Dwadzieścia lat temu przed ślubem moich rodziców moja babcia pokłóciła się na śmierć i życie z proboszczem. Nie jestem w stanie powiedzieć o co dokładnie poszło, ogólnie chodziło o jakieś wytyczne kościoła, z którymi moja babcia się nie zgadzała. Od tego czasu powiedziała, że nie postawi więcej nogi w kościele.
Moja mama starała się jednak mnie wychować na wierzącą osobę, wiec chodziłyśmy razem co niedzielę do kościoła i przyjmowałyśmy księdza po kolędzie. Pewnego razu jak taka wizyta księdza się przydarzyła, miałam wtedy 5-6 lat, moja babcia dowiedziała się, że będzie nas odwiedzał proboszcz, z którym się pokłóciła. Powiedziała mamie, że jak ksiądz zapuka do drzwi, to ona pójdzie zamknąć się w łazience ze zgaszonymi światłami, poczeka aż sobie pójdzie, a mama ma mówić, że jej nie ma w domu.
Ksiądz przyszedł, więc babcia schowała się w łazience. Zapytał się mamy na wejściu czy wszyscy są w domu, na co moja mama odpowiedziała, że nie ma babci. Jak prawie każde dziecko byłam bardzo szczera, więc słysząc kłamstwo z oburzeniem krzyknęłam: "Nieprawda! Babcia siedzi w łazience ze zgaszonym światłem!". Mama czerwona zaczyna się wykręcać i zmyślać kity, że babcia bardzo schorowana, moczy korzonki w wannie. Ksiądz z niedowierzeniem: "Po ciemku?". No to mama dalej wymyśla, że tak się relaksuje, oczy zmęczone. Ja przerwałam jej w pół zdania i mówię: "Co ty mama kręcisz, babcia na kiblu siedzi!".
Nie pamiętam jak zakończyło się spotkanie i czy moja mama dalej brnęła w historię chorych korzonków mojej babci, ale przy następnej wizycie to mnie zamknęły w tej łazience.
Upalny dzień, ja zmęczona po pracy siadam przed komputerem. Pić mi się chce jak cholera, zbieram swoje cztery litery, lecę pedzę do lodówki, a tu echo. Nie ma nic, kompletnie nic do picia. Ale chwilka. Stoi piwko!
Ja, niedoświadczona w piciu, łapię za to piwo i szukam otwieracza. No nigdzie. Myślę sobie "za jakie grzechy?". Biorę zapalniczkę, kufel i przed komputer. Mija 5 minut, wciąż męczę się z otwieraniem butelki. Mija kolejnych 10, bez efektu. Pierdzielę to, poczekam aż chłopak przyjedzie.
Jakąś godzinkę pózniej (tak, zdążyłam zdechnąć z pragnienia jakieś 10 razy) przyjeżdża mój chłopak. Opisuję mu sytuację i proszę, żeby otworzył mi to cholerne piwo. Wiecie co jest najlepsze?
Kapsel był odkręcany.
Gdy miałam 5 lat mieszkałam w bloku. Na dziesiątym pietrze. Wraz z moim o rok starszym bratem bardzo lubiliśmy oglądać w telewizji Power Rangers i inne tego typu rzeczy. Wiele razy wyobrażałam sobie, że jestem bohaterką takiego serialu. Jednak nie chciałam kończyć tylko na marzeniu o wspaniałych historiach i przygodach. Pragnęłam sama zrobić coś niesamowitego.
Najodpowiedniejszym pomysłem wydał mi się skok ze spadochronem. W końcu mieszkałam na 10 piętrze. Oczywiście nie miałam profesjonalnego sprzętu, jednak kocyk, który znalazłam w szafce wydał mi się idealny do tego zadania. Trzymając cztery rogi koca zrobiłam kilka prób skoku z łóżka na podłogę. Średnio się to sprawdzało. Na całego szczęście po zastanowieniu zaniechałam tego pomysłu i żyję.
Pierwsza klasa liceum, ostatnia lekcja fizyki w roku szkolnym. Nauczyciel włączył nam film, a sam usiadł na tyłach klasy. Nagle zaczął kichać i wyszedł na zaplecze (pracownia fizyczna w naszej szkole miała dodatkowe, zamykane pomieszczenie). Na początku nikt nie zwrócił na to uwagi, film trwał, a minuty mijały. W końcu jeden kolega zaniepokoił się i kazał komuś sprawdzić, dlaczego nauczyciel się tam zamknął. Po jakiś 3 minutach odważna ochotniczka wstała i zapukała na zaplecze, po czym zawołała kolegę, a sama wybiegła z klasy.
Zaaferowani zobaczyliśmy, że nauczyciel zwija się z bólu, ledwo siedząc na krześle. Oczywiście karetki nie chciał, bo uważał, że nic mu nie jest, ale kazał koleżance pobiec do sekretariatu. Zdziwiliśmy się, że wróciła sama. Okazało się, że pomiędzy nią, a panią sekretarką wywiązał się taki dialog:
- Dzień dobry, panu od fizyki chyba wypadł dysk, mogłabym prosić o szybką pomoc?
- To niech pójdzie do informatyka.
Na szczęście, mieliśmy tyle rozumu, że inni poszli w tym czasie po dyrektora, wfistę i ktoś zadzwonił po karetkę. Jednak do końca roku szkolnego wszyscy się śmiali z tego dialogu.
Parę lat temu zgubiłam telefon. Kupiłam go miesiąc wcześniej, był to iPhone 4S, na tamte lata super sprzęt. Zapłaciłam sporo kasy. Nie wiedziałam co robić, nie ubezpieczyłam go ani nic. Zachodzę na Komisariat Policji (nie wiem skąd mi przyszedł taki pomysł). Przychodzi dyżurny policjant i mnie pyta:
- Co się stało, w czym mogę pomóc?
- Zgubiłam telefon... - odparłam.
- Jaki?
Podałam markę, wartość itd, a on na to:
- A gdzie?
- Żebym wiedziała gdzie, to chyba bym po niego poszła... - odpowiedziałam.
A on:
- Ja też.
Jak miałem 4 lata, byłem strasznym maminsynkiem (i zostało mi tak aż do 12 roku życia). Rodzice zabrali mnie na ślub. Jak to dziecko trochę picia, jedzenia, a najwięcej biegania w kółko. Ale jak to bywa przychodzi potrzeba, więc idę do mamy. "Mamo chcę siusiu". Koleżanka, z którą moja rodzicielka rozmawiała zapytała się mnie, czemu nie pójdę z ojcem się wysiusiać, a ja na to: "Bo mama najlepiej trzyma".
Mama do dzisiaj mi to przypomina i mówi, że potem przez całą imprezę musiała odganiać panów, którzy chcieli się przekonać o jej niezwykłym talencie :D
Miałem chyba jakoś 6 lat a w moim pokoju, jak to w pokoju dziecka, panował bałagan. Zabawki porozrzucane, ubrania nieposkładane, generalnie chaos. Mama postanowiła coś z tym zrobić, ale subtelnie i nie bezpośrednio.
Nawciskała mi jakieś kity o pewniej pani, która chodzi od domu do domu i sprawdza czystość w całym domu. Nie mogliśmy przecież odstawić jakiejś szopki, więc zaplanowano generalne sprzątanie. Ja tak strasznie się tym przejąłem, że cały dzień układałem te wszystkie zabawki, ubrania, itd., ale efekt był powalający.
Na następny dzień miała nas odwiedzić owa "Perfekcyjna Pani Domu". Jako że dziecięca duma z posprzątanego pokoju nie pozwalała mi ominąć wizyty tej wspaniałej osoby postanowiłem, że tego dnia nie wychodzę z domu. Ale wpadli koledzy i wyciągnęli mnie na podwórko.
Oczywiście o całej sprawie przypomniałem sobie, jak mama wolała mnie na przysłowiowe "ziemniaki", więc ja podekscytowany pytam, co o moich porządkach powiedziała owa zacna pani. Mama lekko zmieszana, widać że nie wie co odpowiedzieć, na poczekaniu wymyśliła: "Yyy tak, że ładnie, bardzo ładnie. I powiedziała, że za jakiś czas znowu przyjdzie sprawdzić, czy nie masz tego bajzlu u siebie w pokoju".
Tak to mama "przekonała" mnie, że trzeba dbać o swój pokój, bo nigdy nie wiadomo, kiedy wpadnie do ciebie pani, która sprawdza czystość w domach. Jednych straszyli Babą Jagą, a innych widmem Perfekcyjnej Pani Domu. A efekt taki że do dzisiaj w moim pokoju lśni na błysk ;)
Pewnego razu mój ojciec poprosił mnie, abym odwiózł jego ojca a mojego dziadka do okulisty w celu zbadania wzroku (w ostatnim czasie mocno się uskarżał na pogorszenie wzroku). Kiedy przybyliśmy na miejsce, wszedłem razem z dziadkiem do gabinetu.
Okulista wskazał na literę na tablicy i spytał co to za litera, a dziadek na to "A gdzie jest tablica?". Choć bardzo się starałem, nie udało mi się powstrzymać od śmiechu.
Jakiś tydzień temu byłam z rodziną w górach. Nasze piękne Tatry jak zwykle zachwycały swą urodą. Dlatego gdy pewnego razu wracałam ze szlaku z moim tatą, przystanęłam na moment nad jednym ze stawów, by zrobić kilka zdjęć i schłodzić dłonie w wodzie.
Jednak gdy tylko nachyliłam się, między kamieniami dostrzegłam wetkniętą butelkę, do połowy zapełnioną wodą, co od razu mnie rozdrażniło. Bo jak można śmiecić w tak pięknym miejscu, w Parku Narodowym?! Bez dłuższego zastanowienia chwyciłam butelkę i dumnie oznajmiłam tacie, że "dziś zrobię dobry uczynek" i zbiorę śmieci ze ścieżki. Żeby wygodniej się ją niosło, odkręciłam zakrętkę i z dużym rozmachem wylałam wodę, uśmiechając się przy tym szeroko. Dopiero niemrawa mina mojego ojca uświadomiła mi, że coś jest nie tak, dlatego odruchowo spojrzałam za siebie.
Kilkanaście metrów dalej na kamieniu siedziała kilkuosobowa rodzinka z niedowierzaniem przyglądająca się mi... gdy wylewałam ich świeżo schłodzoną wodę.
Będąc małą dziewczynką lubiłam robić prezentacje multimedialne na przeróżne tematy. W niedziele mieliśmy rodzinny obiad, więc postanowiłam przygotować coś na tę okazję. Na każdym slajdzie było zdjęcie członka rodziny i krótki jego opis. Zadowolona, już nie mogłam doczekać się reakcji widzów.
Na następny dzień według planu puściłam prezentację. Wszystko poszło genialnie, prócz małego incydentu, przez który rodzina wiła się ze śmiechu. Mianowicie mój brat miał papugę, więc jego opis brzmiał tak: "Kocham mojego brata, bo ma fajnego ptaka".
Dodaj anonimowe wyznanie