#CBY9s

Idziemy na spacer. Krzyś (lat 4 i pół) zagaduje: "Mamuś, a może urodziłabyś mi braciszka?" (pytanie na czasie - na dniach ma się urodzić braciszek jego najlepszemu koledze). Tłumaczę więc, że nie można sobie wybrać, czy dzidziuś będzie chłopczykiem, czy dziewczynką, że o tym dowiadujemy się później - jak już dzidziuś jest. Po czym pytam: "A co będzie jak urodzi się siostrzyczka?". Po chwili zastanowienia Krzyś z rozbrajającym uśmiechem mówi: "To nic, spróbujemy jeszcze raz!".

#pVOmu

Miało to miejsce jakieś 7 lat temu. Miałem wtedy 18 lat. Poszliśmy w jedną sobotę z kumplami do klubu. Wybór padł na jeden z klubów w centrum naszego miasta, ale po jakimś czasie postanowiliśmy zmienić klub. Oni już poszli, a ja jeszcze zostałem bo chciałem dokończyć drinka. Nagle widzę, że w moją stronę idzie najpiękniejsza dziewczyna jaką w życiu widziałem. Pomyślałem, że pewnie tylko przechodzi albo zapyta się czy nie mam drobnych bo jej do drinka zabrakło, ale ona usiadła obok mnie i zagadała do mnie. Szczęka mi opadła, bo nie sądziłem, że kiedykolwiek jakaś dziewczyna postanowi sama do mnie zagadać. Później byłem zaskoczony jeszcze bardziej bo rozmowa nam się "kleiła", a ponad 99% moich rozmów z kobietami wyglądała tak, że przez większość czasu była niezręcznie cisza, a ja rozmyślałem: "co by tu do cholery powiedzieć?!". 

Po mniej więcej godzinie rozmowy poczułem, że jak najszybciej muszę skorzystać z toalety. Powiedziałem, że zaraz wracam i poszedłem, a właściwie pobiegłem. Gdy wpadłem do kabiny poślizgnąłem się za mokrej modłodze, zaryłem o coś głową i straciłem przytomność. 

Odzyskałem przytomność jakieś pół godziny później ale jej już nigdzie nie było.

#8Ynd4

Jako dziecko byłam okropnym niejadkiem. Co prawda z czasem drastycznie to się zmieniło. Szczerze mówiąc, teraz z wielką chęcią wstawiłabym sobie łóżko do kuchni, żeby oszczędzić sobie zbędnego wysiłku podczas licznych wycieczek w trakcie dnia. No dobra, w nocy też.

Do przedszkola nie uczęszczałam, ale od zerówki nie udało mi się już wymigać. Starsza koleżanka z podwórka pochwaliła się kiedyś, że powiedziała "cioci", że jest uczulona na pływającego w zupie selera, którego nie cierpiała, i że nigdy więcej nie musiała go jeść. Jej pomysł na pozbycie się problemu wydał mi się fantastyczny.

Już przy pierwszym posiłku w zerówce poinformowałam panią Magdę, że niestety nie mogę zjeść sałaty z kefirem, bo jestem uczulona na kefir, a że całe to wykwintne danie było nim ubryzgane, wywinęłam się od obiadu. Sytuację z powodzeniem powtarzałam przez prawie miesiąc. Regularnie wyszukiwałam w posiłkach składniki ekstremalnie niebezpieczne dla mojego zdrowia. Szło mi to jak po maśle, więc po tygodniu z mojego jadłospisu zniknęły: pomidory, ziemniaki, mięso mielone, ogórki konserwowe, por, wątróbka, marchewka, ryż, szpinak, ba - nawet barszcz biały.

Któregoś pięknego dnia, kiedy zmieniałam buciki po kolejnej udanej misji - tym razem z żółtym serem, do szatni wpadła pani Magda zaczepiając moją mamę słowami: "Proszę pani, my już naprawdę nie wiemy co dawać jej do jedzenia. Mogłaby pani zrobić pełną listę produktów na które córka jest uczulona? To okropne, że taka dziecinka jest już pozbawiona możliwości poznania tylu smaków...".

Moja mama wytrzeszczyła oczy, a ja zamarłam z zaplątanymi w sznurówki palcami. Przygotowana byłam, że za chwilę nastąpi publiczny lincz, kolekcja moich bajek zniknie w czeluściach strychu, a na obiad do końca życia będę dostawała surowego pora.

Na szczęście nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Mama wybuchnęła śmiechem, kiedy zorientowała się jaką intrygę uknuła jej córcia. Rzuciła tylko do osłupiałej przedszkolanki, że nie jestem na nic uczulona i żeby nie szczędziły mi gotowanej marchewki.

Do tej pory zastanawiam się jakim cudem bystre ciocie uwierzyły w moje bujdy.
Alergia na barszcz biały? Serio?

#koBal

Pochodzę z małej miejscowości. Od kiedy pamiętam, byłam bardzo dobrą uczennicą. Świadectwa z paskiem, wygrane konkursy, wzorowe zachowanie... W trzeciej klasie liceum, tj. 3 lata temu, wraz z rodzicami podjęłam decyzję, że wyjadę na studia do Anglii. Klasa maturalna wobec tego była dla mnie lekkim koszmarem - nauka na egzaminy, także językowe, do tego rozmowy z wybranymi uczelniami i cały ten szalony proces rekrutacyjny. 

O moich planach wiedzieli tylko najlepsi przyjaciele. Cóż, byłoby mi trochę wstyd, gdybym wszystkim naopowiadała o tym, a potem z mojej medycyny w UK nic by nie wyszło. Jednak wszystko potoczyło się po moje myśli i obecnie studiuję medycynę na jednym z najlepszych uniwersytetów w Londynie. 

Szkoda tylko, że przy okazji straciłam wielu przyjaciół z Polski. Znaleźli się tacy, którzy obgadywali mnie za plecami, szydzili z mojej 'fanaberii' i ogólnie zachowywali się, jakby moje szczęście kuło ich w oczy. Szczególnie jest mi przykro dlatego, że nie wiedzą, ile wymaga to ode mnie poświęceń. Mam wymagające studia, które kosztują kilka tysięcy funtów rocznie (mam na nie pożyczkę, którą potem będę musiała spłacić), wynajmuję mały pokój z koleżanką z Czech i ciężko pracuję, żeby móc się tu utrzymać (rodzice nie pomagają mi finansowo). W Polsce jestem dwa razy w roku i codziennie tęsknię za moim krajem.

Wiem, że kiedyś moje poświęcenie się opłaci, ale wciąż nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego tyle osób się ode mnie odsunęło, mimo moich starań o utrzymanie z nimi kontaktu. Ktoś nawet mi w twarz powiedział, że skoro mieszkam i studiuję w Londynie, to nie mam tematów do rozmowy z ludźmi z Polski. Tylko że ja wciąż jestem tą samą dziewczyną, co kilka lat temu.

Dziś mam tylko dwie polskie przyjaciółki. I wiecie co? Przyjaciół nie tylko poznaje się w biedzie. Poznaje ich się też, gdy ci się układa a oni cię wspierają i są przy tobie.

#7eabo

Kiedy miałam 3 latka (15 lat temu) moi rodzice pracowali w innym mieście, więc często zostawałam z babcią. Bardzo się do niej przywiązałam i kiedy rodzice wrócili któregoś razu zapytali, czy chcę z nimi odwieść babcię na pociąg, bo jechała do sanatorium. Oczywiście zgodziłam się od razu, szybko ubrałam i byłam gotowa do wyjścia.

Na peronie czekaliśmy dłuższą chwilkę, ale babcia już szczęśliwa siedziała w przedziale i machała mi cały czas. Nagle coś zwróciło naszą uwagę - jakiś pijany człowiek trzymał się pociągu, kiedy ten akurat zaczął ruszać. Po chwili już tylko widziałam, jak wpada na tory pociągnięty przez maszynę. Mama szybko zareagowała, wzięła mnie na ręce, przytuliła do siebie i się odwróciła. 

Problem polegał na tym, że byłam przytulona przodem do mamy i kiedy ona się odwróciła - ja wszystko widziałam. Do tej pory nie jeżdżę pociągami, choć pijany pan przeżył.

#9Ujaa

Działo się to gdy miałam 4-5 lat. Bardzo często przychodzili do nas goście, a ja będąc aspołecznym dzieckiem zawsze nie byłam pewna jak się zachować. Pewnego razu, otwierając drzwi jakiemuś znajomemu mamy, zaczęłam się w gościa wpatrywać. Tak wpatrywałam się chwilę, po czym chyba uznałam go za miłego, bo podniosłam sukienkę mówiąc: "Popatrz jakie mam fajne cycuszki!".

#6chtr

Jeżdżę motocyklem. Pewnego dnia pojechałem do mojej babci mieszkającej około 180 km od mojego domu. Na obiad naszykowała groch z kapustą. Posiedziałem może ze 2 godziny, ubrałem się, wsiadłem na motor i odjechałem. 

Droga przebiega w większości wśród pól. W pewnym momencie poczułem, że trzeba by zrobić postój na wiadomy grubszy cel. Ujechałem z 20 km ale dalej same pola. Konieczność stała się ostatecznością, znalazłem trochę krzaków. Zjechałem, postawiłem motor przy jezdni (co istotne na nóżce bocznej) i heja w krzaki. Słowiański przykuc w pełni i nagle usłyszałem taki odgłos, że odechciało mi się wszystkiego. W myślach tylko "łoooo ku*wa!". 

Tak, nóżka się złożyła. Słyszałem tylko głośny brzdęk ocieranego chromu o asfalt. Bez zastanowienia biegnę z tym gołym tyłkiem i opuszczonymi gaciami, i tak, wypie*doliłem się. A dokładnie w tym momencie przejechało kilka aut. Dwa auta zatrzymały się. Nie, nie żeby pomóc, a żeby się pośmiać.

#pMkcG

Miałam wtedy może ze trzy lata. Akurat odbywały się moje urodziny. Mój ukochany chrzestny, zagorzały wojskowy, postanowił kupić mi zestaw małego żołnierza. Jako, że wychowywałam się z samymi kuzynami i sąsiadami, a jedynymi dziewczynami, z którymi mogłam porozmawiać były młodsza siostra, mama i babcia, to bardzo ucieszył mnie ten prezent.

Rodzice od razu pozwolili mi się "ubrać". W zestaw wchodził hełm, karabin, parę granatów i jakieś pierdółki, a ja, jako mała dziewczynka poprawnie wszystko założyłam i z kamienną twarzą podeszłam do wujka... Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Będę strzelać ludziom w joko! - miałam na myśli oko.
- Ale to będzie ich boleć...
Na co ja z szatańskim uśmiechem odparłam:
- Ma boleć!

Rodzina wypomina mi to do dzisiaj, a ja grożę znajomym, że będą postrzeleni w "joko".

#oQwye

Sytuacja miała miejsce w lipcu. Odbywałam wtedy miesięczne praktyki w szpitalu na oddziale chirurgicznym. Trafił się nam starszy pacjent w ciężkim stanie, ale lekarze wspólnymi siłami zażegnali stan zagrożenia życia. 

Któregoś dnia, jak co ranek przybyłam na oddział i poszłam sprawdzić co z pacjentami. Zachodzę do owego pana.
- Dzień dobry. Jak się pan dzisiaj czuje? - pytam.
- Oooojej, jak roślina wyrwana z ziemi z korzeniami... - pan odpowiada.
- To zaraz pana podlejemy (podłączam kroplówkę)... i świeżej ziemi też przyniesiemy.

Kiedy starszy pan przerażony wytrzeszczył oczy, zorientowałam się jak to zabrzmiało, przeprosiłam i uciekłam.

#k3Q3b

To były początki wspólnego mieszkania w małej kawalerce, mój chłopak był strasznym bałaganiarzem. Jak to mówi moja mama "Tyłek mu się kruszy, gdzie stanie tam na*sra". Najgorsze były jego skarpetki, przepocone po całym dniu i siłowni. 

Pewnego dnia nie wytrzymałam tego syfu. Wracam do domu, zbieram jego skarpetki. Po godzinie wraca mój luby.
- Kochanie, co dziś na obiad?
- Twoja ulubiona zupa.
Otwiera garnek, a tam smród z parą prosto w twarz.
Tak, zalałam wrzątkiem jego skarpetki. Przynajmniej od tamtej pory wrzuca je do kosza na pranie. :)
Dodaj anonimowe wyznanie