Ostatnio złamałam rękę, akurat dzień przed tym, jak miałam iść do fryzjera. Pomyślałam, że czas wreszcie umyć włosy. A że sama nie mogłam poprosiłam o to mamę.
Mamy dość małą łazienkę, więc aby dosięgnąć do kranu (prysznica) musiałam klęknąć. Mama w tym czasie zaczęła myć mi włosy. Pech chciał, że akurat szampon zaczął dostawać mi się do oczu, a ja jak na złość nie mogłam dosięgnąć ręcznika. Zaczęło mnie powoli szczypać, więc postanowiłam sprawdzić ręką, czy nie ma nic w pobliżu.
Sprawną ręką, zaczęłam macać na oślep i wyciągnęłam z kosza na brudną odzież jakiś materiał i wytarłam nim całą pianę z twarzy. Mimo to nadal nie mogłam otworzyć oczu, ale przynajmniej nie szczypało. Wydawało mi się, że to była moja bluzka. Nawet materiał się zgadzał.
Po umyciu głowy, tak dla pewności postanowiłam sprawdzić, czym wytarłam oczy. Jakiegoż wstrząsu doznałam, gdy zobaczyłam, że do wytarcia twarzy posłużyły mi majtki mojego brata. Tak... Udany początek dnia...
Trzy lata temu miałem zajęcia z prawa. Na jednych z nich wykładowca zadał jakieś pytanie, na które odpowiedź znał tylko on, w stylu: "Czy artykuły Komisji Prawa Międzynarodowego dotyczące odpowiedzialności państw są nową formą kodyfikacji prawa międzynarodowego? Jak ktoś odpowie mi na to pytanie dostanie 5 z egzaminu.".
Tak więc postawiłem na logikę prawniczą, podnoszę rękę i mówię:
- Ja znam odpowiedź!
- Proszę mówić.
- Tak, są.
Wykładowca patrzy jak na idiotę...
- No tak ale dlaczego?
- Ale zaraz, zaraz, pytał pan profesor CZY SĄ? To odpowiadam, że OWSZEM SĄ.
Niestety... postawił mi jedynie plusa za kreatywność :)
Na religii mówiliśmy o islamie. Katecheta poruszył na tej lekcji temat o konsekwencjach uprawiania seksu pozamałżeńskiego przez kobiety w tej religii. W pewnym momencie powiedział: "Gdyby się tak zastanowić to większość dziewczyn z tej szkoły już by nie żyła".
Pracuję w prywatnym przedszkolu. W ciągu roku do mojej grupy zostało zapisane nowe dziecko, które wcześniej nie chodziło do przedszkola. Pewnego dnia dziewczynka ta przyszła spóźniona. Usłyszałam jej płacz zza drzwi, więc chciałam wyjść pomóc. Drzwi sali były uchylone i akurat jak do nich podeszłam usłyszałam po drugiej stronie rozmowę:
- Mamo, ale ja nie chcę, te ciocie są głupie! - narzekała dziewczynka.
- Wiem, że są głupie, ale nie powinno się tak mówić, bo to nieładnie! - wytłumaczyła mama.
To historia sprzed roku, z pierwszej randki z moją aktualną dziewczyną. Znałem ją jeszcze z liceum. Była w innej klasie, więc to tak bardziej z widzenia, bo może kilka razy rozmawialiśmy, ale lubiłem ją. Potem ona się przeprowadziła się z rodzicami do innego miasta i straciliśmy kontakt. Po 5 latach niespodziewanie spotkaliśmy się. Okazało się, że właśnie przeniosła się na moją uczelnię. Wymieniliśmy numery telefonów.
Po paru dniach zadzwoniłem do niej i umówiliśmy się na kawę. W dzień spotkania dostałem od niej rano smsa, że się cieszy że się zobaczymy i że w czasach liceum bardzo się jej podobałem. Zaskoczyła mnie taka wiadomość, nie miałem pomysłu jak odpowiedzieć.
Po południu akurat siedziałem z kolegami, gdy ona zadzwoniła upewnić się co do miejsca, gdzie się umówiliśmy. Gdy skończyliśmy rozmowę powiedziałem kolegom o tej wiadomości od niej, na co oni zaczęli się śmiać i komentować, jak to na pewno tego dnia “zamoczę”, czeka mnie “pukanie” itp. i do tego wydawali małpie dźwięki. Czyli normalne zachowanie facetów w męskim towarzystwie, nic nadzwyczajnego, takie tam pitolenie.
Przyszła umówiona godzina 20:00, byłem punktualnie na miejscu, ale jej nie było. Minęło 15 min, wciąż jej nie było. Przyszła dopiero o 20:30 i była mega chłodna i oziębła. Nic nie zamówiła i rozmowa ewidentnie się nie kleiła. W końcu po 10 minutach wydusiła z siebie “Jak oczekujesz jakiegoś moczenia to najlepiej sam się oblej tym piwem, a potem puknij się szklanką w czoło”.
Jak się okazało po rozmowie nie rozłączyłem połączenia i ona słyszała wszystko, co żeśmy potem mówili…
Mam 20 lat i mam dwie młodsze siostry. Przychodzi taki dzień raz miesiącu, kiedy to zabieram je w jakieś miejsce, żebyśmy mogły 'zacieśnić siostrzane więzy'. Czasem zabieram je do kina, na pizzę lub zakupy. Ostatnio odłożyłam sobie pewną sumę pieniędzy, żeby zabrać siostry na zakupy do galerii. Mieszkamy w centrum miasta, więc w 10 minut jesteśmy na miejscu. Jako że często robimy sobie kawały (czasem dość okrutne), namówiłam najmłodszą siostrę (7 lat), aby ta, gdy będziemy przechodzić obok jakichś chłopaków mówiła do średniej (19 lat), "mamo”.
Przez około godzinę pomykałyśmy ze sklepu do sklepu w poszukiwaniu niezłych ubrań. Moja średnia siostra szukała sukienki, którą mogłaby założyć na randkę z chłopakiem, którego poznała na imprezie u swojej przyjaciółki. Była dość podenerwowana, przez co i mi udzielił się jej humor. Niestety zapomniałam o tym by uprzedzić najmłodszą, aby nie robiła tego, do czego wcześniej ją namawiałam.
Wychodziłyśmy z kolejnego sklepu i moja średnia siostra pomknęła do następnego.
Nagle najmłodsza zobaczyła kawiarnię i pobiegła za nią, przy czym łapiąc ją za rękę powiedziała: "Mamo kup mi loda!". Pech chciał, że w owej kawiarni siedział chłopak, z którym miała się spotkać oraz ich wspólni znajomi. Mina mojej średniej siostry i jej znajomych bezcenna.
Niestety obraziła się na mnie za tak chamski żart i to przy jej znajomych, a zwłaszcza tym chłopaku. Od tamtej pory pilnuję najmłodszej i zakres naszych kawałów ograniczamy do minimum.
Pewnego dnia poszedłem do kolegi z moim laptopem bo na jego komputerze nie działała gra "Portal 2". No i tak siedzimy i gramy. W końcu już się nam znudziło i wyszliśmy do pulpitu. Ja tak patrzę po tym pulpicie i nagle zacząłem krzyczeć do swojego kolegi: "Paweł, ty mnie szpiegujesz! Co tu robi moją prezentacja?". On patrzy się na mnie jak na debila i mówi: "Bo to twój laptop idioto".
Sytuacja w pociągu. Jedzie rodzina - córka nastoletnia, ojciec, matka. Naprzeciwko siedzi jakiś starszy facet w garniaku. Dziewczyna była ubrana dość wyzywająco, wszystko na wierzchu, dekolt po pępek i krótkie spodenki. Facetowi to widocznie przeszkadzało, więc wpadł na pomysł. Zaczął się ostentacyjnie wpatrywać w biust młodej dziewczyny, aż zauważył to ojciec i pyta:
- Czemu pan się tak gapi?
- Myślałem, że jest taka odkryta po to, żeby patrzeć.
Rzecz miała miejsce w jedynym w okolicy spożywczaku. Pracuje tam mój kumpel, a właścicielami są jego rodzice. Parę dni temu wieczorem przyszłam po tradycyjny zestaw - fajki, zupki chińskie, energetyki - normalka.
W którymś momencie, jakieś dziecko z osiedla, może 10 lat maks, przyszło z królikiem. Taki wielki, czarno-biały, upasiony zwierzak, nieświadomy kompletnie tego co się wokół niego dzieje, siedział jej w ramionach. A mój kumpel, jako wielki miłośnik zwierząt i mega ciepły człowiek, zapytał czy może króliczka na ręce, na co oczywiście dziewczynka przystała. Wielka euforia, ten cały uradowany, bo w końcu mała, urocza kulka futra w rękach. Poszedł do swojej mamy, która akurat pracowała na kasie i zadowolony z siebie "Patrz co mam, mamo" z bananem na ryju i radością w oczach. Na wszystko co ma cztery łapy i futro reaguje identycznie, po prostu chodząca miłość. Mojego psa kiedyś zwinął spod sklepu i przyniósł do środka.
Jego matka, kompletne przeciwieństwo mojego kumpla (zawsze się bałam tej wiedźmy, zresztą trudno się dziwić), patrzy na niego jak na idiotę i mówi coś w stylu "Kolejnego futrzaka na gulasz przytargałeś, jełopie?" z kompletną powagą. W tym momencie dziewczynka kompletnie przerażona wyrwała mu zwierzaka z rąk, kopnęła go w nogę i z piskiem podpadającym pod ultradźwięki wybiegła ze sklepu z płaczem wrzeszcząc "Nie dam przerobić Mikusia na gulasz!".
Widać było moment w którym kruche serduszko mojego kumpla pękło na drobne kawałeczki. Odwrócił się ze szklankami w oczach do swojej matki i z wyrzutem powiedział "Czemu to zrobiłaś, potworze?!?" po czym stanął plecami do niej obrażony.
Gdy tylko przestałam się śmiać, podeszłam do niego i zażartowałam "No już, no już, kupię ci nowego". On odwrócił się i z naiwną dziecięcą nadzieją (warto dodać że mamy po 18 lat) zapytał "Naprawdę?", a zza pleców usłyszeliśmy głos jego matki "Jeżeli faktycznie to zrobisz, to to jego przerobię na gulasz, a królik będzie tu pracował!" kompletnie poważnie, tym swoim wiecznie wkurzonym głosem.
Mam 19 lat, sytuacja ta wydarzyła się rok temu w wakacje. Miałem jechać do pracy, naszykowałem się i stwierdziłem, że przed pracą zaliczę toaletę. Usiadłem, zrobiłem co miałem zrobić, wziąłem torbę i wyszedłem na autobus. Wszedłem do autobusu, siadam. Patrzę, a na siedzeniu obok leży kostka do toalety (taka wieszana w muszli). Pierwsza myśl po jaką cholerę komuś był taki zapach w autobusie? Ale sprawę zignorowałem i o niej zapomniałem.
Wróciłem wieczorem do domu, na drugi dzień rozmawiam z mamą, a ona się mnie pyta czy przypadkiem nie spuściłem w toalecie kostki gdyż gdzieś zniknęła... Szybko połączyłem wątki i udałem głupiego mówiąć, że nie wiem gdzie jest. Wychodzi na to, że jak kończyłem załatwiać swoją sprawę nie wiedzieć jakim cudem uchwyt musiał zahaczyć mi się o spodnie. Z wiszącą kostką toaletową przeszedłem przez pół wsi i przez autobus pełen ludzi. Do tej pory nigdy nikomu się do tego nie przyznałem :)
Dodaj anonimowe wyznanie