Miało to miejsce dwa lata temu. Byliśmy z moim chłopakiem razem już 4 lata. Warto dodać, że jestem maniaczką herbaty. Tego dnia bardzo się śpieszyłam do pracy, ale na filiżankę herbatki znalazłam czas. Nagle spojrzałam na zegarek. Byłam już spóźniona, a więc wzięłam szybki łyk w biegu do wyjścia. Wtedy coś wpadło mi do gardła. Zaczęłam się dławić, nie wiedziałam co zrobić. Przybiegł mój chłopak. Pomógł mi, zaczął naciskać mi na brzuch, akcja jak z lekcji edb w liceum.
I wtedy wyplułam powód mojego zadławienia... był to pierścionek zaręczynowy! Omal mnie nie zabił, ale oświadczyny oczywiście przyjęłam.
Kilka tygodni temu, po miesiącach wyrzeczeń, kupiłam sobie fajnego smartfona. Parę dni temu dostałam od znajomych na urodziny kijek do selfie.
Poszłyśmy z koleżanką zrobić sobie zdjęcia nad Wisłą. Stanęliśmy na mostku, pstryknęłyśmy fotki. Ale jak wyszły zdjęcia niestety się już nie dowiedziałyśmy, bo zawadziłam telefonem o barierkę. Spadł do wody i został mi sam kijek.
Jestem właścicielką dużej kuli biszkoptowego futra z ADHD, czyt. psa, który kocha wszystko i wszystkich (a szczególnie panów, taki pies na baby w wersji suka na chłopów) i koniecznie musi to w jakiś sposób okazać.
Niespełna rok temu moja kochana psina miała tendencję do podbiegania podczas spacerów do mężczyzn idących przed nami. Gdy była już wystarczająco blisko owych panów (albo inaczej, gdy zaciągnęła mnie już dostatecznie blisko) trącała nosem miejsce, gdzie ich plecy traciły swą szlachetną nazwę, po czym cwaniacko zajmowała się obwąchiwaniem jakiegoś krzaczka.
Dzięki tej niecnej taktyce mój pies pozostawał poza podejrzeniami, za to ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię z powodu dziwnych spojrzeń posyłanych pod moim adresem.
Moja historia nie jest wcale smutna, chociaż rozpoczyna ją pogrzeb zimą. Po zimie nadeszła wiosna i kiedy stopniał śnieg, a pierwsze promienie słońca zaczęły grzać, stwierdziłyśmy że przyszedł czas by oczyścić grób.
Ja, moja córka, siostra i mama pojechałyśmy więc w weekend na cmentarz. Wzięłyśmy po wieńcu i poszłyśmy je wyrzucić, jedynie mama została. Jakież było nasze zdziwienie kiedy wróciłyśmy i mama oznajmiła, że dalej sprzątać nie możemy. Okazało się, że wśród kwiatów uwiła sobie gniazdko dzika kaczka. Złożyła jedenaście jajek. Oczywiście wróciłyśmy do domu zostawiając kaczuszkę w spokoju.
Wieść o tym zdarzeniu rozeszła się błyskawicznie. Ludzie odwiedzali grób by oglądać gniazdo a panowie pracujący na cmentarzu dbali o to by za bardzo nie drażnili kaczki.
Wreszcie nadszedł czas gdy dowiedzieliśmy się, że gniazdo jest puste. Dalsza część mojej opowieści to informacje uzyskane od osób handlujących przy cmentarzu.
Kiedy kaczusia wyprowadzała swoje dzieci, kilka z nich wpadło do wykopanych grobów. Nie mogła im pomóc, ale też nie odeszła. Wtedy panowie pracujący na cmentarzu wydobyli małe, zziębnięte pisklęta. Ogrzewali je w dłoniach, pod kurtkami aż tchnęli w nie na nowo życie. Takim oto sposobem kaczuszka wyprowadziła główną bramą cała swoją jedenastkę dzieci w stronę pobliskich stawów. Wiem, że są zdjęcia z tej wędrówki, choć nie miałam okazji ich zobaczyć. Mimo że minęło już ponad dwa lata, historia ta nadal mnie rozczula i wzmacnia wiarę w dobre, pomocne serca ludzi. Należy szanować każde życie, które się rodzi wśród nas.
Byłam dziś w Galerii Bursztynowej na zakupach. Stojąc w kolejce do przymierzalni zauważyłam mężczyznę z uroczym malcem na rękach, stojącego tuż za mną. Nie sposób było nie usłyszeć ich rozmowy. Chłopczyk grzecznie zapytał taty: "Tatusiu a kiedy ostatnio się kąpałeś?", tata zaskoczony odpowiedział: "No dzisiaj". Po czym chłopiec dodał: "Bo troszkę śmierdzi ci spod paszki".
Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu, mina faceta po usłyszeniu uwagi swojego dziecka była bezcenna.
Kiedy miałam 3 lata, jak co niedzielę, wybrałam sie z rodzicami do kościoła. Powszechnie wiadomo, że dzieci w tym wieku nie są zbytnio zainteresowane Mszą Świętą. Tak też było ze mną.
Znalazłam sposób na nudę - chodzenie na siku. Mój tata, który wychodził ze mną za potrzebą był zdenerwowany tym faktem. Nie dość, że jęczałam "Tato siku, tato siku" to jedyne co potrafiłam z siebie wycisnąć to dwie, góra trzy kropelki moczu.
W końcu za którymś razem zdenerwowany tata powiedział do mnie: "Jak się nie wysikasz porządnie, to Ci wpier*ole!". Jako że nie udało mi się wysikać, to dostałam klapsa. Niewiele myśląc wbiegam do kościoła i drę japę: "MAMOO, A TATA MI WPIE*DOLIŁ!".
Mama błagała o to, żeby ziemia się pod nią rozsunęła. Młodzi ludzie z całych sił próbowali się nie roześmiać, a starsze babcie patrzyły z potępieniem. Tata nie wszedł już do kościoła.
Kilka miesięcy temu poszłam z byłym już chłopakiem (miał długie włosy, co jest istotne) i kilkoma znajomymi do pubu świętować moje urodziny. Humor dopisywał, procenty także, więc po około 2 godzinach byłam już w miarę wstawiona. Wiedziałam, że mogę sobie na to pozwolić bo do domu mam blisko, przyjaciół którzy się mną zaopiekują i mogę na nich liczyć.
Postanowiliśmy przysiąść się do baru, są tam fajne wygodne siedzenia i można sobie pogawędzić z barmanami. Siedziałam na środku, po mojej prawej chłopak, a z drugiej strony reszta. Miałam bardzo ciekawy temat z przyjaciółką więc rozmowa mnie kompletnie zajęła. Po jakimś czasie jednak zdałam sobie sprawę, że czas już lecieć do domu, późna godzina, szum w głowie więc odwróciłam się do chłopaka i szepnęłam mu do ucha: "Zabierz mnie do domu, rozbierz i utul". W tym samym momencie zobaczyłam, że chłopak jest za mną i patrzy na mnie zdziwionym wzrokiem. Spojrzałam na osobę, do której wymówiłam dane słowa jeszcze raz i osłupiałam. Tak poznałam moją nową przyjaciółkę.
Miało to miejsce kilka lat temu. Moja o wiele lat młodsza siostra chodziła wtedy do zerówki. Mieszkamy w starej leśniczówce, w lesie i wokół domu lata pełno motyli. Moja siostra bardzo lubiła je łapac i "uczyć latać" oraz "karmić". Szczególnie podobał jej się jeden gatunek, dlatego w jakimś atlasie znalazła jego zdjęcie i zapamiętała nazwę - Rusałka Pawik.
Mama pomyślała, że może siostra odnalazła swoją życiową pasję, więc postanowiła zrobić jej prezent. Zabrała ją do księgarni, gdzie miała wybrać sobie atlas z motylami. Kiedy powiedziała kobiecie za ladą po co przyszła, ona krzywo spojrzała na sześciolatkę, która ledwo odrastała od ziemi. Sięgnęła na półkę po jakiś atlas i kartkując szybko strony mruknęła: "To dziecko jest za małe na taki atlas... Zaraz jej się znudzi", po czym przestała kartkować ksiazkę, zostawiając ją otwartą.
Strony zatrzymały się akurat na zdjęciu jedynego motyla, jakiego nazwę znała moja siostra. Mała krzyknęła: "Mamo! Zobacz! Rusałka Pawik!". Kobieta, lekko zakłopotana i zarumieniona stwierdziła, że ten atlas jednak powinien być odpowiedni.
W drugiej klasie technikum miałem zrobić referat z PO (przysposobienie obronne). Mieliśmy już kilka w tamtym roku, więc zauważyłem, że nauczycielka po prostu patrzy na ilość. Chciałem dostać na koniec roku jak najlepszą ocenę, więc od tego referatu zależałą moja ocena końcowa. Musiałem się postarać. W mojej klasie były osoby, które pisały po 20 stron. Nie chcąc otrzymać słabej oceny musiałem napisać powyżej 10 stron. Opracowując temat napisałem ok. 9 stron. Czyli za mało. Więc w ramach pracy dopisałem PRZEPIS NA JAJECZNICĘ...
Do końca roku byłem w stresie, lecz na koniec się okazało, że dostałem z tego referatu 5.
To był ponury, deszczowy dzień. Wracałem do domu i na szczęście akurat przestało padać. Byłem w połowie drogi, szedłem ulicą pod górkę. Popatrzyłem dalej i jakieś 20 metrów ode mnie spostrzegłem mężczyznę w długim czarnym płaszczu, który trzymał pistolet wycelowany we mnie! Sparaliżowany strachem zatrzymałem się, ugięły się pode mną kolana. Na plecach zimny pot. Pomyślałem, że może to napad i jak oddam co mam to mi daruje życie, zacząłem nerwowo szukać po kieszeniach portfela.
Gdy go znalazłem i popatrzyłem znów na napastnika to zobaczyłem, że w ręku ma nie pistolet, a parasol. Facet tłumaczył jakiejś kobiecie drogę i wskazywał drogę parasolem...
Dodaj anonimowe wyznanie