#QAmJd

Na początku muszę przyznać, że jestem osobą, która nie ma znajomych i woli spędzać czas na graniu albo oglądaniu. Po prostu jestem domatorem.
Przechodząc do wyznania...

Leżałam rozwalona na kanapie i oglądałam telewizję. Mama się zdenerwowała i zaczęła na mnie krzyczeć, że nic nie robię, tylko siedzę w domu. "Wzięłabyś przykład z siostry, ona to przynajmniej z kolegą wychodzi". Tłumaczenie mamie, że nie mam kolegów nie podziałało, więc wstałam, ubrałam się i powiedziałam, że idę na spacer. Było jakoś około 16. Zaczęłam włóczyć się, nie wiedząc gdzie iść. Na dworze było szaro. Idę drogą, gdzie po bokach były mury. Za sobą usłyszałam głosy... Szła grupka chłopaków, poznałam po głosach, że są to typy, którzy szukają zaczepki. Miałam trzy wyjścia w sumie...

Iść normalnie, zacząć biec lub skręcić w ciemny park. Wybrałam ostatnią opcję i skręciłam. I zaczęłam iść przez krzaki... Nie zauważyłam drzewa i perfidnie w nie weszłam. Upadlam na tyłek, zjechałam z takiej małej górki, potknęłam się i zgubiłam buta. Spędziłam z 10 minut, żeby go znaleźć. Zapłakana, poobcierana, brudna i zmarznięta wróciłam jakoś do domu.

Kiedy mama mnie zobaczyła, to złapała się za głowę, a ja z głupim uśmiechem powiedziałam, że nie będę wychodzić z domu. Mama nic nie powiedziała.

#EPeeu

Mój tata kiedyś bardzo lubił jeździć na ryby. Ja oczywiście, jako typowa córeczka tatusia, zawsze chciałam mu towarzyszyć. Nie zawsze był z tego faktu zadowolony, bo do najcichszych dzieciaków nigdy nie należałam i płoszyłam mu ryby.

Przyszła niedziela. Tata zapakował sprzęt i chcąc nie chcąc - mnie.Pojechaliśmy nad staw. Było lato, więc żebym nie stała cały czas na słońcu, rozłożył mi pod drzewem koc. Zadowolona rozsiadłam się, a mój ojczulek wszystko przygotowywał. Z pozycji siedzącej była słaba widoczność, więc postanowiłam wstać. Moje wspaniałe wyczucie czasu sprawiło jednak, że wstałam w momencie, gdy tata zarzucał wędkę. Haczyk wbił mi się w policzek i gdybym odruchowo nie pisnęła, to zapewne poszybowałabym na wędce do stawu jak przynęta :P
Tata przerażony, ja przerażona - ale całe szczęście większe obrażenia nieodniesione, oprócz małego zadrapania.

Z tatą zawarłam pakt, że mama się nie dowie pod warunkiem, że będzie grał ze mną w czołgi na Pegasusie w każdy weekend xD

#Tccjh

Studiuję na ostatnim roku studiów magisterskich. Jestem starościną mojego roku i kilka osób z różnych grup podpowiedziało mi, że można by podejść do logistyków układających plan i załatwić plan tak, żeby zajęcia kończyć w piątek przed 13. Wtedy łatwiej złapać transport do domu, jeżeli ktoś mieszka poza miastem. Dowiedziałam się, że facet od układania planu jest kapryśny, ale ogólnie w porządku. Od znajomych którzy mieli z nim zajęcia dowiedziałam się, że lepiej wysłać naturalnie ładną dziewczynę (bez ostrego makijażu), w spódniczce albo sukience. Żadna nie chciała iść, więc wcisnęłam się w sukienkę, marynarkę i szpilki, no i jak kaczka doczłapałam się na wydział.

 Gabinet doktorka jest w kształcie litery L. Do gabinetu weszła ze mną taka stara profesorka (pozornie miła, a tak naprawdę jędza nieprzeciętna) i czekała tuż przy drzwiach, przeglądając robocze plany na tablicy korkowej, podczas gdy ja załatwiałam plan. Przedstawiłam się i opowiedziałam o tym jak ważne jest dla nas to, by kończyć w piątek o 13. Na co niespodziewanie doktor "Za dobry rum to możecie nawet w środę o 12 skończyć zajęcia", po czym się roześmiał. Pech chciał, że pozwoliłam starej profesorce wejść niezauważonej ze mną do gabinetu. Rozpętała tam piekło. Mało brakowało, a doniosłaby o próbie przekupstwa. Skończyło się na tym, że wcisnęłam jej, że zawsze tak żartowaliśmy na zajęciach z doktorkiem, że za "dobry rum" da się załatwić niemal wszystko, jak w służbie zdrowia...
Nie wiem, czy łyknęła, ale mój wrodzony stoicki spokój chyba był wiarygodny. Bo się lekko uspokoiła, ale cały czas i tak coś mamrotała pod nosem.

Dziś ściągnęłam plan i w piątek wszystkie grupy kończą o 12:45, a dodatkowo mamy poniedziałki wolne. To chyba nagroda za uratowanie czterech liter.

#ryH2J

Historia sprzed 15 lat. Moja prababcia chorowała na nowotwór piersi i mimo że była już grubo po 80., panicznie bała się, że w związku z tym czeka ją mastektomia.

Dokładnego przebiegu choroby nie znam, bo byłam jeszcze za mała, aby to wszystko zrozumieć, ale pamiętam, że przyszedł moment, kiedy lekarze zadecydowali, że amputacja piersi jest najwłaściwszym rozwiązaniem, który na pewno przedłuży życie.
Prababcia załamała się, ale nic... Trzeba było łapać się każdej deski ratunku. Przez cały czas po operacji czuwała przy niej jej córka, a moja babcia, która z natury jest bardzo zakręconą osobą, strasznie gadatliwą, no i trzeba przyznać, że niekiedy męczącą. Ciągle terroryzowała swoją matkę potokiem słów, a ta z kolei tylko przewracała oczami, bo ze względu na swoje osłabienie z trudem przychodziło jej wymówienie choć jednego zdania.

Wspomniałam, że moja babcia jest osobą zakręconą? Chyba tak, otóż wyskoczyła do mojej prababci z takim tekstem:
- Mamusiu, nic się nie przejmuj, wszystko będzie dobrze. Żyjesz i to jest najważniejsze, a piersi, no cóż... Ludzie żyją bez rąk, bez nóg, bez głów i jakoś dają sobie radę.

Na początku nikt nie zwrócił uwagi na to, że to zdanie kompletnie nie ma sensu. Dopiero prababcia porażona, może natłokiem informacji, które napływały do niej z prędkością światła, a może właśnie tą ostatnią wypowiedzianą przez jej córkę, odpowiedziała:
- Halinko, co ty pier*olisz?

Humor trzymał się jej do ostatnich chwil życia :)

#YgwDI

W mojej szkole są trzy osoby o takim samym imieniu i nazwisku.
Było dość zabawnie, kiedy jedna z nich coś przeskrobała i dyrektorka kazała zadzwonić nowej sekretarce po rodziców.
Za chwilę pod gabinetem stały trzy osoby, nie do końca wiedzące o co chodzi.
A potem dialog:

- Czyim rodzicem pani jest?
- Jana Kowalskiego.
- Ja też.
- Ja też!

Mina dyrektorki bezcenna :D

#Z4KZY

Miało to miejsce parę lat temu, kiedy byłam jeszcze uczennicą drugiej klasy gimnazjum. Lekcje codziennie zaczynaliśmy o 7:30, więc było to niemałe wyzwanie, aby zwlec się z łóżka i zdążyć na pierwszą lekcję. Byłam wtedy jeszcze naprawdę pilną uczennicą i po kilku spóźnieniach w dzienniku stwierdziłam, że koniec z tym.

Niestety los chciał inaczej i tego feralnego dnia znowu zaspałam. Biegałam po domu jak opętana i kiedy już byłam w miarę gotowa do wyjścia, zobaczyłam przez okno komunikacyjnego rumaka, który jako jedyny mógł mnie zawieźć do szkoły. Dodam, że mogłam jechać tylko tym tramwajem, a następny był dopiero za 20 minut. Wyleciałam z domu na spotkanie tramwaju ostatniej szansy. Mieszkam 2 minuty od przystanku, więc cała akcja miała ogromne szanse na powodzenie, gdyby nie przeklęty szalik. Czerwony, długi i z takimi oczkami na końcu.

Zbiegam twardo z mojego pierwszego piętra, otwieram z impetem drzwi od klatki, widzę, że tramwaj jest już prawie na przystanku, więc postanawiam przyspieszyć i wtedy BUUUUM. Leżę jak długa pod drzwiami i czuję zaciskającą się pętlę na mojej szyi. Dotyk śmierci jak nic, ale ja cały czas miałam w głowie twarz mojej wychowawczyni i kolejne spóźnienie w dzienniku, więc wstałam jeszcze szybciej niż się przewróciłam, odplątałam ten przeklęty szalik zagłady z klamki i biegnę dalej już prawie ze łzami w oczach. Tramwaj już zamyka drzwi, ale w ostatniej sekundzie mi się udało.

 Wsiadłam. Poziom szczęścia prawie jak przy wygranej w totka. I dopiero wtedy rozejrzałam się po tramwaju, tych twarzy nie zapomnę do końca życia. Ludzie nawet nie próbowali ukryć, że trzymali kciuki za powodzenie tej akcji. Jak już mówiłam, mieszkam paręset metrów od przystanku, więc cały wagon miał okazję obserwować moje poczynania. Nieskromnie mówiąc, dla niektórych był to pewnie zastrzyk dobrego humoru na cały dzień, choć dla mnie porcja siniaków. Ale powiem jedno, dla twarzy tych ludzi byłabym w stanie powtórzyć ten bieg o życie jeszcze raz.

#7JpuR

Sobotni wieczór, wypad z koleżankami na miasto, jak często bywa - kluby pełne ludzi.
Stoimy w jednym z dość znanych w naszym mieście lokali, rozglądając się za wolnym stolikiem. Znajdowałyśmy się przy dużej kanapie, gdzie było sporo miejsca, a była zajęta przez 4 panów. Zapytałyśmy, czy możemy się dołączyć - miło przytaknęli. Oni zajęci sobą, my sobą, powędrowałyśmy na parkiet.

Kiedy wróciłyśmy, jeden z panów napisał i pokazał nam wiadomość w telefonie "jak się bawimy". Zdezorientowane spojrzałyśmy na siebie, a wtedy kolega siedzący obok powiedział, że jego przyjaciele są głuchoniemi, a on pomaga im się komunikować. Zaczęłyśmy się z nimi porozumiewać poprzez telefoniczne wiadomości. Po paru wymienionych zdaniach okazali się bardzo zabawnymi, pełnymi dystansu do siebie mądrymi osobami. Tak spędziłyśmy resztę wieczoru konwersując przy drinkach, ba! Nawet spędziliśmy sporo czasu tańcząc.

Pierwszy raz spotkała mnie taka sytuacja i jestem pełna podziwu i szacunku dla takich osób, za ich optymizm, nastawienie i chęć do życia. Uważam, że niejeden zdrowy człowiek powinien brać z nich przykład.

#Y1AxO

W zeszły weekend przyszedł do mnie chłopak, aby lepiej zaznajomić się z moją mamą, która jest osobą bardzo religijną i nawet na zwykłe pocałunki zakochanych patrzy krzywo, że nie wspomnę, że seks, rozbieranie to tylko po ślubie.

W pewnym momencie rozmowy temat zszedł na geny i jej narzekanie, że ja z rodzeństwem jesteśmy tylko podobni do taty, a po niej nie mamy nic. Na to mój błyskotliwy chłopak wypalił:
- No ale piersi to ona ma po pani.

#od3nP

Mam szczęśliwą i kochającą się rodzinę.
Wczoraj, siedząc z moim bratem i mamą przy stole, usłyszeliśmy od niej takie słowa:
- Gdybym miała ponownie wyjść za mąż, to wyszłabym drugi raz za waszego tatę, żeby mieć takie dzieci jak wy.

Dawno nie słyszałam czegoś tak pięknego.

#WCOYr

Jakieś 15 miesięcy temu jeden z kolegów zaprosił mnie na imprezę, tam poznałem dokładnie G., dziewczynę, którą znałem z widzenia już dawno, ale na tej właśnie imprezie się zgadaliśmy. Kontakt był świetny, już na drugim czy trzecim spotkaniu w mniejszym gronie, ale nie sam na sam, zostałem jej "Misiaczkiem", a Ona moim "Słoneczkiem".

Tysiące wysłanych SMS-ów, rozmów na fejsie, setki przegadanych godzin przez telefon i kilka spotkań. Oczywiście wszystko w przyjacielskiej relacji. W rozmowach nie było tabu, a zaczynając rozmawiać około 20-21 kończyliśmy około 2-3 nad ranem. Wtedy też dowiedziałem się, że choruje na nieuleczalną chorobę, uratować może ją bardzo skomplikowana operacja. Nie przejmowałem się tym, zawsze dzwoniłem lub pisałem, żeby przypomnieć o zażyciu leków. Tak z dnia na dzień znaczyła dla mnie coraz więcej, wiedziałem, że chce zaryzykować i poddać się tej operacji, bez tego żyłaby maksymalnie 2-3 lata.

W styczniu miała być ta operacja, aż tu nagle w połowie grudnia nasz kontakt zaczął się psuć, może po tym, że wyznałem jej, że ją kocham, ale gdzieś w głębi serca czułem, że ona ma to samo. No, ale nasz kontakt się stopniowo urywał. Ostatnie nasze spotkanie miało miejsce początkiem stycznia, jak po skończeniu pracy wpadła do mnie pod firmę. Chwilę porozmawialiśmy, wsiedliśmy do mojego auta i odwiozłem ją na parking pod jej firmą, żeby mogła zabrać swoje auto i pojechać do domu. Siedząc w aucie na parkingu, wymieniliśmy kilka zdań, powiedziałem jej, że musimy poważnie pogadać, stwierdziła, że dobrze, ale nie teraz, bo trochę słabo się czuje i chciałaby pojechać do domu. Od tego czasu pisaliśmy, ale tylko kilka SMS-ów i koniec rozmowy, wiedziałem, że bardzo stresuje się operacją, więc nie nalegałem na spotkanie.

Po około dwóch tygodniach od kumpla, który zorganizował tamtą imprezę, usłyszałem, że już jest po operacji, że wraca do zdrowia i chce zobaczyć mój uśmiech. Dwa dni później usłyszałem, że miała zapaść, czy jak to się tam fachowo nazywa. Jest w śpiączce, w stanie krytycznym. Gdy po 4 dniach wieczorną porą usłyszałem, że dzwoni telefon, ucieszyłem się jak dziecko, myśląc, że to ona dzwoni. Niestety, jak się okazało dzwonił kumpel, że G. zmarła.

Niedawno była rocznica jej śmierci, ja udaję, że jest ze mną OK, ale jestem rozbity, ciągle mam do siebie żal, że nie byłem przy niej w ostatnich chwilach jej życia. Mam wątpliwości, czy naprawdę nic do mnie nie czuła, czy może przeczuwała, że umrze i zrobiła to specjalnie?

Ale tego już się nigdy nie dowiem :(
Dodaj anonimowe wyznanie