#licFM

Mam kumpla, z wyglądu typowy Sebek - dresy, osiemdziesiąt w górę jak i w szerokość.
Na imię mu akurat Sebastian, więc typowy Sebek Sebastian.

Do sedna, Sebie po alkoholu uruchamiają się densy - kocie ruchy niczym u dzikiej pantery, zależne od gatunku muzyki puszczanej w danym momencie.

Rok temu świętowaliśmy ukończone przez ziomka technikum i jak można było się spodziewać trochę przesadziliśmy. Akurat w przedszkolu znajdującym się na naszym osiedlu odbywał się jakiś festyn. Dzieci miały tam jakieś swoje przedstawienia, można było sobie pojeść, loteria i te sprawy. Ot, sielanka.

W przypływie alkoholowego geniuszu koleżanka stwierdziła, że pójdziemy obejrzeć występ jej siostry. No to strzała.

Nie pamiętam jak się już tam znaleźliśmy, ale trafiliśmy akurat na występ "Jeziora Łabędziego". Wyskakują dziewczynki w różowych spódniczkach, podniosła muzyka i wnet spostrzegamy, iż kogoś nam brakuje. Sebastiana. Nagle słychać krzyk, śmiech i oburzenie widowni, a na scenę wdrapuje się nie kto inny jak Seba i ku ogólnemu zdziwieniu zaczyna wykonywać piruety.

Szybko zostały podjęte próby zdjęcia go ze sceny, a my jako lojalna ekipa ruszyliśmy, potykając się o własne nogi, mu na ratunek. Walczyliśmy naprawdę dzielnie, dopóki nie przyjechała policja. Zabrali nas na komisariat. Skończyło się na szczęście tylko na mandacie.

Do dzisiaj sąsiedzi patrzą na nas jak na ludzi spod marginesu. W sumie im się nie dziwię. Szkoda mi tylko tych przedszkolaków, które musiały patrzeć jak paru idiotów psuje im festyn.

Historii nie pamiętałabym tak dobrze gdyby nie to, że brat koleżanki chciał nagrać występ młodszej siostry. Nie wiem, czy został on w końcu nagrany, ale balet Sebastiana w pełnej okazałości.

#LU1x2

Będąc małym brzdącem, miałem w przedszkolu swoją wielką miłość. Bardzo chciałem jej zaimponować, więc (jak na małego dżentelmena przystało) wymyśliłem plan na podbój jej serduszka.
Plan był prosty, ale jednocześnie nietuzinkowy - na podwórku wysikałem jej imię w śniegu. Jak możecie się spodziewać, moja luba nie była wówczas zachwycona. Panie przedszkolanki i rodzice zresztą również (choć ci ostatni uwielbiają mi o tym przypominać - szczególnie że walnąłem byka w jej imieniu).

A teraz to na co czekaliście - tak, jesteśmy razem! :D
Wczoraj wspominaliśmy tę sytuację i ma luba stwierdziła, że był to najbardziej romantyczny gest z mojej strony, jaki do tej pory udało mi się pokazać. Nie jestem romantykiem, ale zabolało. Dziś dostała bukiet czerwonych róż i kolację przy świecach.

Niestety, nadal twierdzi, że siki w śniegu były bardziej romantyczne, bo "oryginalne i od serca"...

#OWBaR

Z moim przyjacielem znamy się 10 lat. Wspólne gimnazjum, liceum, studia. Nierozłączni. Wiele osób mówiło, że powinniśmy być razem, jednak my sami nigdy nie rozmawialiśmy na temat naszych relacji.

Trzy lata temu Błażej znalazł dziewczynę. Nie powiem, w moje serce wdarła się zazdrość, gdyż zaczął mieć coraz mniej czasu dla mnie. (Dziewczyna śliczna, a ja... No cóż. Nie należę do pięknych). Między nami coś się zmieniło. A raczej... Z mojej strony. Zrozumiałam, że to jest mężczyzna, dla którego mogłabym góry przenosić. Podczas wspólnych spotkań i jakiegokolwiek kontaktu z jego ciałem, przechodziły mnie dreszcze, a serce biło mocniej. Praktycznie mamy wszystkich wspólnych znajomych, więc nie miałam z kim o tym porozmawiać. Uczucie dusiłam w sobie 2 lata. W końcu, po miesiącach zbierania siły, postanowiłam bez względu na wszystko powiedzieć mu, co czuję.
Wczoraj, podczas przyjacielskiego wypadu na pizzę, uznałam, że to odpowiednia chwila. Zdążył mnie wyprzedzić...
... Pytaniem, czy zostanę świadkową na jego ślubie. Popłakałam się, przyklejając do twarzy fałszywy uśmiech, mówiąc, że to łzy szczęścia. Tak naprawdę miałam ochotę rzucić się pod samochód. Nigdy nie przepłakałam tak całej nocy...

#TUdsd

Kilka lat temu spodobał mi się pewien chłopak. Wszystko ładnie, pięknie i się zaprzyjaźniliśmy. Ja nadal czułam co czułam, lecz oczywiście nie mówiłam tego na głos. Tak żyliśmy obok siebie jako dobrzy znajomi i gdy w końcu zebrałam się na odwagę, aby mu wyznać swoje uczucia, stało się coś nieoczekiwanego.

Mój niedoszły wybranek wyznał mi, że idzie do seminarium.

Ucieszyło mnie to, lecz gdzieś tam z tylu głowy była myśl : "Dlaczego nie powiedziałam mu tego wcześniej?".

Od tego momentu minęły jakieś 3-4 lata, chłopak nadal jest w seminarium i ma się dobrze.

A co u mnie? Kilka dni temu poznałam świetnego chłopaka, mądrego, przystojnego, bardzo miłego i bardzo mi się spodobał.

Jest jedno małe ALE: jest na 3 roku teologii na specjalności kapłańskiej.

Trzeba przyznać, że mam ogromne szczęście w życiu :D

#TVmYE

Jestem dziewczyną o bardzo przeciętnym wyglądzie. Dosłownie, to nie jest tak, że marudzę, że narzekam. Jestem nijaka. Wygląd jest jednym z powodów mojej wrodzonej nieśmiałości.

W zeszłym roku poszłam na studia. Poznałam tam dwoje moich najlepszych przyjaciół - nazwijmy ich Janek i Ala. Od razu złapaliśmy super kontakt, jesteśmy jak rodzeństwo :). Z Alą nawet mieszkam.

Pewnego dnia Janek zaprosił nas na grilla, którego urządzał ze swoją dziewczyną. Zaprosił też wielu swoich znajomych, których ja i Ala jeszcze nie znałyśmy. Gdy dotarłyśmy na miejsce, zaczęło się wielkie zapoznawanie. O ile Ala - prawdziwa piękność, bardzo pewna siebie - bez problemu nawiązywała znajomości, o tyle mi wychodziło to dość niezręcznie. Aż do momentu, gdy usłyszałam, jak dwoje chłopaków rozmawia o serii książek, których jestem wielką fanką. Przełamując wewnętrzne opory dołączyłam się do rozmowy. Jakiś czas później jeden z chłopaków sobie poszedł i zostałam sama rozmawiając z nowym kolegą - Arkiem.
Od razu złapaliśmy kontakt, mieliśmy mnóstwo tych samych zainteresowań, tysiące wspólnych tematów. Wymieniliśmy się numerami, następnego dnia umówiliśmy się na kawę. Spotykaliśmy się regularnie i było bardzo miło.

Nie byliśmy w związku, ale czułam, że wszystko zmierza ku temu. I byłam szczęśliwa, bo zakochałam się w Arku. Aż do czasu, kiedy zorientowałam się, że Arek jest bardziej chłodny, obojętny. Rzadziej miał dla mnie czas, nie pisał już tylu SMS-ów. Kontakt się nam urywał, a ja po paru próbach zmiany tego dałam za wygraną. Nie wiedziałam o co chodzi, on nie chciał mówić... Uznałam, że znalazł sobie inną - ładniejszą - a ja stałam się zawadą.

Wszystko wyjaśniło się na kolejnej imprezie u Janka. Zabawa trwała w najlepsze, Arek dalej mnie unikał, ale ja - zachowują resztki dumy, udawałam, że mnie to nie rani. Do czasu... Za małą potrzebą musiałam udać się do łazienki. Tak się składa, że znajdowała się ona zaraz obok kuchni, w której chłopcy - m. in. Janek i Arek - szykowali drinki.
Przechodziłam obok otwartych drzwi kuchni i przypadkiem usłyszałam ich rozmowę. Janek zapytał Arka, dlaczego już się ze mną nie spotyka. Co odpowiedział mój obiekt westchnień? "Wiesz, ona jest super. Mądra, zabawna, dużo nas łączy. Prawie ideał"...

Wiecie dlaczego jestem PRAWIE IDEAŁEM? Bo - cytuję - "Jest niezbyt ładna. Wstyd by mi było pochwalić się przed znajomymi taką dziewczyną. Uznaliby mnie za desperata. No i jak na zdjęciach wychodzi.... masakra. Nie mógłbym nawet wspólnej foty wrzucić".

I co mam dodać... Nie ma happy endu. Janek nakrzyczał na Arka, że jest pustą łajzą, ja ulotniłam się z imprezy. Po jakimś czasie Arek zadzwonił i próbował się umówić, ale ja - ulegając emocjom - powiedziałam, że wszystko słyszałam. Od tej pory on milczy, a ja? Leczę zranione serce i dumę.

#fSZeV

Znacie ten stan, kiedy wstajecie rano i nie wiecie jak się nazywacie? Ja to przeżywam co ranek, kiedy moja kochana mamusia budzi mnie wcześniej niż powinna, wymyślając mi co rusz nowe zadania - Olek, powieś pranie, Olcia, zrób sobie, a przy okazji mi śniadanie do pracy (tak bardzo dyplomatycznie), Ola to, Olcia tamto. Niby nic, chętnie pomagam w domu, ale jednak nie o 5 rano, kiedy do szkoły mam na 9, a zasnęłam o 1 nad ranem, wcześniej męcząc pół wieczoru fizykę i robiąc zadania z matmy.

Tak więc typowy ranek, 5:32.
- Kotek, wstawaj!
- Nuuuu...
- Wstawaj, wstawaj! Nastaw pranie, ja się śpieszę, a jak będę miała okienko, to przylecę i powieszę.
- Yhyy.

Zwlokłam się, wrzuciłam do maszyny ciuchy i wsypałam proszku, włączyłam i poszłam spać.

No właśnie. Wstałam o 8:30. Idąc w stronę łazienki wywinęłam orła do przodu, prześlizgując na brzuchu, niczym pingwiny z Madagaskaru, pół korytarza. Co jest?! - pomyślałam - podniosłam brodę do góry i... i nadal nic nie widziałam, bo cała kuchnia była w pianie. Podniosłam się szybko, oceniłam sytuację - kuchnia, przedpokój i kawałek pokoju rodziców - WSZYSTKO W BIAŁYM PUSZKU! Podchodzę do pralki, jak mi się wydaje winowajczyni całego zdarzenia, ale uwaga! Tam pusto, żadnego prania, w środku suchutko. Ja całkiem zbita z tropu, szczypię się, żeby zobaczyć, czy to sen, czy jawa, ale kurczę, boli i piecze, więc rozglądam się dalej i naglę zauważam ją, skuloną w kącie, zasłoniętą pianą zmywarkę... Tak, właśnie... Wyprałam białe pranie w zmywarce :>

PS Mama mnie nie budzi już tak wcześnie po tym, jak zadzwoniłam do niej co mam robić, bo "troszkę" zalałam kuchnię, a zaraz lekcje. Mama uznała, żebym ogarnęła się do szkoły, a ona to ogarnie na okienku, bo przecież nie może być tak źle. Heh, chyba przeżyła szok...

#cKK7c

Od kiedy pamiętam nie lubiłam, bałam się piwnicy w bloku babci, pomimo że za dzieciaka całe podwórko bawiło się w niej w chowanego lub podchody.

Od jakiegoś czasu chyba już wiem dlaczego...

Oglądałam z mamą wiadomości w tv. A wiadomo, jak to u nas, same złe wieści praktycznie. Akurat opisywana była sytuacja jakiegoś morderstwa, nie pamiętam, czy umyślne z premedytacją, czy w obronie własnej.
I tak głośno zaczęłam się zastanawiać: "Jak w ogóle można kogoś zabić?! Co trzeba mieć w głowie, żeby nawet o tym pomyśleć, a co dopiero zrobić?".
A wtedy moja mama opowiedziała mi historię jak byłam mała.
Mówiła, że też się nad tym zastanawiała jak można coś takiego zrobić, do czasu, kiedy sama była w takiej furii, że byłaby chyba w stanie zabić.

Mając 6 czy 7 lat bawiłam się na podwórku pod blokiem babci wraz z innymi dziećmi, część z nich była starsza o kilka lat ode mnie.
Mama siedziała na ławce i coś czytała. Mi zachciało się pić, ale nie chciałam iść do babci po picie na ostatnie piętro bloku. Mama postanowiła, że pójdzie mi po to picie.
Nie wiem, nie pamiętam (całe szczęście chyba), w ciągu tej krótkiej chwili pojawił się facet, około 30. Nie wiem, jak to się stało, ale zabrał mnie z podwórka i zaprowadził do piwnicy.
W tym czasie dziadek dla pewności wyjrzał przez okno gdzie jestem. Jak tylko zobaczyli, że mnie nie ma, i mama, i dziadek wybiegli z domu. Mama latała, krzyczała jak w amoku, szukając mnie. Dziadek pobiegł do dzieci zapytać, czy wiedzą gdzie jestem. Powiedziały, że poszłam z jakimś panem do piwnicy. Dziadek pobiegł tam, nieznajomy usłyszał hałas i krzyki, spłoszył się i uciekł. Na szczęście nic nie zdążył mi zrobić.

I tak mama powiedziała mi, że gdyby go tylko zdążyła dorwać, to nie wie, czy nie byłaby w stanie mu zrobić krzywdy.

Facet na szczęście już nie pojawił się na podwórku.

#JPXfv

Dopadła mnie choroba, więc udałem się do lekarza rodzinnego, niestety było dużo ludzi w kolejce. Tak więc zasiadam wygodnie, wyciągam smartfona i otwieram anonimowe.pl, a jako że jestem osobą, którą łatwo rozśmieszyć, to początkowo uśmiecham się do telefonu jak jakiś debil i cicho zaczynam się śmiać pod nosem. Część osób była chyba trochę zdezorientowana gdy chwilami wybuchałem śmiechem.

Gdy nadeszła moja kolej, schowałem telefon do kieszeni i ruszyłem w kierunku gabinetu lekarza, wyobraźcie sobie moje zakłopotanie, gdy dopiero wtedy spostrzegłem, że cała poczekalnia się śmieje, a zapoczątkowałem to ja swoim idiotycznym śmiechem. Po wejściu do gabinetu jeszcze chwilę było słychać śmiechy dobiegające zza drzwi. Lekarz zapytał mnie się czy aż tak bardzo boli. Ja ze zdziwioną miną stoję nieruchomo nie wiedząc o co mu chodzi (no bo przecież nic mnie nie bolało). Dopiero gdy popatrzyłem się na lustro wiszące na ścianie, zobaczyłem, że jestem cały czerwony i zapłakany ze śmiechu, po czym wytarłem łzy i wyjaśniłem, że to ze śmiechu. Gdy lekarz mnie już przebadał, zapytał się co mnie tak rozśmieszyło, więc podałem mu adres tej strony, a on sobie tą stronę zapisał i schował do kieszeni, po czym podziękował z uśmiechem, a ja wyszedłem.
 
Gdy przechodziłem przez poczekalnię, ludzie znów zaczęli chichotać i śmiać się, oczywiście tylko ja wiedziałem z czego się śmiejemy :)

Wniosek z tego taki, że śmiech jak i choroby jest zaraźliwy, jednakże śmiechu nie powinno się w żaden sposób leczyć :D
Dzięki Anonimowe, że potraficie rozruszać nawet to trochę "drętwe" towarzystwo.

#CYIxj

Dziś dowiedziałam się, że mam sponsora, bo po wykładach regularnie przyjeżdża po mnie "stary dziad".

"Stary dziad" to mój teść. Zawsze kiedy ja kończę zajęcia, on kończy pracę, a moja uczelnia jest po drodze (mieszkamy jeszcze u teściów), więc po prostu zabiera mnie, żebym nie tłukła się pół miasta autobusami...

Nie rozumiem tylko, dlaczego wielce uczeni STUDENCI z mojej uczelni nie mają do roboty nic prócz wymyślania plotek na poziomie gimnazjum.

#THQSy

Jestem bardzo wstydliwa. Kiedy mam kontakt z jakimiś chłopakami, nie daj Boże z takimi, którzy mi się podobają, robię się cała czerwona. Tak mam i już nic z tym nie da się zrobić.

Jakiś czas temu szłam na pewne spotkanie w gronie znajomych. Wiedziałam, że będzie tam chłopak, który od dłuższego czasu bardzo mi się podobał. Postanowiłam, że żeby nie zrobić sobie siary, po raz pierwszy użyję podkładu. Jak pomyślałam, tak zrobiłam - podkład pożyczyłam od mamy. Wszystko ładnie, pięknie - wychodzę.

Całą drogę ludzie dziwnie się na mnie patrzyli. Kiedy dotarłam na miejsce spotkania, znajomi zaproponowali, że włączą klimatyzację, bo musi być mi gorąco. Zdziwiłam się trochę, ale pomyślałam, że nie zaszkodzi. Witając się z moim "ukochanym", pewna tego, że nie widać moich rumieńców, zalotnie się do niego uśmiechałam i czułam się bardzo swobodnie. Jednak on był jakiś dziwny - przyglądał mi się i widać było, że powstrzymuje śmiech.
Kiedy poszłam do toalety, mało nie dostałam zawału. Byłam cała bordowa.
Tak... miałam alergię na podkład...
Dodaj anonimowe wyznanie