowanie niż ja sama. 

Przez długi czas, przy każdej nadarzającej się okazji, rodzeństwo musiało się podzielić tym wybitnie ‘inteligentnym’ żartem z każdym. Ja długo nie mogłam o tym słuchać, ale od dłuższego czasu też już się z tego śmieję.

Nawiasem mówiąc ok. 2 tyg. po tym incydencie, leżałam pewnego poranka w łóżku i oglądałam właśnie "Wirtulandię". Niczego się nie spodziewając usłyszałam swoje imię, nazwisko oraz zobaczyłam mój rysunek na ekranie telewizora. Tym razem nie było wątpliwości. Niedługo po tym doszła nagroda. Co prawda nie był to komputer, ale wielki karton gier o niemałej wartości też cieszy. Braciszek i siostrzyczka mogli jedynie nacieszyć oczy ich widokiem.

#qCB6t

To było chyba rok temu w czerwcu. Otóż wracałam sobie w godzinach szczytu do domu. Zawsze robię tak, że siedzę, dopóki autobus w 100% się nie zatrzyma. Jednak tym razem kierowca chyba wybitnie się spieszył, bo jak wstawałam usłyszałam charakterystyczne pipkanie oznaczające, ze drzwi się zamykają. 

Wyrwałam z siedzenia z zawrotną prędkością, ale niestety potknęłam się o nogi, w chwili, kiedy miałam zejść na chodnik. Jakkolwiek nie wywróciłam się, o nie! To by było zbyt proste! Zrobiłam trzy kroki próbując złapać równowagę i niestety nie udało mi się to. Wyhamowałam na koszu na śmieci, lądując głową w jego środku. Szybko ją z niego wyjęłam, odwróciłam się do powstrzymujących śmiech pasażerów i z "gracją" się ukłoniłam. Ktoś zaczął bić brawo, a ja czerwona jak burak ruszyłam szybkim krokiem w stronę domu.

#xAODI

Parę lat temu rozdawałam ulotki dla mojego kuzyna. Były to zwykłe ulotki reklamowe jego firmy. Miałam je rozdawać 3 dni w jednej z dzielnic Krakowa. Ostatniego dnia podszedł do mnie pewien Turek. Na pierwszy rzut oka było widać, że to obcokrajowiec pochodzący właśnie z Turcji, albo z innego blisko położonego kraju. Zapytał, rzecz jasna po angielsku, czy może mi pomóc. Popatrzyłam na okolice, wiedziałam gdzie jestem, znałam teren. Pomyślałam, że będę kręcić się tam, gdzie jest dużo ludzi, wtedy mi nic nie zrobi. No i zgodziłam się, ciesząc się, że będę mieć mniej roboty.

Starałam się rozdawać ulotki tak, aby on szedł po jednej stronie drogi, a on po drugiej. Ku mojemu zaskoczeniu dość dużo rozmawialiśmy, chociaż byłam przekonana, że mój angielski dosłownie leży. Turek (nawet nie pamiętam imienia) zaczął niestety trochę za bardzo się do mnie przymilać. Próbował mnie przytulić, ale grzecznie odmawiałam i dawał spokój. Po dwóch godzinach naszej pracy zapytał, czy możemy odpocząć na chwilę i wskazał miejsce w małym parku niedaleko. Rozejrzałam się, widziałam dużo ludzi, więc pomyślałam: "A co mi szkodzi?".

Siedzieliśmy na trawie koło siebie, ja podziwiałam przejeżdżające samochody, a on siedział cicho, odtrącony przeze mnie po kolejnych zalotach. Dalej siedzieliśmy w milczeniu. Nagle słyszałam dziwny dźwięk, odwróciłam się w jego kierunku i zobaczyłam że... Turek się masturbuje. Natychmiast wstałam i zaczęłam spieprzać jak najdalej, w kierunku ludzi. A on krzyczał do mnie, żebym poczekała jeszcze sekundę, bo zaraz skończy oraz że to wszystko przeze mnie, bo jestem taka piękna i tak na niego działam. Uciekałam szybkim krokiem w stronę marketu odwracając się za siebie i bojąc się, że wróci i będzie wkurzony, albo coś mi zrobi.

Nieoczekiwanie, gdy wrócił, zaczął mnie przepraszać, mówić mi, że to było głupie z jego strony i prosić o wybaczenie. Jedyne, co udało mi się wtedy powiedzieć po angielsku to: "leave me alone!" O dziwo poszedł i już nie wrócił, a ja wyrzuciłam końcówkę ulotek jaka mi została i wróciłam do domu.

#vSEoq

Był piękny, piątkowy poranek. Pojechałem ze swoją dziewczyną do jej rodzinnego domu. Moja dziewczyna ma dwie siostry, siedmioletnią i dwuletnią. Po męczącej podróży jej rodzice przywitali nas w domu i od razu zaprosili do stołu. Ucieszyłem się, bo byłem głodny jak wilk. 

No i jak zwykle rozmowa o studiach, założeniu rodziny i inne pitolenie. Nagle moja dziewczyna zapytała ojca o awans, bo wcześniej wspominał, że go dostał. Temat poszedł, gdy nagle jej siedmioletnia siostra wypaliła:
- Ale Kasia, tatuś jest chyba lekarzem, bo widziałam wczoraj, jak mamie coś robił między nogami! 

Mina teściów bezcenna.

#t2Uls

Zdarzenie miało miejsce 2 lata temu podczas jednej z ważniejszych Mszy w Katedrze łódzkiej. Stałam w ogromnej kolejce do przyjęcia Komunii Św. przed ołtarzem. Przede mną stała starsza pani o laseczce. Gdy nadeszła jej kolej, z tego co zauważyłam, nie potrafiła odpowiedzieć "Amen", tak że ksiądz, który udzielał komunii zwrócił jej uwagę, spojrzał się na nią wymownie i dość ostrym tonem powiedział "Amen się odpowiada!". 

Jego głos tak mnie zestresował, że powtarzałam sobie w głowie, abym tylko ja dobrze odpowiedziała. Gdy starsza pani odeszła i nastała moja kolej, kapłan (wciąż widać było jego zdenerwowanie) mówi do mnie "ciało Chrystusa..." na co ja z pełną powagą w głosie odpowiadam: "Ciało!". 

Jego wyraz twarzy - niezapomniany, poziom mojego zażenowania - maksymalny.

#pVqf6

Sytuacja miała miejsce kiedy miałem około 6 lat. Jako małe dziecko wszystko rozumiałem dosłownie i nie szukałem drugiego dna. Trudno było nie zauważyć plakatów z fantastyczną ofertą „Telefon za 1zł”. Jeden z takich plakatów wisiał na kiosku, który znajdował się niedaleko mojego domu. 

Popędziłem do mamy, zabrałem pieniądze i z uśmiechem na ustach wybrałem się do kiosku gdzie podając sprzedawczyni złotówkę poprosiłem o jeden z telefonów z plakatu. Niestety jak wiadomo nie dostałem go, smutny i zawiedziony, że nie kupiłem mamie nowego telefonu wróciłem do domu.

#ICmAx

Trzy lata temu byłem u kuzyna w USA. Jednego dnia zabrał mnie do małej knajpki na ostre skrzydełka. Kuzyn bardzo lubi ostre jedzenie, ale ja jestem wręcz maniakiem ostrego jedzenia. Zastanawiał się nad “skrzydełkami śmierci”, szczególnie ostrą wersją, ale przekonałem go szybko że nie jesteśmy dziewczynami i powinniśmy wziąć najostrzejsze skrzydełka jakie tylko potrafią zrobić. Kelnerka próbowała nas ostrzec, ale nie ma szans, byliśmy zdeterminowani.

Trzy piwa i dwa talerze później byliśmy totalnie zmasakrowani. Zrobiliśmy więc to, co każdy facet na naszym miejscu. Wyszliśmy z restauracji i… weszliśmy do baru obok. Na tym etapie w gębie miałem jak w piecu, a moja ślina była niczym toksyczny kwas. Zamówiliśmy po piwie i w tym momencie mój pęcherz upomniał się o swoje i udałem się do klopa.

Gdy wróciłem zastałem mojego kuzyna w trakcie bijatyki z jakimś kolesiem. Wkroczyłem do akcji aby ich rozdzielić i dowiedzieć się o poszło. Zanim coś zdziałałem do baru wszedł policjant, rozdzielił delikwentów i zaczął pytać co się dzieje. Ja powiedziałem, że jestem z moim kuzynem, ale nie wiem co się stało bo byłem w kiblu. To znaczy chciałem to powiedzieć, bo mniej więcej w połowie niespodziewanie zakaszlałem. Nie zdążyłem zasłonić ust i nakaszlałem policjantowi w twarz. Odrobina mojej toksycznej śliny trafiła mu w oko, bo się nieźle wkurzył, przewrócił mnie na ziemię i skuł. W kółko krzyczał pytając czym go zaatakowałem. Wraz z kuzynem wyjaśniliśmy mu że byliśmy na ostrych skrzydełkach w restauracji obok, przeprosiłem kilkakrotnie. Nie miało to znaczenia, dla niego była to napaść na policjanta. Trafiłem do aresztu i spędziłem tam kilka godzin…

Dzisiaj to opowiadam jako śmieszną przygodę, ale wtedy nie było mi do śmiechu.

#V0Z3A

To miał być wyjątkowo trudny dzień. Dużo zaliczeń na uczelni, bo akurat kończył się semestr. Z zadowoleniem zauważyłam wolne miejsce w porannym autobusie. Wdzięczna losowi, który (jak mi się wtedy wydawało) zaczął mi sprzyjać, zajęłam je i szeroko uśmiechnęłam się do przystojnego bruneta, który siedział obok i słuchał muzyki. Każdego ranka starałam się wykrzesać w ten sposób w sobie trochę optymizmu. 

Ludzi przybywało, wiec siła rzeczy musiałam się troszkę do niego przesunąć, ponieważ stojący tłum robił się coraz gęstszy. Tak sobie siedzieliśmy, uśmiechając się do siebie od czasu do czasu. W pewnym momencie autobus lekko przyhamował. Dzielnie złapałam się rurki, ciesząc, że nie spadłam z siedzenia. Poprawiając się, zauważyłam, że mam coś mokrego na nodze. Może jakaś woda wylała się ze sportowej torby towarzysza podróży - pomyślałam wtedy. 

Minęło 10 minut i zobaczyłam jak wyciąga coś z torby i łapie się za głowę. Widać było, że coś go wyraźnie zdenerwowało. Zobaczyłam jak nerwowo stuka na klawiaturze telefonu wiadomość. Stwierdziłam, że warto zerknąć. Rzuciło mi się w oczy jedno słowo: "MOCZ". Nie wiedziałam co robić, przez moją głowę przebiegły setki myśli. 

Przecież nie zapytam faceta czy wylały mu się w torbie siki, jednocześnie mocząc moje rajstopy. Miałam nadzieję, że ten mocz nie miał związku z tym co się stało. Przestałam się łudzić, kiedy na przystanku końcowym naszej trasy, zobaczyłam jak wyrzuca do przystankowego kosza, pojemnik bez połowy zawartości. Charakterystyczny pojemnik z czerwoną pokrywką. Sic!
Dodaj anonimowe wyznanie