Weszłam do McDonalda z zamiarem kupienia sobie kawy. Było dużo ludzi. Zajęłam miejsce na końcu długiej kolejki. Zwróciłam uwagę że przede mną w kolejce jest 7-8 upośledzonych dorosłych mężczyzn. Obok stała starsza kobieta, ich opiekunka, i ich nadzorowała. Gdy mnie zauważyła powiedziała “Nam tu trochę zejdzie, proszę przejść przed grupę”. Następnie głośno powiedziała do swojej grupy, żeby “przepuścić panią”. Podziękowałam i przeszłam. Idąc patrzyłam na każdego mijanego mężczyznę czy jest upośledzony czy nie, żeby się zorientować gdzie kończy się ich grupa. Gdy doszłam do pierwszego z nich, popatrzyłam na niego, a on na mnie. Uśmiechnęłam się, powiedziałam “dziękuję” i zajęłam miejsce w kolejce przed nim.
Parę sekund później poczułam stukanie w ramię. Odwróciłam się i ten właśnie mężczyzna z załamaną miną zaczął mi wyjaśniać, że on nie jest z tą grupą. Chciałam go przeprosić i powiedziałam “Najmocniej przepraszam, myślałam że Pan jest…” i w tym momencie przerwałam, zdając sobie sprawę że nie mam jak sensownie zakończyć tego zdania nie pogarszając sytuacji.
Gość był po prostu wyjątkowo mało atrakcyjny, a ja wzięłam go za upośledzonego. Przesunęłam się, aby go przepuścić, ale zrobił tylko zmieszaną minę i zaraz pośpiesznie opuścił kolejkę i skierował się do drzwi. Wiedziałam, że pewnie zepsułam mu humor na cały dzień, czułam się strasznie.
W domu do pewnego czasu miałam typowy babiniec - ja , mama i młodsza siostra. Relacje między naszą trójką były bardzo kumpelskie, nie było tematów tabu itp. O wszystkim można było "na luzie" porozmawiać. Pewnego dnia, gdy miałam okres, miałam iść na imprezę. Malowałam się w łazience, a moja młodsza siostra stała obok i się przyglądała.
Pomiędzy robieniem jednej kreski a drugiej, krzyknęłam do mamy czy są jeszcze tampony. Moją siostrę bardzo zainteresował ten 'temat' i pyta się rodzicielki jakie to uczucie, kiedy kobieta ma w sobie tego nieszczęsnego tampona. W żartobliwej odpowiedzi usłyszała: "To tak, jakbyś uprawiała seks". Na co ja, stojąc już z tamponem w ręku, patrząc to na moją siostrę, to na tampon spokojnie powiedziałam: "Mamo, jeśli według ciebie to takie samo uczucie, to nawet nie wiesz, ile w życiu Cie ominęło".
Mina rodzicielki połączona ze śmiechem siostry - bezcenne.
Odkąd miałem 10 lat jeździłem z siostrą, jej znajomymi oraz rodziną do Chorwacji. Co roku przez chyba 5 lat. Jeździł z nami również kolega którego ksywą jest "Kogut". Wszystko było w jak najlepszym porządku. Chodziliśmy na plażę i jak się łatwo domyśleć krzyczeliśmy wtedy na niego po tej ksywie. On reagował, ale nie tylko on... Połowa ludzi na plaży dziwnie na nas patrzyła.
Na początku nie zwracaliśmy na to uwagi, ale w końcu nas to zaintrygowało i postanowiliśmy sprawdzić na tłumaczu co to znaczy "Kogut" po chorwacku. Jak się później okazało "Kogut" to po chorwacku ... penis. Tak, penis. Wyobraźcie sobie minę ludzi którzy na nas patrzyli jak krzyczymy na cały głos "penis", jak 10 letnie dziecko krzyczy "penis", ich miny za każdym razem były bezcenne.
Około dwa lata temu dostałam sms-a z nieznanego mi dotąd numeru. "Hej M, co u Ciebie słychać?" - jako, że moje imię było zgodne z tym wymienionym w wiadomości, pomyślałam, że to może jakiś stary znajomy sobie o mnie przypomniał i odpisałam, tak się zaczęło.
Po kilku miesiącach postanowiliśmy się spotkać - wszystko układało się bardzo fajnie, pisaliśmy praktycznie codziennie i bardzo często rozmawialiśmy przez telefon. Spotkanie miało mieć miejsce w centrum handlowym w naszym mieście. Ubrałam się w miarę luźno, tak jakbym szła gdzieś z przyjacielem, bo za takiego też owego chłopaka uważałam. Wchodzę do kawiarenki, w której się umówiliśmy, miał mieć na sobie niebieską bluzę i biały zegarek, którymi koniecznie chciał się przede mną pochwalić, bo były nowe. Patrzę, widzę, dosiadam się do jego stolika. Podnosi wzrok znad komórki i patrzy na mnie zdziwiony.
- Piotrek? - pytam.
- A ty kto?
Okazało się, że ten pierwszy sms, którego od niego dostałam miał zostać wysłany do zupełnie innej osoby - pomylił numer. A dzisiaj jesteśmy razem.
U mnie w pracy wszyscy koszmarnie przeklinają i mi się to udziela w rozmowach z kolegami z pracy, mimo że na codzień rzadko klnę. Parę tygodni temu jechałem autobusem i do mnie zadzwonił kolega. Opowiadał mi o pewnym wydarzeniu tego dnia i w pewnym momencie do niego powiedziałem zdanie "Nie wiem, jakaś kur*a zamknęła okno".
Tak się złożyło, że kilka sekund wcześniej kobieta stojąca obok mnie w autobusie też zamknęła okno i myślała, że mówię o niej. Odwróciła się i takiego liścia mi zasadziła, że do wieczora miałem czerwony ślad na policzku. Tak mnie rozbawiła ta sytuacja, że nawet nie miałem jej za złe.
Ale od tamtego czasu postanowiłem sobie, że koniec z tym przeklinaniem, nawet z kolegami z pracy.
Odkąd pamiętam w mojej łazience zawsze były podpaski z "Belli", grube bez skrzydełek. Za dzieciaka zawsze zastanawiałam się co to jest. Nigdy jednak nie zajrzałam do opakowania, w obawie przed gniewem mamy czy babci. Pewnego dnia jednak odważyłam się wyjąć jedną i przypomniała mi bardzo wkładkę do butów.
Tak więc wzięłam jeszcze drugą do pary, wsadziłam do moich dziecięcych adidasów i paradowałam tak cały dzień. Rodzice nigdy się nie dowiedzieli.
Dwa lata temu pracowałam przez tydzień jako hostessa w nowo otwartej galerii handlowej. Moim zadaniem było chodzenie z koszem z cukierkami lub lizakami. Uśmiechałam się i pytałam napotkanych ludzi czy nie mają ochoty na coś słodkiego. Największe zainteresowanie wykazywały oczywiście dzieci ale dorośli też chętnie się częstowali.
Raz gdy szłam z lizakami podszedł do mnie facet, więc ja oczywiście uśmiech i pytanie czy ma ochotę się poczęstować. Na co rzucił tekst: "Pewnie! Zawsze z chęcią coś poliże" + mina boskiego Alvaro. Odpowiedziałam mu że jak ma ochotę possać to mam jeszcze cukierki. Jego mina była bezcenna. No i oczywiście nie chciał cukierków.
Parę lat temu po znajomości dostałam się do komisji wyborczej. Za kilka godzin siedzenia i pokazywania ludziom palcem gdzie mają się podpisać dostaje się ponad 100 zł, więc czemu nie.
Nagle do sali gdzie siedziałam wchodzi koleś w średnim wieku wraz z żoną. Podpisuje się, bierze kartę do głosowania, tak patrzy i po chwili mówi do żony z uśmiechem "Bronisław Maria Komorowski - patrz kochanie to już nawet małżeństwa mogą startować w wyborach".
Miało to miejsce dwa lata temu. Byliśmy z moim chłopakiem razem już 4 lata. Warto dodać, że jestem maniaczką herbaty. Tego dnia bardzo się śpieszyłam do pracy, ale na filiżankę herbatki znalazłam czas. Nagle spojrzałam na zegarek. Byłam już spóźniona, a więc wzięłam szybki łyk w biegu do wyjścia. Wtedy coś wpadło mi do gardła. Zaczęłam się dławić, nie wiedziałam co zrobić. Przybiegł mój chłopak. Pomógł mi, zaczął naciskać mi na brzuch, akcja jak z lekcji edb w liceum.
I wtedy wyplułam powód mojego zadławienia... był to pierścionek zaręczynowy! Omal mnie nie zabił, ale oświadczyny oczywiście przyjęłam.
Kilka tygodni temu, po miesiącach wyrzeczeń, kupiłam sobie fajnego smartfona. Parę dni temu dostałam od znajomych na urodziny kijek do selfie.
Poszłyśmy z koleżanką zrobić sobie zdjęcia nad Wisłą. Stanęliśmy na mostku, pstryknęłyśmy fotki. Ale jak wyszły zdjęcia niestety się już nie dowiedziałyśmy, bo zawadziłam telefonem o barierkę. Spadł do wody i został mi sam kijek.
Dodaj anonimowe wyznanie