#woOKn
Pojechałam więc któregoś ranka do przychodni, miła pani pielęgniarka pobrała mi krew i dała wacik, a właściwie wielki kawał waty wielkości pięści, żeby sobie przycisnąć miejsce po ukłuciu. Jako, że czasu miałam niewiele, przycisnęłam wacik w zgięciu łokcia, naciągnęłam rękaw od bluzki i swetra i poleciałam na zakupy. Weszłam najpierw do apteki.
Tuż za mną wszedł do tej apteki żul - ale to taki mega-żul, nad którym unosiła się chmura wyziewów alkoholowych - masakra. No, ale cóż, lekarstwa trzeba było wykupić. Zaraz potem sklep spożywczy - i znów miałam pecha - tu też musiały chodzić żule, bo unosiły się niewyobrażalne opary spiritu. Zastanawiałam się jak ci ludzie już z samego rana tak wonieją, kiedy oni zdążyli tyle wypić w ogóle. No i co to za dzielnica jest.
Ale co tam, poszłam na przystanek, wsiadłam do swojego autobusu, usiadłam grzecznie... tak, w autobusie też były ewidentnie żule i znów opary alkoholu wszędzie. Wtedy pomyślałam właśnie, że czas wyjąć moją watkę, którą przyciskałam miejsce pobrania krwi. Podwinęłam rękaw... i oświeciło mnie!
To pani pielęgniarka nie tylko dała mi ogromny kłąb waty, ale też nasączyła go jakąś nieprawdopodobną ilością cuchnącego płynu. To nie żule śmierdziały, tylko JA. Gdy szłam ulicą, nie czułam tego, ale w każdym pomieszczeniu zamkniętym wydzielałam chmurę smrodu, uff - co sobie ci ludzie myśleli - w ciąży i w takich oparach.
Co jak co, ale ciężarna kobieta śmierdząca alkoholem wywołuje większe zgorszenie niż stado żuli :D
"Stado żuli" :D