#KVdPB

Historia ta wydarzyła się jakiś miesiąc temu. Ale żeby wam ją opowiedzieć, musicie się czegoś o mnie najpierw dowiedzieć. Mam ojca alkoholika. Od 3 lat jest z mamą po rozwodzie i nie mieszka już z nami. Jednak dzieciństwa nie wspominam dobrze. Ciągłe bójki, kłótnie, hałasy. Pewnie niektórzy z was wiedzą jak to jest, kiedy leżysz w łóżku i błagasz Boga, żeby zabrał od was tego potwora. Jednak Bóg jakoś nie odpowiada, więc trzeba było radzić sobie samemu.

Mieszkamy w bloku, więc wszystko to co się u nas działo, zapewne słyszało wielu sąsiadów. Niestety nikogo nie interesowało życie ani moje, ani mojej siostry. Jakoś sobie radziłyśmy. Szczęśliwie od 3 lat żyjemy sobie w czteroosobowej rodzince. Ja, moja młodsza siostra, mama i nasz kochany kundelek. I to właśnie o niego chodzi w tej całej historii. Jak to piesek, kiedy wyjdą z domu jego wszystkie chlebodawczynie, totalnie mu odbija. Biega, szczeka, wyje. Robi to z tęsknoty i nic na to niestety nie możemy poradzić. Więc wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy około miesiąca temu wychodzę przed pracą z psem i zaczepiła mnie moja sąsiadka. Stwierdziła, że nie chce żebyśmy miały jakieś problemy, ale sąsiedzi skarżą się, że zaniedbujemy naszego pieska, bo ciągle szczeka i piszczy. Poinformowała mnie, że niektórzy chcą już to zgłosić na policję, albo do jakiejś instytucji zajmującej się znęcaniem nad zwierzętami, bo tak nie może być, żeby ktoś tak traktował zwierzęta.

Zagotowało się we mnie niemiłosiernie mocno, aż poczułam, że ze złości mam czerwone policzki. Stwierdziłam, że jakiekolwiek tłumaczenia nic tu nie dadzą i po prostu poszłam na dalszy spacer z pieskiem.

Przez resztę dnia miałam łzy w oczach z dwóch powodów. Po pierwsze oskarżono mnie o to, że znęcam się nad psem, którego kocham z całego serca i nigdy nie pozwoliłabym zrobić mu krzywdy.
A po drugie, uświadomiłam sobie, że ktoś mógł już dawno nam pomóc. Jednak woleli odwrócić wzrok i udawać, że nic się nie dzieje. Ale kiedy chodziło o tak niedorzeczną rzecz jak znęcanie się nad psiakiem, raz dwa obrzucili mnie błotem.
Gratuluję braku mózgu :) Dziwne, że tak długo bez niego żyjecie, kochani sąsiedzi.

#AHQOm

Miałam wtedy 5 lat. Nowe mieszkanie. Przeprowadzka. Wszyscy szczęśliwi poza tatą, który oczywiście wszystko sam remontował. Pewnego dnia nad czymś się strasznie męczył, widać, że był już zdenerwowany. Tak więc ja, jego najmłodsza córeczka podchodzę, klepię go w ramię i mówię:
- No powiedz sobie tatuś 'ku*wa mać', będzie Ci łatwiej.

#Lbgud

Jechałam ostatnio miejskim, usiadłam obok starszej kobiety, ok. 70 lat, bardzo sympatyczna pani. Miałam dużą torbą i jechałam do końca trasy, więc zamieniłyśmy się miejscami i siedziałam przy oknie. Kilka przystanków dalej wsiadły trzy starsze panie i chciałam ustąpić jednej miejsca, a tu nagle pani siedząca obok mnie wskazała na coś za oknem i mówi:
- Patrz! Ładny budynek, nie?
Popatrzyłam w tamtą stronę i przytaknęłam, a ona po chwili dodała:
- Siedź, siedź kochana, patrz za okno, one za dwa przystanki wysiadają, postoją, są młodsze ode mnie!

Rozmawiałyśmy jeszcze do końca trasy, opowiedziała mi o kilku ciekawych miejscach w mieście.
Nie wszystkie starsze panie to tzw. mohery ;)

#KR1Wc

Kocham mojego narzeczonego.

Nasza sytuacja finansowa ostatnio nieco pogorszyła się. Nie mamy od kogo pożyczyć pieniążków, więc musieliśmy jakoś sobie poradzić. Wypłatę dostajemy dopiero jutro, a w lodówce pusto. Mój chłopak zaczął robić sobie kolację - chleb z masłem. Ostatni kawałek chleba. Byłam bardzo głodna, ale nie chciałam mu tego mówić. Widziałam, że sam ma ochotę na ten chleb, więc cieszyłam się, że chociaż coś sobie zje.
Poszłam do łóżka, przed chwilą przyszedł mój narzeczony z "kolacją" i powiedział :
- Mało romantycznie, ale wiem, że jesteś głodna. Zjedz proszę, a ja jutro rano skoczę po bułki.

Ostatni kawałek chleba zjedliśmy razem. Nigdy chleb z masłem nie smakował tak dobrze.

#IrQun

Na początku tego roku dowiedziałam się że mam poważnie chore kolana i potrzebną są zastrzyki właściwie od zaraz. Leczenie kosztowało 2000 zł. Nie miałam tyle. Owszem zarabiałam, ale wystarczało mi tylko na opłacenie mieszkania, prądu itd oraz na jakieś skromne jedzenie. Nie prosiłam rodziców o pieniądze, bo wiem że nie mają, dlatego zwróciłam się do rodziny, która ma pieniądze.

Zadzwoniłam do mojej matki chrzestnej, z którą sporo czasu nie rozmawiałam. Pogadałyśmy chwilkę i poprosiłam ją o pomoc. Wszystko wyjaśniłam po co mi te pieniądze i tak dalej. Wiecie co mi powiedziała? Że niestety nie mają teraz tyle pieniędzy do pożyczenia, a poza tym powinnam bardziej zacieśniać więzy rodzinne żeby o to w ogóle prosić.

Będąc więc w desperacji poprosiłam kolegę z pracy o pożyczenie 2000 zł. Nawet nie zapytał po co mi tyle pieniędzy, po prostu przelał je na moje konto. Oczywiście zapewniłam, że jak tylko pod koniec marca dostanę premię, to wszystko mu oddam.

A dzisiaj zadzwoniła moja babcia. Powiedziała, że moja chrzestna kupiła sobie nowiutkie auto prosto z salonu i że jutro wyjeżdżają całą rodziną za granicę w góry na ferie.

Teraz jestem dwa dni po zastrzykach i nie mogłam iść do pracy. Zgadnijcie kto wziął za mnie zmianę? :)

#Jv08d

Pewnego letniego dnia wybrałam się do Lidla po rożki dla siebie i rodziców. Wzięłam lody z lodówki i kieruję się do kas. Czynne oczywiście dwie na pięć, kolejki długie, ustawiam się przy jednej z kas i oczom moim ukazuje się starsza Pani ze stosem zakupów na taśmie. Nie należę do osób niecierpliwych, więc postanowiłam stać gdzie stoję, bo przy drugiej kasie nie wyglądało to lepiej. Starsza Pani odwróciła się w moją stronę i zmierzyła mnie wzrokiem. Twarz miała nieprzyjemną, z grymasem i nastroszonymi brwiami. Odwróciła się w swoją stronę, po czym znowu w moją. Zrozumiałam, że zaraz rzuci jakieś hasło na temat mojego dekoltu czy za krótkiej sukienki.

Postanowiłam nie być dłużna i wypunktowałam sobie w głowie wszystkie jej cechy, przygotowałam ripostę i szereg nieprzyjemnych uwag, które rzucę, kiedy babcina się odezwie.

I stało się, staruszka odwraca się do mnie i rzecze:

- Kochanie, Ty masz tylko te lody, stań przede mną, szkoda by było, żeby ci się stopiły.

Tak głupio jak wtedy, nie poczułam się sama przed sobą chyba nigdy. Mimo, że niczego nie wypowiedziałam, miałam ochotę się rozpłakać i przytulić babcinę. Czasem naprawdę nie wiadomo czego się spodziewać od drugiego człowieka...

#M49NC

Sytuacja wydarzyła się w pierwszym tygodniu studiów. Przeprowadziłam się do miasta na drugim końcu Polski, byłam tam dwa, może trzy dni, w każdym razie w ogóle nie ogarniałam miejsc, ulic, dzielnic, zupełne zero.

Moja koleżanka z czasów liceum również studiowała na tej samej uczelni, ale na innym kierunku, mieszkała dwa przystanki dalej ode mnie, więc wspólnie wybrałyśmy się na imprezę, żeby uczcić początek nowego etapu życia. Wyszłyśmy na imprezę, która miała właśnie na celu przywitanie nowych studentów. Impreza ogólnie udana, ale koleżanka nie miała przy sobie gotówki, więc standardowy tekst "jak wypłacę z bankomatu to Ci oddam". Nie miałam nic przeciwko, bo znamy się kupę lat, tak więc w każdym kolejnym barze to ja płaciłam za drinki. Mam taką zasadę, że biorę na imprezę tylko tyle, ile mogę wydać, więc płacąc za nas dwie, pieniądze skończyły się szybko.

W tym czasie wyżej wymieniona koleżanka spotkała jakiegoś swojego znajomego z nowego roku, gdzieś przepadła, nie odbierała telefonów, więc postanowiłam po prostu wsiąść w taksówkę i jechać do domu.
Oczywiście w tej chwili przypomniałam sobie, że przecież nie mam pieniędzy, znam jedynie swój adres, ale zupełnie nie wiem jak tam dojechać komunikacją miejską, bo kompletnie nie znam miasta. Załamana i wystraszona stanęłam przy wyjściu z klubu i zapaliłam papierosa...

W tym momencie podszedł do mnie typowy Sebek (tak! zaraz obalę ten stereotyp) z pytaniem czy mam ogień. Podałam mu go i korzystając z okazji, że ktoś do mnie zagadał zapytałam, czy może wie jaką linią dojadę na taki i taki adres, bo jestem tu nowa, nie znam miasta i nie mam kasy na taksę. No i oczywiście Sebek okazał się dżentelmenem. Powiedział, że jego "ziomeczek" mieszka niedaleko mnie i się dowie jak tam się jedzie. Zadzwonił do ziomeczka, okazało się, że jest na imprezie kilka ulic dalej. Po kilku minutach przyszedł, chociaż nie planował jeszcze kończyć imprezy, dał mi swój bilet, wsiadł ze mną do autobusu, wysiadł ze mną na moim przystanku, odprowadził pod same drzwi klatki w bloku, żeby mieć pewność, że trafiłam.

Nie, nie jesteśmy razem, ale do tej pory wspominam to, jak mi pomogli, to, że nie ocenia się dresa po dresie oraz to, żeby uważać kogo nazywa się "koleżanką". Teraz jestem na czwartym roku, tamta koleżanka nie odezwała się do mnie chociażby po to, żeby zapytać czy dotarłam do domu, o oddaniu pieniędzy już nie wspomnę, do tej pory nie mamy kontaktu. Ale nadal jestem wdzięczna "Sebkom" za pomoc w trafieniu do domu! ;)

#rn9Lm

W moim domu są trzy kobiety na jednego faceta. Ja, moja siostra i moja mama na mojego tatę. Wszystkie nas denerwuje jedna rzecz, gdy tata nie opuszcza deski na sedesie po załatwieniu swoich potrzeb.

Weszłam do łazienki w celu poprawienia make-upu, mój tata właśnie mył zęby. Patrzę na sedes, deska nie opuszczona. Krew we mnie buzuje, bo ileż razy można.
Ja: - Deska. (sugerując, żeby ją opuścił).
Tata: - Ty jesteś deska.

Dzięki Tato.

#MKW0h

Historia o mnie i moich zmaganiach o lepszą wersję siebie. Pewnie nie raz czytaliście podobne wyznania, niemniej jednak chciałabym i ja podzielić się swoim doświadczeniem - być może zainspiruję kogoś do działania.

Mam 30 lat i jakieś 3 lata temu ważyłam 107 kg przy wzroście 170cm. Przyznaję, sama doprowadziłam się do takiego stanu - nie żałowałam sobie niczego, dogadzałam jedzeniem w każdy możliwy sposób. Mój mąż to typ aktywnego człowieka - nieraz próbował mnie namówić do wspólnych ćwiczeń czy diety, ale nigdy nie dałam się namówić. Dlaczego? Nie chciałam, żeby był świadkiem mojej porażki, mojej słabej woli. Ponadto mój mąż jest przystojny i nieraz widziałam, jak kobiety na niego spoglądają... i na mnie przy okazji. Z niesmakiem.

Po narodzinach córki przeniósł się do drugiego pokoju (żeby wyspać się do pracy), czas leciał, dziecko rosło, a ja... nadal zero postępów, wręcz przeciwnie - tyłam. W końcu waga pokazała magiczną trzycyfrową liczbę i szczerze pisząc - załamałam się. W dodatku mój facet zaczął wybywać częściej z domu - a to piwo z kumplami, a to jakiś mecz, a to znów spotkanie towarzyskie. Dodam, że zawsze chciał mnie zabrać ze sobą, ale nigdy nie szłam. Dlaczego? Bo się wstydziłam tego, jak wyglądam. Płakałam po nocach z tego powodu, w dzień zrzędziłam. Wiem, błędne koło.

Któregoś dnia rano bardzo pokłóciłam się z mężem o głupotę. Jak wrócił z pracy, oświadczył, że musimy poważnie porozmawiać. Usłyszałam wtedy, że mnie kocha i chce mi pomóc, ale jest już u kresu wytrzymałości i jeśli w końcu nie zrobię pierwszego kroku naprzód i nie zacznę coś ze sobą zrobić, to nasz związek się rozpadnie. On chce mieć przy boku żonę, która będzie uśmiechnięta i szczęśliwa. A nie zrzędząca i wiecznie zła. Dodał, że zapomniał jak to jest być z żoną intymnie, jak to jest pożądać jej. To był kubeł zimnej wody, którego widocznie potrzebowałam.

I wtedy nastąpił przełom - zapisałam się do dietetyka, zrobiłam badania lekarskie, zaczęłam ćwiczyć. Powoli, powolutku kilogramy zaczęły uciekać, ciało nabierało sprężystości i jędrności (chociaż idealne nie jest), odzyskiwałam wiarę w siebie i swoje możliwości... Ukochany mnie wspierał, dopingował w ciężkich chwilach.

Po 3 latach od tamtego dnia poszłam po raz pierwszy od niepamiętnych czasów na "randkę" z mężem, kiedy udało mi się uzyskać pułap 68kg.
Poprosiłam go, żeby pojechał we wskazane miejsce pierwszy, ja miałam do niego po jakimś czasie dołączyć. Chciałam zrobić się na totalne bóstwo.
I wiecie co się stało? Mój własny mąż mnie nie poznał. Usiadłam przy stoliku obok czekając na jego reakcję i dopiero jak napisałam na serwetce "To ja, Twoja dzisiejsza randka", zorientował się, że to jego żona. Najlepszy komplement za cały trud pracy.

Kochani, każda motywacja do działania jest dobra. Nie poddawajcie się!

#YyyhK

Moje dzieciństwo (z resztą nie tylko) dostarczało moim rodzicom wiele atrakcji. Wieczne kontuzje, szycia, wizyty u lekarzy...

Gdy byłem małym bachorem, spadłem z dużej wysokości mocno na moje "cztery litery", co spowodowało przesunięcie kości ogonowej i kilka innych urazów.

Będąc już nastolatkiem pojechałem z rodzicami do ortopedy (u którego byłem wtedy pierwszy i ostatni raz). Lekarz ogląda moje rentgeny i mówi:

- Widzę, że jak byłeś mały upadłeś mocno na tyłek. Nie powinieneś uprawiać seksu analnego.... Ale ogólnie to ci tego nie polecam.

Minę moich rodziców pamiętam do dziś, a ciekawość skąd lekarz wie, że "nie poleca" nadal mnie męczy.
Dodaj anonimowe wyznanie