Zacznę od tego, że moja mama często zwraca się do swojego męża, a mojego ojca "tata". Oczywiście robi tak dla żartu, kiedy ma dobry humor.
Pewnego dnia przyjechał do nas w odwiedziny mój dziadek od strony ojca. Taty akurat nie było, ponieważ był w pracy. Wszystko pięknie, dziadek siedzi w kuchni razem z mamą, rozmawiają, piją kawę, aż w końcu do domu powrócił zmęczony pan i władca całej rodziny. Zaraz po wejściu do domu zdjął buty i usiadł z mamą i dziadkiem przy stole. Znowu pięknie, siedzą, rozmawiają, aż temat się skończył i nastała chwila ciszy. Z racji tego, że tata niedawno wrócił z pracy, był przepocony, zmęczony i nie zdążył się jeszcze umyć. Nagle mama wypaliła do niego: "tata, nogi ci jadą", a DZIADEK na to "no moooże..."
Mamie było tak wstyd, że przez kolejny tydzień to przeżywała.
Byłam ze swoim ówczesnym chłopakiem, teraz już mężem, na basenie. Pływamy sobie i nagle przypadkowo smyrnęłam go ręką po przyrodzeniu.
- Przepraszam! - wołam spłoszona, bo nie byliśmy jeszcze parą zbyt długo.
- Nic się nie stało. - odpowiada on.
Ja, próbując zatrzeć swoje wcześniejsze zmieszanie, zgrywam wyluzowaną i tłumaczę:
- Bo wiesz, bałam się, że ci stanie i pod jego ciężarem pójdziesz na dno.
Na co mój amant z dumnym uśmiechem:
- Kochanie, jakby mi stanął to bym się nim o dno oparł!
Poprzedniego dnia wieczorem zdjęłam spodnie i jednocześnie majtki. Zmięte ubrania rzuciłam na krzesło. Nastepnego dnia ubrałam się i razem z mamą pojechałam na Jarmark Dominikanski. Przez jakiś czas... czułam się niezręcznie. Jakby wyrósł mi guz na nodze. Na szczęście uczucie minęło. Chwilę później usłyszałam wołającego mężczyznę "Przepraszam chyba coś zgubiłaś!". Odwróciłam się, a on trzymał w ręce moje wczorajsze majtki. Wzięłam je i wcisnęłam mamie do torebki. Nigdy nie było mi tak wstyd.
W zeszłym roku poznałem dziewczynę w popularnym serwisie randkowym. Spotkaliśmy się parę razy, kino, spacer, normalne rzeczy. Podobała mi się. Zaprosiłem ją na kolację do mnie. Bardzo się postarałem, aby to był romantyczny wieczór.
Weszła do mieszkania. W przedpokoju na szafce stał wazon z różami, które później planowałem jej wręczyć. Popatrzyła na nie i stwierdziła ze skrzywioną miną "Nie lubię róż, są takie oklepane". No myślę wtopa. Zaprosiłem ją do pokoju, gdzie wcześniej pozapalałem świeczki, aby było romantycznie.
Jak zaraz przyszedłem z winem to zobaczyłem, że wszystkie świeczki pogasiła, zaświeciła światło i siedząc przy stole była pochłonięta pisaniem czegoś na komórce... Podałem jej torebkę i zaproponowałem, że odwiozę ją do domu, bo "coś mi niespodziewanie wypadło". To była najkrótsza randka w moim życiu. Co ciekawe później była zdziwiona czemu przestałem się odzywać.
Mój dziadek od zawsze jest bardzo oszczędny. I to w nie w sytuacjach kiedy oszczędnym powinien być. Jest w stanie wydać trochę pieniędzy na gołębie (w sumie dobrze, że nie na Rydzyka), ale na jedzeniu dla siebie oszczędza, jak tylko może.
Kiedyś chciałam mu zrobić obiad. Jedyna bułka tarta jaka była, to z dodatkiem w postaci małych czarnych mieszkańców. Gdy powiedziałam o tym dziadkowi, stwierdził, że usmażą się na patelni. Kiedyś zjadłam u niego jajecznicę. Okazało się, że jajka są z lipca... a jajecznicę jadłam w styczniu. W końcu stwierdziłam, że zjem u dziadka tylko to co sama kupię wcześniej.
Jakiś czas temu mój dziadziuś siedział sobie przed telewizorem zajadając ser pleśniowy. Zdziwiłam się bo dziadek nie kupuje takich wynalazków. Okazało się, że to był serek topiony. Pleśń wyrosła sama.
Byłam wtedy w zaawansowanej ciąży, dostałam od mojej lekarki skierowanie na badania w przychodni, która znajdowała się w innej dzielnicy. Jak to zwykle bywa badanie polegało na pobraniu krwi i czekaniu na wyniki.
Pojechałam więc któregoś ranka do przychodni, miła pani pielęgniarka pobrała mi krew i dała wacik, a właściwie wielki kawał waty wielkości pięści, żeby sobie przycisnąć miejsce po ukłuciu. Jako, że czasu miałam niewiele, przycisnęłam wacik w zgięciu łokcia, naciągnęłam rękaw od bluzki i swetra i poleciałam na zakupy. Weszłam najpierw do apteki.
Tuż za mną wszedł do tej apteki żul - ale to taki mega-żul, nad którym unosiła się chmura wyziewów alkoholowych - masakra. No, ale cóż, lekarstwa trzeba było wykupić. Zaraz potem sklep spożywczy - i znów miałam pecha - tu też musiały chodzić żule, bo unosiły się niewyobrażalne opary spiritu. Zastanawiałam się jak ci ludzie już z samego rana tak wonieją, kiedy oni zdążyli tyle wypić w ogóle. No i co to za dzielnica jest.
Ale co tam, poszłam na przystanek, wsiadłam do swojego autobusu, usiadłam grzecznie... tak, w autobusie też były ewidentnie żule i znów opary alkoholu wszędzie. Wtedy pomyślałam właśnie, że czas wyjąć moją watkę, którą przyciskałam miejsce pobrania krwi. Podwinęłam rękaw... i oświeciło mnie!
To pani pielęgniarka nie tylko dała mi ogromny kłąb waty, ale też nasączyła go jakąś nieprawdopodobną ilością cuchnącego płynu. To nie żule śmierdziały, tylko JA. Gdy szłam ulicą, nie czułam tego, ale w każdym pomieszczeniu zamkniętym wydzielałam chmurę smrodu, uff - co sobie ci ludzie myśleli - w ciąży i w takich oparach.
Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze w podstawówce (chyba 3 klasa) znalazłam torebkę na strychu. Była mała, zgrabna, czerwona i prawie nowa. Otworzyłam ją, ale nic ciekawego tam nie było. W jednej kieszonce znalazłam jednak białe, podłużne coś, opakowane w folijkę. "To musi być breloczek!" - nie miałam wątpliwości.
Wszystko się zgadzało, był nawet specjalny sznureczek do przywiązywania. Dumna z odkrycia przyozdobiłam swoją dziecięcą torebeczkę breloczkiem. Dopiero kilka dni później dowiedziałam się, że to nie był breloczek tylko tampon.
Jechałam autobusem. Miałam to szczęście, że siedziałam. Tuż za mną pewna kobieta rozmawiała przez całą drogę o swoim burzliwym związku. Nawijała przez całą drogę, nic tylko wziąć kartkę papieru i zacząć pisać scenariusz do hollywoodzkiego filmu.
Byłam tak zaabsorbowana tym melodramatem, że dopiero w połowie drogi zdałam sobie sprawę, że autobus którym jadę ma przystanek dość spory kawałek od mojego domu. W takich sytuacjach zawsze dzwonię po tatę i on po mnie przyjeżdża. Tak więc wzięłam telefon do ręki, dzwonię... nic. Dzwonię jeszcze raz - nadal nic. Zdecydowałam zadzwonić do mamy, ponieważ jak to zazwyczaj bywa - rodzice trzymają się razem. Mama też nie odbierała. Dobijałam się parę dobrych minut. Nawet zadzwoniłam do siostry zapytać gdzie są rodzice, bo coś było nie tak.
W końcu się udało! Mama odebrała. Ja z przekąsem rzuciłam jej klasycznym tekstem "Gdzie ty trzymasz ten telefon? Nie mogłabyś go czasem odebrać?". Oczywiście nie mogłam liczyć na poczucie humoru mamy, zaczęła się irytować.
Nagle autobus zatrzymał się na przystanku. Pani, która obok mnie siedziała wstając złapała mnie za rękę i powiedziała "Żeby się dodzwonić trzeba się mocno pomodlić. Ja się za panią pomodliłam, żeby się pani udało!".
Pracuję w sklepie z elektroniką, który jest zlokalizowany w galerii handlowej. Dwa dni temu skończyłem pracę i udałem się do sklepu obuwniczego, aby wyhaczyć jakieś nowe ciżmy. Ledwo wszedłem, a tu widzę super piękną dziewczynę, która tam pracowała. Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała "Dzień dobry". Z wrażenia odpowiedziałem słowami, które pierwsze mi przyszły do głowy, bo je najczęściej wypowiadam w ciągu dnia, czyli: "W czym mogę pomóc?".
Mój przyjaciel, który mieszka przy tej samej ulicy, przysłał mi wiadomość, że potrzebuje napompować piłkę do nogi i czy mam pompkę. Odpisałem mu, że mam i żeby przyszedł.
Minęło 10 minut i słyszę, że otwierają się drzwi od domu. Akurat międzyczasie coś mi pilnego wypadło i byłem bardzo zajęty, a nawet nie zdążyłem poszukać tej pompki, więc nie wstając od komputera krzyknąłem do niego zachrypniętym głosem "Zostaw mi ją, sam ją napompuję i za pół godziny ci odniosę!". Ledwo to powiedziałem, a usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi i mojego kumpla jak krzyknął "Czekaj no...".
Okazało się, że tak naprawdę to chciał mi zrobić niespodziankę i przyprowadził swoją nową dziewczynę, aby mi ją przedstawić. Nic nie wiedziała o pompce i jak mnie usłyszała to wybiegła z domu :)
Dodaj anonimowe wyznanie