W tamtym tygodniu moja firma urządziła imprezę integracyjną. Poszedłem na nią razem z narzeczoną. Poznała tam wszystkich moich kolegów i koleżanki z pracy, w tym Magdę, o której często jej coś opowiadałem, bo w pracy siedzi biurko obok i czasami realizujemy różne zadania wspólnie.
Czego moja narzeczona dotychczas nie wiedziała, to że Magda jest wyjątkowo atrakcyjną kobietą, typ "modelki". Widziałem po niej, że odnotowała ten fakt, co więcej była z niego zauważalnie niezadowolona. Nie chciałem aby czuła się zagrożona, bo bardzo ją kocham i tylko ona się dla mnie liczy, więc powiedziałem jej na ucho "Nie masz czym się martwić, ona jest zupełnie nie w moim typie, mi się podobają pulchniutkie kobiety".
Gdyby ktoś jeszcze chciał użyć tego tekstu to z góry ostrzegam, że już lepiej nic nie mówić.
Pewnego letniego dnia wybrałam się z koleżanką na zakupy. Przy okazji postanowiłam wstąpić do krawcowej z moją spódnicą, żeby ją zwęzić. Jednak nie zdążyłam, gdyż chodzenie po sklepach zajęło nam cały dzień, a do tego doszły jeszcze inne sprawy.
Wieczorem wracając już około 20, do mojej kumpeli zadzwonił nasz dobry kolega z klasy. Zaprosił nas do siebie na obejrzenie filmu, który kupił sobie na DVD i na dodatek miał wolną chatę. Wstąpiłyśmy, kupując przy okazji kilka piw. Gdy skończyliśmy to odwiózł nas jego sąsiad.
Po obudzeniu rano postanowiłam szybko wstać i pójść wreszcie do tej krawcowej, bo wiedziałam, że nie będzie jej przez 2 tygodnie. Nagle zorientowałam się, że nie mam reklamówki ze spódnicą. Została u kolegi... Musiałam tam pójść i ją wziąć.
Zapukałam, a drzwi otworzyła jego mama. Okazało się, że chłopaka nie było. Kobieta zapytała: "W czym ci mogę pomóc?". Na co ja mając jeszcze kaca po wczorajszym i myśląc tylko o tym, żeby jak najprędzej stąd pójść, palnęłam: "Wie pani co, wczoraj trochę razem wypiliśmy i zostawiłam tu spódnicę. Mogę ją zabrać?". Mina jego matki? Bezcenna....
Byłam na weekend u chłopaka gdy do pokoju weszła jego mama z tel w ręce i dziwną miną. Podała go swojemu synowi mówiąc ze coś chyba popsula, dostała propozycję pakietu, odpisala na sms, a nie dostała żadnego potwierdzenia. Odczytaliśmy ostatnie wiadomości, okazało się że "teściowa" na sms z sieci z ofertą pakietu darmowych smsów odpisala: "Poproszę o pakiet".
Mieszkam w kamienicy na poddaszu. W okresie lata jest nie do wytrzymania bez przynajmniej 3 wiatraków. Biorę prysznic. Słyszę dzwonek. Zawijam się tylko samym ręcznikiem i otwieram drzwi. Stoi mój dobry sąsiad z dołu w samych slipkach, około 50-tki, żonaty, z olbrzymim brzuchem (naprawdę dużym).
- Dzień dobry, pan się zna na komputerach prawda?
- No trochę tak. A co się dzieje?
- Wie pan, bo problem jest, bo komputer nie działa i nie wiemy, co zrobić. Mógłby pan zerknąć na to okiem?
- Czemu nie.
Schodzimy na dół do tego mieszkania. Ja dalej owinięty w ręcznik próbuję rozwiązać problem. Nie ważne w tej historii, co się zepsuło - ważne, że naprawiłem. Wychodząc z mieszkania w progu, sąsiad się pyta:
- Ile mam panu zapłacić?
- Ależ proszę pana, niech pan nie żartuje. Dla mnie to była czysta przyjemność.
Całą tą rozmowę słyszał sąsiad z naprzeciwka, który wychodził ze swego mieszkania. Stanął jak wryty, patrząc na nas - jeden owinięty w sam ręcznik, a drugi w samych slipach - tak upiornym wzrokiem jakiego nigdy w życiu nie widziałem.
Do dzisiaj patrzy na mnie z okropnym obrzydzeniem, a na osiedlu chodzą plotki o mojej prostytucji.
Kilka lat temu byłem wraz ze znajomym w Berlinie, korzystając z wolnego czasu udaliśmy się do centrum handlowego. Podczas przechadzki naszą uwagę zwróciło jedno stoisko z gastronomią. Według nas wyglądało to na kurczaka z rożna, tylko że to nie był kurczak, ale też sie kręciło w kółko.
Staliśmy tam dobre 5 minut rozmawiająć na temat "co to ku*wa jest". W końcu jako, że lepiej operuję językiem obcym, spytałem ekspedientkę, co to dokładnie jest, na co ona perfekcyjnie posługując się językiem polskim odowiedziała "To są ku*wa pączki".
Sytuacja miała miejsce jakieś 4/5 lat temu, kiedy uczęszczałam na prywatne zajęcia gitary. Chodziłam do domu mojego nauczyciela i zawsze graliśmy w garażu, gdzie miał swoje studio i dużo różnorodnych gitar. Do garażu prowadził podjazd z bramą, po drugiej stronie bramy był chodnik i dalej miejsca parkingowe dla samochodów. Osiedle spokojne, ulica szeroka, tak że czasami samochody stały na niej, a oświetlenie nocą nie najlepsze. Była zima, a jak wiadomo w zimie szybko robi się ciemno. Zajęcia miałam zawsze na 18, po godzinie kończyłam, czyli jak sobie wyobrażacie o 19 było już naprawdę ciemno. Jednak nigdy się nie bałam, bo przyjeżdżał po mnie tato; mieliśmy wtedy ciemnogranatowe kombi.
Po skończonej lekcji wyleciałam z garażu, pożegnałam się z nauczycielem i czym prędzej chciałam opowiedzieć tacie jakiej piosenki się nauczyłam grać. Jarałam się jak pochodnia i gdy zobaczyłam czekające już na parkingu ciemnogranatowe kombi, niewiele myśląc wsiadłam na miejsce pasażera. Zaczęłam opowiadać, jak to super mi się gra na elektryku, że "tato ale będziemy sobie jamować w domu". Drzwi zamknięte, futerał z gitarą między nogami, ale coś mi nie pasuje. Tato się nie odzywa, nawet nie włączył silnika, a powinien to zrobić, gdy tylko mnie zobaczył na chodniku. Wtedy spostrzegłam, że kokpit jest całkiem inny niż w moim samochodzie. Pełnym zgrozy i przerażenia wzrokiem spojrzałam na kierowcę i moim oczom ukazał się jakiś facet, czerwony na twarzy od powstrzymywania wybuchu śmiechu. Zrobiłam się biała jak ściana, coś wydukałam, że przepraszam i czym prędzej ewakuowałam się z miejsca zbrodni.
W tej samej chwili zobaczyłam mojego tatę w samochodzie, który stał niedaleko. Szybko podbiegłam i wsiadłam już do swojego auta i widząc płaczącego ze śmiechu ojca zaczęłam go opieprzać, że stanął w innym miejscu niż zwykle, ale po chwili dałam sobie spokój i sama zaczęłam się śmiać.
W liceum dość intensywnie trenowałem sztuki walki, w efekcie czego często dochodziło do różnych kontuzji. Po którymś treningu skończyłem z mocno ponaciąganymi nadgarstkami, które już w domu zamierzałem obandażować bandażem bokserskim w celu stabilizacji nadgarstka. Niestety kot uznał, że ten kłębek materiału jakim był bandaż należy do niego. Co skończyło się bitwą, w której nie odbyło się bez ofiar w postaci podrapanego nadgarstka. Jednak skoro bitwę wygrałem, to ostatecznie usztywniłem nadgarstek.
Dzień następny. Jestem w szkole, rano nie miałem czasu poprawić bandaża, więc robię to na lekcji. Po zdjęciu bandaża ukazuje się ręka z poziomymi cięciami na przegubach. Widzą to koleżanki.
Kolejny dzień. Dopadła mnie klątwa faraona, nie jestem w stanie wyjść do szkoły, a w biegu nawet nie wziąłem ze sobą na tron zabijacza czasu, jakim jest telefon. Koleżanki najpierw SMSują, czemu mnie nie ma. Potem zaczynają panikować i dzwonić. Klątwa skutecznie uniemożliwia mi nawet rozważenie wstania z porcelanki. Telefon dzwoni nadal, ale go nie słyszę. Po bardzo nierównej walce idę się okąpać i zaraz do łóżka, gdzie kładę się na brzuchu, bo tyłek to mi chyba rozerwało. Bitwa była ciężka i męcząca, zasypiam. Budzą mnie przerażeni rodzice...
Następny dzień spędziłem u psychologa szkolnego na pogadance, jakie to życie jest piękne, że nie warto się ciąć, że... bla, bla, bla. No cóż, dla koleżanek bandaż + nacięcia + nieobecność następnego dnia z jednoczesnym brakiem kontaktu oznaczało tylko jedno, na PEWNO musiałem sobie coś zrobić.
Pewnego zimowego dnia wybrałem się na łyżwy. Miałem duże szczęście, bo na całym lodowisku było tylko kilka osób, w tym jedna śliczna dziewczyna.
Z racji tego, że jeżdżę bardzo dobrze (ahh ta skromność ;) zacząłem się trochę przed nią popisywać. Spodobało jej się, bo zaczęła się do mnie uśmiechać. Podeszła do mnie i zamieniliśmy kilka zdań. Normalnie moje kontakty z dziewczynami są bardzo ograniczone, więc byłem zachwycony :D Nie miałem przy sobie telefonu, ale dziewczyna zapisała mi swój numer na karteczce.
Wróciłem do domu strasznie ucieszony i chciałem od razu do niej napisać. Karteczki szukałem prawie godzinę, ale jej nie znalazłem... Zmarnowałem swoją największą jak dotąd szansę. A uśmiech tej dziewczyny był tak ładny, że pamiętam go do dzisiaj :(
Piszę to trochę na pocieszenie dla tych, co przypadkiem swoją drugą połówkę poznali na odległość. Dawno dawno temu, siedziałam ja sobie i pisałam na forum internetowym. Miałam tam kilku swoich "online" znajomych, ot takie pogaduchy na interesujący nas temat. Jedna z osób z owego forum dorwała mój numer gg. Nie bardzo mi się podobało, że ktoś w zasadzie obcy do mnie pisze, więc byłam raczej oschła, jeśli nie powiedzieć niemiła. Kolegi jednak to nie zraziło i po jakimś czasie wrednego zagadywania mnie zaczęliśmy się dogadywać.
Po krótce - w końcu żeśmy się wzięli i w sobie zakochali. Nawet nikt nikogo nie "prosił" o bycie jego drugą połówką, tak się po prostu stało i już. Były jednak dwa problemy - pierwszy był taki, że on miał 15 lat a ja, cóż, 18. Drugi - prawie 300 km. Moja rodzina nie należała do najbogatszych, więc nie poszłam do mamuni i nie wydoiłam na ładne oczka na wycieczkę, zostało mi uparcie zbierać.
Koniec końców, spotkaliśmy się po kilku miesiącach od zauroczenia, spotkanie było niesamowicie drętwe i to jeszcze z jego rodzicami! Ale nie poddaliśmy się. Mimo niechęci ze strony jego rodziców (jakby nie patrzeć był młody troszkę), mimo tego, że na samym początku spotykaliśmy się co pół roku, mimo płaczu po nocach, że nic z tego nie będzie - kiedy skończył 19 lat, przeprowadził się do mojego miasta na studia. I tak oto, od prawie 4 lat mieszkamy razem. We wrześniu 'stuknie' nam 8 rocznica :)
Od ponad roku mieszkam w Holandii. Sytuacja sprzed kilku miesięcy. Wybrałam się wraz z chłopakiem do azjatyckiej restauracji. Weekend, piękna pogoda za oknem, przytulne wnętrze. Idealnie. Po posiłku przyszedł czas na deser. Lody, owoce, galaretki. I wtedy naszło mnie, żeby zapytać go czy wiedział, że galaretka jest dobra na kości. Więc mówię ,,Do you know? Jelly is good for bones." Patrzy na mnie, cały czerwony, powstrzymuje śmiech, oczy szkliste. ,,What did you say?" Więc powtarzam, ciut głośniej ,,Jelly is good for bones." Widzę, że jest jeszcze gorzej, łzy już mu ciekną po policzkach, śmieje się jak jakiś wariat zatykając usta pięścią. W końcu spytałam ,,What is that funny?".
Okazało się, że mówiąc dość szybko i dodając do tego mój przekosmiczny akcent powiedziałam ,,Jelly is good for balls" (czyli "galaretka jest dobra na jaja"), kompletnie nie zdając sobie sprawy z błędu. Po chwili oboje zanosiliśmy się od śmiechu. Oczywiście nie byliśmy tam sami. Z relacji mojego chłopaka wynika, że ludzie dookoła zamarli ze sztućcami w dłoniach, obracając twarze w naszą stronę, a to co można było wyczytać z ich min to jedno wielkie ,,whaaaat?! ".
Dodaj anonimowe wyznanie